W stronę zachodzącego słońca

SZYBCY I MARTWI

Dziki Zachód pokolenia MTV, czyli szybko, wściekle i cool.

Autor: Jacek Lubiński
opublikowano

West’n’roll

Rok 1995 to jeden z najbardziej imponujących okresów w historii amerykańskiego kina. I nie chodzi nawet o liczbę arcydzieł, które Fabryka Snów wypluła wtedy z siebie, ale o rozmach, różnorodność i, przede wszystkim, odwagę twórczą, która szła w parze z równie śmiałymi budżetami. To właśnie w połowie tej dekady światło dzienne ujrzały takie hitowe porażki, jak Wodny świat, Wyspa piratów, Sędzia Dredd czy Batman Forever. Hakerzy, Tank Girl, Showgirls, Johnny Mnemonic, Zabójcy, Czysta gra… – tę listę kiczowatego stylu i beztroskiej formy wymieszanej często z niemałymi ambicjami można ciągnąć długo. Gdzieś w niej znajdziemy także pop-western od reżysera Martwego zła i gwiazdy Nagiego instynktu.

Chodzi tu przede wszystkim o nieskrępowaną zabawę.

Jest schyłek XIX wieku na amerykańskiej prerii. Do zapomnianego przez Boga miasteczka Redemption (wiele mówiące „odkupienie”) zajeżdża samotna kobieta (boska jak zawsze Sharon Stone). Od razu widać, iż nie znalazła się tu przypadkiem i ma jakąś awersję do trzęsącego okolicą Johna Heroda (wspaniale zły Gene Hackman), pod nadzorem i z udziałem którego odbyć ma się tu wkrótce konkurs rewolwerowców. Do zgarnięcia jest sto trzydzieści tysięcy baksów (prawie trzy bańki w przeliczeniu na dzisiejszy szmal!). Wkrótce Redemption zalewa więc cała gama barwnych indywiduów, szczycących się szybką ręką i celnym okiem (a wśród nich pędzący ku coraz większej sławie, uroczo impulsywny Leonardo DiCaprio, zaliczający swój pierwszy amerykański występ Russell Crowe i tacy kultowcy dużego ekranu jak Keith David, Lance Henriksen czy znany z serii Piła Tobin Bell). Zasada jest prosta – kto pierwszy, ten lepszy. Pozostali gryzą piach. A reszta jest milczeniem. Do czasu…

Fabuła nie jest skomplikowana, ale stojący na czele projektu Sam Raimi od samego początku pokazuje, że chodzi tu przede wszystkim o nieskrępowaną zabawę – gatunkiem, techniką wyrazu, przecinaną licznymi retrospekcjami narracją czy w końcu konwencją. Ta ostatnia jest mocno umowna, co dobrze oddają wypełniające każdy kadr osobliwe kontrasty – obecne już w samym tytule, podobnie jak nazwy miejsc i postaci, wziętym wprost z Biblii (gdzie „quick” oznacza bardziej „żywego” niż „szybkiego”, ale w sumie na jedno wychodzi). Niby intryga traktowana jest z pełną powagą (chwilami tak bardzo, że Stone bywa tu równie przejęta wydarzeniami, co Tom Cruise w pierwszej odsłonie Mission: Impossible), lecz pastiszowa otoczka jest widoczna aż nadto. Bohaterowie noszą autentyczne, stuletnie prochowce i wprawnie posługują się akuratną bronią z epoki, co nie przeszkadza im jednak świecić bajeranckimi czarnymi okularami z logo Armaniego oraz mówić i zachowywać się, jakby grali we współczesnym filmie akcji.

Takim zresztą Szybcy i wście… ekhm, Szybcy i martwi poniekąd są – zwłaszcza w pełnym zaskakująco potężnych fajerwerków finale, kiedy to westernowe szaty ustępują na moment rodzącej się wtedy w Hollywood nowej jakości w ukazywaniu rozpierduchy. Pod wieloma względami blisko zresztą tej produkcji do pochodzącego z tego samego rocznika Desperado, gdzie też zemsta głównego przekozaka schodzi z czasem na dalszy plan, a pierwsze skrzypce zaczynają grać przebajerzone, efektowne i technicznie wymuskane pojedynki. Jak na ironię i tam, i u Raimiego nie czuć żadnego dysonansu między nimi a historią. Trwająca wręcz idealne 107 minut cieszy ona oko mnóstwem trików wizualnych, pomysłowych zgonów (których jest równo 18), banalną, acz intrygującą rywalizacją bohaterów większych niż życie i adekwatnie, acz nieprzesadnie wykorzystaną R-ką.

