search
REKLAMA
Recenzje

SZYBCY I WŚCIEKLI 9. Festiwal absurdu trwa w najlepsze

Choć do kina wybrałem się z pełną świadomością postępującej niedorzeczności serii Szybcy i wściekli, nawet ja nie byłem przygotowany na taki stek bzdur i fabularnej nijakości.

Dawid Myśliwiec

26 czerwca 2021

REKLAMA

Niewiele jest serii filmowych, które mogą pochwalić się dziewięcioma częściami – i nie mam tu na myśli uniwersów, w których każda odsłona opowiada o trochę innych bohaterach i tylko częściowo zazębia się z pozostałymi elementami układanki. Szybcy i wściekli 9 to kolejna już część historii Dominica Toretto i jego niegdyś motoryzacyjnej familii. Piszę „niegdyś”, bo po wyścigowej proweniencji Szybkich i wściekłych już dawno zostało tylko wspomnienie.

Szybcy i wściekli 9

Dziewiąta część serii (a w zasadzie dziesiąta, bo po drodze mieliśmy jeszcze spin-off Hobbs & Shaw) miała mieć premierę w 2020 roku, ale ta ze względu na pandemię została opóźniona o ponad rok. Nie ma jednak tego złego, bowiem dzięki temu F9  bo pod takim „kodem” funkcjonuje film Justina Lina weszło do kin niemal dokładnie 20 lat po premierze pierwszej części Szybkich i wściekłych. Film Roba Cohena był wówczas hołdem dla klasycznego kina akcji i „sensacyjniaków” lat 90., z Na fali na czele, ale dziś, dwie dekady później, ta seria nie ma już nic wspólnego z tamtym filmem, napędzanym podtlenkiem azotu i spalinami potężnych silników. Dziś Szybcy i wściekli to bombastyczne blockbustery ze scenami akcji bijącymi na głowę nie tylko Mission: Impossible, ale czasami także agenta 007 i superbohaterów Marvela razem wziętych.

Szybcy i wściekli 9

O fabule Szybkich i wściekłych 9 trudno napisać coś więcej niż: po staremu. Dominic Toretto (niepotrafiący zwalczyć oznak upływu czasu Vin Diesel) i jego ukochana Letty (Michelle Rodriguez) żyją sobie na farmie (!), wychowując małego Briana, syna Doma i jego zastępczej ukochanej Eleny, która zginęła w poprzedniej części. Po jakichś trzech minutach od rozpoczęcia filmu na farmie zjawia się dobrze znana ekipa: Tej (Ludacris), Roman (Tyrese Gibson) i Ramsey (Nathalie Emmanuel), informując państwa Torettów o konieczności ponownego ratowania świata. Po trwających około kilkadziesiąt minut rozważaniach natury rodzinno-moralnej Dom i Letty dołączają do ekipy bo przecież farma to nie jest ich naturalne środowisko. Od tego momentu akcja w zasadzie niemal się nie zatrzymuje, do fabuły dołącza znienawidzony brat Dominica, Jakob (z jakiegoś powodu zapisywany przez „k”, a nie przez „c”), a w #TeamToretto pojawiają się kolejne postacie niektóre odgrzebane po latach, inne zupełnie nowe. Zarówno jedni, jak i drudzy wywołują co najwyżej wzruszenie ramionami.

Szybcy i wściekli 9

„There’s peace for me in the chaos” patetycznie stwierdza Letty w jednej ze scen i chaos rzeczywiście jest główną cechą Szybkich i wściekłych 9. Napisana naprędce przeszłość Dominica i jego brata, powroty dawno niewidzianych bohaterów (Lucas Black przypomina, dlaczego Tokio Drift było taką pomyłką), przeczące prawom fizyki i podstawowej logiki sceny akcji słowem, wszystko to, co tygryski w Szybkich i wściekłych lubią najbardziej. A jednak tym razem to wszystko sprawia wrażenie jeszcze bardziej niedorzecznego i kuriozalnego, jakby reżyser Justin Lin i jego ekipa przekroczyli już definitywnie Rubikon kiczu i błazenady. Patetyczne komunały na temat rodziny, domu i honoru przeplatają się z niemal zawsze nietrafionymi żartami Romana, nabuzowanymi do ekstremum scenami akcji (wiedzieliście, że Dodge Charger SRT i Ford Mustang GT to najlepsze samochody do pościgu w dżungli?) i z reguły kiepskim aktorstwem (Johnie Cena, daj już spokój!). Szybcy i wściekli 9 to filmowy koszmarek, którego wartość rozpatrywać można wyłącznie w kategoriach rozrywkowych, bo nawet fani tej serii i bohaterów do których i ja się zaliczam mogą poczuć się zażenowani fabularną zdawkowością tego 145-minutowego widowiska. Ileż bowiem można śmiać się z niedowierzania po kolejnych szalonych scenach akcji, jeśli nie idzie za nimi żadna sensowna historia?

Szybcy i wściekli 9

Przyjemnie patrzy się, jak w tym chaosie odnajduje się znakomita Nathalie Emmanuel, z zachwytem obserwuje się epizod Helen Mirren, a pojawienie się na ekranie Charlize Theron – choć fabularnie niespecjalnie uzasadnione – zawsze należy zaliczyć na plus. To jednak tylko drobne pozytywne akcenty w nieokiełznanym filmowym bałaganie, który zafundowali nam Dominic Toretto i jego rodzina. I choć do kina wybrałem się z pełną świadomością postępującej niedorzeczności serii Szybcy i wściekli, nawet ja nie byłem przygotowany na taki stek bzdur i fabularnej nijakości. Festiwal absurdu trwa w najlepsze – i nic nie zapowiada, by miał się wkrótce zakończyć.

Avatar

Dawid Myśliwiec

Zawsze w trybie "oglądam", "zaraz będę oglądał" lub "właśnie obejrzałem". Gdy już położę córkę spać, zasiadam przed ekranem i znikam - czasem zatracam się w jakimś amerykańskim czarnym kryminale, a czasem po prostu pochłaniam najnowszy film Netfliksa. Od 12 lat z różną intensywnością prowadzę bloga MyśliwiecOgląda.pl.

zobacz inne artykuły >>>

REKLAMA