search
REKLAMA
Recenzje

TAM GDZIEŚ MUSI BYĆ NIEBO. W poszukiwaniu absurdów

Jan Brzozowski

22 lipca 2019

REKLAMA

Charlie Chaplin, Buster Keaton, Jacques Tati, Woody Allen – to wspaniali komicy, aktorzy i reżyserzy, którzy nie bali się skierować kamery na samych siebie. Wiedzieli, że tylko w ten sposób osiągną zamierzony efekt. Sprawując nad swoimi filmami pełną kontrolę, tworzyli swego rodzaju one man show i wypracowywali swój oryginalny, niepowtarzalny styl. Podobną strategię przyjął Elia Suleiman – palestyński reżyser, kolejna wielka osobistość i indywidualność kina artystycznego.

W swoim najnowszym, zrealizowanym po dziesięcioletniej absencji (poprzedni pełnometrażowy obraz Suleimana ujrzał światło dzienne w 2009 roku) filmie, Tam gdzieś musi być niebo, reżyser wyrusza w poszukiwaniu absurdów poza rodzinną Palestynę. Pierwszym przystankiem na jego trasie jest Paryż, drugim zaś Nowy Jork. Narrację Suleiman buduje, wzorem swoich wielkich poprzedników, gigantów kina niemego, z luźno powiązanych ze sobą skeczy. Łączy je na dobrą sprawę tylko jedno – główny bohater, w którego wcielił się sam reżyser. Centralna postać nosi jego imię i nazwisko, a jej głównym zajęciem jest kręcenie filmów lub raczej zbieranie funduszy w celu nakręcenia kolejnych filmów, co okazuje się zadaniem arcytrudnym, żeby nie powiedzieć niewykonalnym. Znamienny jest również ubiór bohatera – nieodłączny kapelusz, okulary i marynarka. Wystarczyłoby dorzucić jedynie ikoniczną fajkę, a otrzymalibyśmy, wypisz wymaluj, gapowatego pana Hulota z serii filmów Jacques’a Tatiego.

Bohaterów Suleimana i Tatiego łączy jeszcze jedna, niezwykle istotna cecha – skłonność do milczenia, nastawienie na bierną obserwację świata przedstawionego i rządzących nim absurdów. W fenomenalnym Playtime pan Hulot przechadzał się po futurystycznym, zatłoczonym Paryżu, w którym nowoczesna technologia bardziej komplikowała, niż ułatwiała życie. W stolicy Francji ląduje również Suleiman. Paryż w jego filmie jest zupełnie inny, niemalże kompletnie pusty, a jeżeli już ktoś się w nim pojawia, to musi zachowywać się dość osobliwie. Przez ekran przewijają się m.in. policjanci śmigający po mieście na rolkach lub hoverboardach, śmieciarze grający przy pomocy miotły i puszek w hokeja czy załoga ambulansu dowożąca bezdomnym jedzenie na zamówienie.

Bohater Suleimana nigdy nie komentuje (no chyba że jako komentarz potraktować można nieznaczne uniesienie brwi) absurdalnych sytuacji, których jest świadkiem. Stawia się w pozycji widza, biernego obserwatora. Ciekawa w tym kontekście jest scena, w której zaczepia Suleimana para spacerujących po Paryżu Japończyków. Zakłopotany Palestyńczyk odburkuje w odpowiedzi coś niezrozumiałego, po czym odchodzi, obracając się co jakiś czas w jeszcze większej konsternacji. Do wypowiedzenia pierwszych (i jedynych) słów zmusi Suleimana dopiero nowojorski taksówkarz zagadujący bohatera, skąd jest i w jakim celu przyjechał do USA. No cóż, najwyraźniej nowojorscy taksówkarze posiadają magiczną moc wymuszania zeznań, której oprzeć się nie potrafi nawet słynny palestyński reżyser.

Poza sekwencjami o zabarwieniu czysto komediowym w Tam gdzieś musi być niebo pojawiają się również sceny liryczne, poetyckie. Trudno inaczej nazwać fragment, w którym Suleiman, przebywający jeszcze w Palestynie, obserwuje (bo cóż innego mógłby robić) kobietę przenoszącą na głowie dwa naczynia wypełnione wodą. Bohaterka bierze pierwsze naczynie na głowę, przechodzi kawałek, odkłada je na ziemię, cofa się po drugie, wkłada je na głowę, pokonuje brakujący dystans, odkłada drugie naczynie na ziemię, po czym wkłada pierwsze z powrotem na głowę i tak dalej. Bez końca, w pełnej harmonii z otaczającym ją oraz przyglądającego się całej sytuacji reżysera światem.

Narracja w filmie Suleimana jest powolna. Bohater podróżuje, spaceruje, obserwuje, czasem uniesie lekko brwi, ewentualnie przycupnie na chwilę w jakiejś małej paryskiej kawiarni. Ktoś powie: “Boże, ale to musi być nudny film”. Nic bardziej mylnego. Paradoksalnie Tam gdzieś musi być niebo jest jednym z najbardziej zaskakujących filmów, jakie w życiu widziałem. Nigdy nie byłem pewien, co za moment zmąci kruchy spokój biednego Palestyńczyka, który chciałby tylko zdobyć fundusze na kolejny projekt. Czy będzie to oddział policjantów na rolkach, grający w hokeja śmieciarze, malutki wróbelek, a może gigantycznych rozmiarów czołg przejeżdżający przez wyludnione ulice Paryża? Nie wiadomo, nie da się tego przewidzieć – wór z pomysłami Suleimana jest bezdenny. 

Janek Brzozowski

Jan Brzozowski

Absolwent poznańskiego filmoznawstwa. Permanentnie niewyspany, bo nocami chłonie na zmianę westerny i kino nowej przygody. Wielki fan umiejętności aktorskich Jamesa Deana i Jimmy'ego Stewarta oraz urody Ryana Goslinga i Elle Fanning. Poza dziesiątą muzą interesuje go również literatura amerykańska (w szczególności proza Huntera S. Thompsona i Philipa Rotha) oraz francuska (zwłaszcza dzieła Marcela Prousta i Alberta Camus), a także piłka nożna (od 2006 roku jest oddanym kibicem FC Barcelony). Ostatnimi czasy odkrywa w sobie ogromne pokłady miłości względem kina dokumentalnego. Żałuje w życiu tylko jednego: że nie jest kimś innym.

zobacz inne artykuły >>>

REKLAMA