Tę swoistą grzeszną przyjemność uzupełniają jeszcze znane nazwiska trzeciego planu (do tych już wymienionych dodać należy Pata Hingle’a, Gary’ego Sinise’a czy sąsiada szpadelmistrza Kevina samego w domu – Robertsa Blossoma w jego ostatniej kinowej roli), przepiękne plenery Arizony w obiektywie mistrza Dantego Spinottiego, efektowny montaż Pietro Scalii oraz nastrojowa, zakrapiana obowiązkowymi gwizdami, gitarą i efektem strzelania z bicza muzyka Alana Silvestriego, który miał już za sobą między innymi Młode strzelby 2 i Powrót do przyszłości 3, więc dobrze znał i czuł klimaty Dzikiego Zachodu.

Jak na powstałe tuż po Pulp Fiction kino przystało, nie obeszło się tu również bez przemielenia popkultury i licznych mrugnięć do pasjonatów gatunku. Dość napisać, że skromny epizod grabarza zagrał tutaj weteran westernów, Woody Strode, dla którego było to tym samym pożegnanie z kinem (jego obecność stanowi zarazem jedno z wielu nawiązań do Pewnego razu na Dzikim Zachodzie oraz innych klasyków). Raimi nie byłby również sobą, gdyby nie wrzucił do tego kociołka także gościnnego występu Bruce’a Campbella, lecz ten ostatecznie wycięto, gdyż nie pasował do całej wizji. Podobnie usunięto też scenę miłosną między Russellem i Stone (obecną w wersji przeznaczonej na rynek europejski), w której aktorka ponownie świeci swoimi atutami (acz nie tak mocno, jak w słynnym thrillerze). W tym zabiciu rozkoszy trudno jednak upatrywać porażki filmu.

Jakimś cudem Sharon Stone udało się nie przekroczyć pewnej granicy absurdu.

Mający swoją premierę w lutym (a w Polsce dopiero latem) film został generalnie zmiażdżony przez krytykę. Jednocześnie nie zdołał zwrócić nawet połowy swojego trzydziestodwumilionowego budżetu. Z pewnością dotknęło to Stone – która trzymała pieczę również nad produkcją dzieła – wyraźnie szukającej wtedy odmiany od wizerunku seksbomby (o czym świadczy chociażby powstałe w tym samym roku Kasyno). Wraz z późniejszą o trzy lata Kulą był to zresztą jej ostatni potencjalny hit kasowy – potem aktorka zaczęła brnąć w coraz ambitniejsze, a przy tym mniej kosztowne projekty, ostatecznie na dobre lądując na drugim planie. To pisząc, Szybcy i martwi bynajmniej nie cierpią, mimo wszystko, z powodu rozbuchanego ego tej ówczesnej kobiecej gwiazdy numer jeden.

Jasne, Stone miała dużo do powiedzenia w kwestii obsady i reżysera (jak by nie było, dobranych perfekcyjnie), a także nie do końca wyczuła scenariusz, nad którym w pewnym momencie pracowały aż trzy osoby – w tym Joss Whedon i John Sayles, który swoje poprawki określił potem mianem „kurewsko bezcelowego ćwiczenia”. Tym samym nasza heroina momentami zdaje się być wyjęta z nieco innej bajki i wycięta z kartonu. Podczas gdy wszyscy pozostali są odpowiednio wzięci w nawias, a nawet stosownie do stylu opowieści karykaturalni – czyli grają na luzie – ona zalicza kilka wyjątkowo drewnianych i/lub wyjątkowo przedramatyzowanych scen.

Niemniej jakimś cudem Sharon Stone udało się nie przekroczyć pewnej granicy absurdu. Stworzyła całkiem zgrabny duet z przyszłym gladiatorem (również bez problemu bawiącym się swoim wizerunkiem… księdza). Potrafi także obronić się solo w roli tajemniczej desperatki z mroczną przeszłością (jaką łatwo przewidzieć). Wszystko to, rzecz jasna, w ramach odrobinę głupiutkiej, ale przyjemnej i wciągającej rozrywki z przymrużeniem oka. Trafnie podsumowanej w dodatku hasełkiem reklamowym i gotową ripostą w jednym:

Nie możesz jej zignorować. Nie możesz jej pokonać.
Nie możesz się jej oprzeć. Nie możesz wygrać…

Cóż, ja po kolejnym obejrzeniu tego postmodernistycznego westernu nakręconego dla pokolenia MTV bynajmniej nie czuję się przegrany. Przeciwnie. To chwilami diablo satysfakcjonujące połączenie kiczu, charakterystycznej dla reżysera makabreski oraz uniwersalnie czystej formy starej jak świat konfrontacji dobra ze złem – tu zapodanej w wyjątkowo atrakcyjny, nawet jeśli mocno przeszarżowany sposób (ach, te olbrzymie dziury po kulach!). Mimo zerowego braku oryginalności spoczywających u podstaw jest to bodaj najbardziej nietuzinkowy tytuł w dorobku Sama Raimiego (a już na pewno Sharon Stone). I jedyny taki reprezentant gatunku, doskonale sprawdzający się również jako kolorowy hołd dla jego największych dokonań. Takie cuda tylko w Ameryce!

korekta: Kornelia Farynowska

Ostatnio dodane