search
REKLAMA
Berlinale 2024

THE DEVIL’S BATH. (Nie)zwyczajny horror [RECENZJA]

„The Devil’s Bath” nie jest kolejną historią o czarownicach.

Tomasz Raczkowski

24 lutego 2024

REKLAMA

Mało jest tak niezmiennie fascynujących i płodnych motywów w popkulturze jak szeroko rozumiany topos czarownictwa – ciemny las, chata na odludziu, żeńskie konszachty z siłami nieczystymi… wydawałoby się, że widzieliśmy w tym zakresie wszystko i nic ciekawego nie da się już w obrębie tego nurtu wymyślić. A jednak wciąż powstają kolejne opowieści, w tym filmy, które wracają do tych mrocznych ostępów i próbują powiedzieć o nich coś nowego. Co więcej, bywają to powroty niezwykle ciekawe – jak chociażby Czarownica. Bajka ludowa z Nowej Anglii Roberta Eggersa czy Listopad Rainera Sarneta. O kulturowym potencjale „wiedźmich historii” stanowi w znacznej mierze to, że – horror horrorem – ale w ich obrębie mieści się też szerokie spektrum zagadnień społecznych, które za pośrednictwem opowieści grozy chce poruszyć. Dokładnie to robi The Devil’s Bath, najnowszy film duetu Severin Fiala – Veronika Franz, pokazywany premierowo na tegorocznym Berlinale.

W festiwalowo-kinomańskiej niszy Fiala i Franz mają już ugruntowaną pozycję twórców grozy. Ich Widzę, widzę i Domek w górach dowodzą sprawności w posługiwaniu się gramatyką grozy, nawet jeśli część widowni mogą rozczarowywać przeszarżowanymi twistami (to bardziej pierwszy tytuł) czy niemal otwartą wtórnością wobec innych produkcji (to drugi, anglojęzyczny film). W swoim nowym filmie austriacki duet powraca do rodzimego kontekstu niemieckojęzycznego, ale żeby nie było tak łatwo, po raz pierwszy wychodzi poza znajomą scenerię współczesności i bierze na tapet kino historyczne. The Devil’s Bath rozgrywa się w XVI wieku w austriackich Alpach, a więc w otoczeniu dogodnym dla widowiska grozy – porośnięte gęstym, ciemnym lasem zbocza są domem dla rozproszonych i zabobonnych społeczności wiejskich, które niczym rodzina heretyków ze wspomnianej Czarownicy Eggersa trochę wbrew wszystkiemu stara się skolonizować przerażające pierwotnym majestatem tereny.

Skłamałbym, pisząc, że twórcy Devil’s Bath zaskakują nieszablonowym wykorzystaniem wyżej opisanej scenerii. Zdecydowanie tego nie robią, od razu czytelnie zadłużając swój film u szeregu poprzedników wpisywanych w nurt folk horroru. Nie przypadkiem dwukrotnie wspomniałem już Bajkę ludową z Nowej Anglii Eggersa, bo zwłaszcza z tego tytułu The Devil’s Bath czerpie garściami, zarówno jeśli chodzi o powolny sposób budowania napięcia i kreowania atmosfery, jak i dramaturgiczny zaczyn. U Franz i Fiali opowieść również organizuje się wokół młodej dziewczyny, granej przez Anję Plaschg Agnes, na początku filmu opuszczającej dom rodzinny, by zamieszkać z nowo poślubionym Wolfem w górskiej osadzie rybackiej. Podobnie też jak u Eggersa kluczowym kontekstem jest wchodzenie bohaterki w przydzieloną jej społecznie rolę, co wystawia ją na działanie mrocznych, chtonicznych sił.

Pomimo złowrogiej scenerii The Devil’s Bath to w pierwszej kolejności precyzyjnie skonstruowany dramat psychologiczny o młodej kobiecie konfrontowanej z opresyjnymi instytucjami społecznymi, przede wszystkim patriarchalnie sformatowanym małżeństwem. Bardziej niż Diabeł antagonistą dla Agnes jest więc jej teściowa, a złowrogie alpejskie lasy pracują nie tyle na stworzenie zewnętrznego zagrożenia wobec protagonistki, ile na podkreślenie jej odczucia opresji. Kilka razy scenariusz sugeruje wątki otwarcie demoniczne, nadnaturalne, ale The Devil’s Bath nie idzie tą drogą. Zamiast tego niemal do końca pozostaje oprawioną w grozę historią społeczną, skoncentrowaną na alienacji i zakleszczeniu w beznadziejnej sytuacji życiowej. To właśnie ta dyscyplina decyduje o sukcesie duetu reżyserskiego, który zamiast wymyślnych przewrotek fabularnych proponuje kameralną wiwisekcję sytuacji społecznej.

W Devil’s Bath pojawia się fundamentalny problem niemożliwości ucieczki i sieci religijnych reguł, które prowadzą do tragicznych transgresji. Nie chcę zdradzać, o co dokładnie chodzi, bo odsłanianie tego kontekstu przez Franz i Fialę jest jednym z kluczowych elementów filmu. Dość jednak powiedzieć, że The Devil’s Bath nie jest kolejną historią o czarownicach. Austriaccy filmowcy przyjrzeli się zamiast tego marginalizowanym, choć obecnym obficie w historycznych przekazach, zagadnieniem związanym ze „skutkami ubocznymi” dogmatów wiary i kościelnego nauczania na temat śmierci i zbawienia, który na przecięciu z wątkiem genderowym tworzy elektryzująca mieszankę, która do przerażania nie potrzebuje magicznych atrybutów.

Wykorzystując historyczne realia, Franz i Fiala budują sugestywny, kameralny spektakl grozy, który mimo pewnej wtórności estetycznej działa po prostu wzorcowo. Duża w tym także zasługa rewelacyjnej Plaschg, która oprócz bezbłędnej interpretacji aktorskiej postaci Agnes skomponowała także pod pseudonimem Soap&Skin niepokojącą, dopełniającą klimatu leśnych ostępów ledwie muśniętych ludzką cywilizacją muzykę. Po złożeniu elementów składowych okazać się może, że The Devil’s Bath jest być może wręcz najbardziej spełnionym artystycznie filmem reżyserskiego tandemu. O ile estetyka nie odkrywa nowych lądów, to jest po prostu rzetelna i niemal pozbawiona rys, natomiast tym razem pełną satysfakcję daje finał – choć może się wydawać, że Fiala i Franz zmierzają do kulminacji zapożyczonej od opowieści o czarownicach, puentują swój film w kluczu społecznym, który jednak ma potężną siłę rażenia i wnosi cenną na koniec nutę oryginalności. Dzięki temu The Devil’s Bath robi bardzo dobre wrażenie i zostawia nie tylko z poczuciem sumiennej egzekucji scenariusza, ale także refleksją, którą zręcznie podprowadzili twórcy. W związku z tym można nawet wpisać austriacki film w nurt nie tylko folk/pagan horroru, ale też wątek krytyki społecznej w ramach gatunku, czy jak kto woli elevated horror, celujący wyżej niż sama rozrywka płynąca z konwencji grozy. Jakby tego nie ująć, The Devil’s Bath można podsumować jako sprawny i rzeczywiście ciekawy film grozy w historycznym ulokowaniu, który mimo festiwalowych inklinacji nie zapomina, że pierwszym zadaniem filmowców powinno być po prostu zainteresowanie widza.

Avatar

Tomasz Raczkowski

Antropolog, krytyk, entuzjasta kina społecznego, brytyjskiego humoru i horrorów.

zobacz inne artykuły autora >>>

REKLAMA