search
REKLAMA
Recenzje

Oceniamy BATMANA Matta Reevesa

Jak podobał się nam najnowszy film Matta Reevesa?

REDAKCJA

7 marca 2022

REKLAMA

Na ekranach kin oglądać możemy już długo wyczekiwany, najnowszy film o Batmanie. Mieliście już okazję przeczytać naszą recenzję, dziś zapraszamy do zapoznania się z szerszym odbiorem – o Batmanie kilka słów napisała część naszej redakcji.

Filip Pęziński

Matt Reeves doskonale wie, co chce swoim filmem opowiedzieć i jakich użyć do tego środków. Jego Batman to dojrzały i przemyślany film dla dorosłych. Bardzo bliski komiksowi, a szczególnie takim tytułom jak Długie Halloween, Ziemia jeden czy Ego, ale nietraktujący przy tym materiału źródłowego jako kuli u nogi, np. radykalnie zrywając z mitem filantropa-zbawcy. Garściami czerpie też z kina noir w duchu klasyków lat 70. jak Klute czy Chinatown, ale i niezapomnianych thrillerów amerykańskich w postaci filmów Davida Finchera czy Milczenia owiec.

Być może były Batmany z pojedynczymi lepszymi rolami i ciekawiej wykreowanymi postaciami, ale nigdy nie było takiego, gdzie widz nie musi obawiać się odejścia danej postaci z centrum uwagi, bo każda jest tu po prostu równie interesująca. To naprawdę niezwykły, organiczny i uzupełniający się zespół aktorski, który bez wątpienia stanowi fundament sukcesu artystycznego produkcji.

Batman trzyma równy poziom przez bite trzy godziny i mimo snujących się, detektywistycznych sekwencji, z których jest właściwe utkany, ani przez chwilę nie pozwala się nudzić. Również dzięki perfekcyjnej stronie wizualnej i ujmującej ścieżce dźwiękowej autorstwa Michaela Giacchino.

Znakomite kino, rewelacyjny film o Batmanie i prawdopodobnie najlepszy film superbohaterski ostatnich 30 lat. Czyli od premiery Powrotu Batmana Tima Burtona, który to notabene jest ulubionym filmem o tej postaci zarówno Matta Reevesa, jak i Roberta Pattinsona. Co czuć w ich triumfalnym dziele.


 

Maciej Niedźwiedzki

Dwie największe filmowe tajemnice – przeszłość rodziców Bruce’a i motywacje Riddlera – zostają wyłożone w sposób tak niezdarny, że aż można chwycić się za głowę. W pierwszym przypadku to łopatologiczne (scena po scenie) skonfrontowanie relacji Falcone’a i Alfreda. W drugim antagonista roztkliwia się nad losem biednych, głodnych, zziębniętych dzieci z podupadających sierocińców, a chwilę potem… zalewa całe miasto. Kiedy indziej w trakcie przesłuchania jednego z bandziorów Batman słyszy, że skorumpowany jest CAŁY SYSTEM (!!!). Kiedy i na podstawie czego Batman dochodzi do wniosku, że ludzie potrzebują nadziei, a nie zemsty, chyba na zawsze pozostanie zagadką. Batman to składak (na wyrobionych gwintach) i sklejka (na taśmie biurowej).

Kryminalny wątek mógłby być dłuższy, by jakoś złączyć ze sobą kolejne morderstwa. Łamigłówki mogłyby nie być jedynie słownymi zabawami dla samej zabawy („bo kłamał jak z nut” – okej, mam to, ale whatever). „Serial killer” intrygę można by też w całości wyciąć, bo ma ona znikome znaczenie w kontekście finałowego starcia.

Batman to mozolne rozstawianie pionków po planszy a nie rozwijanie jednolitej, zmierzającej w konkretnym kierunku fabuły, nie budowanie mających ręce i nogi konfliktów. Teraz filmy co raz częściej muszą być fragmentem jakiegoś uniwersum, jakiejś większej opowieści, kolejnej nieszczęsnej franczyzy. Batman jest ofiarą tego podejścia i jako samodzielna historia nie broni się w ogóle. Matt Reeves ma oko do kadrów, światła i kompozycji, ale wysłałbym go na korepetycje dla scenarzystów (poziom początkujący), zanim zasiądzie do pisania drugiej części. Trzy efektownie zaprojektowane, ładnie wyglądające sekwencje – bijatyka w klubie, pogoń za Pingwinem, zadymiony finał – to naprawdę za mało. Nie nazwę Batmana filmową katastrofą, ale obawiam się, że pod przewodnictwem Reevesa seria z Człowiekiem Nietoperzem właśnie tam zmierza. Niestety.


 

Natalia Hluzow

Po dziesięciu chudych latach Matt Reeves dostarcza fanom Batmana nie tylko film, za który w końcu nie muszą się wstydzić, lecz także arcydzieło deklasujące wszystko, co o Mrocznym Rycerzu nakręcono do tej pory. Nawet trylogię Nolana, która wyniosła film superbohaterski do rangi sztuki. Stawiała bowiem bardziej na autorską wizję reżysera niż na wierność komiksowemu pierwowzorowi. Tymczasem film Reevesa to Batman w czystej postaci. Dzieło przypominające o tym, dlaczego zwykło się go nazywać największym detektywem świata. To także reżyserski majstersztyk z pogranicza ponurego thrillera, psychologicznego dramatu i klasycznego filmu noir.

Matt Reeves serwuje widzom trzygodzinną ucztę, pozwalając delektować się każdym ujęciem. Powolna narracja buduje napięcie, sceny wybrzmiewają bez pośpiechu, szalone tempo zaś zarezerwowane jest tylko dla obłędnych scen walk i pościgów. W Batmanie zachwyca właściwie wszystko – od scenografii, przez kostiumy, charakteryzację, zdjęcia, montaż i muzykę, po absolutnie doskonałe aktorstwo. John Turturro, Colin Farrell i Paul Dano zasługują na Oscary, Jeffrey Wright w roli Jima Gordona bije na głowę samego Gary’ego Oldmana, a Zoë Kravitz pozostawia w cieniu niemal wszystkie swoje poprzedniczki. Nad całą tą genialną obsadą góruje zaś Robert Pattinson, który właśnie zapisuje się na kartach historii jako najlepszy Batman w dziejach kina.

Jego bohater nie musi wyglądać jak czołg, by siać postrach, ani krzywić się i stękać, byśmy dostrzegli jego ból. Wystarczą postawa, timing i spojrzenie aktora. Nie trzeba też rozwodzić się nad tym, jak to w Gotham City straszno, brudno i duszno. Wynika to z samej tkanki filmu. I wreszcie zbędne są najlepsze efekty specjalne, jakie widział świat. Zdumiewający efekt dają gra światłem i cieniem, manipulowanie ostrością oraz nieoczywiste kadrowanie. Matt Reeves swoim dziełem wraca nie tylko do komiksowych korzeni Batmana. Sięga do esencji sztuki filmowej, przypominając, że popkultura i artyzm wcale nie muszą się wykluczać.


 

Tomasz Ludward

Oglądając Batmana, łatwo ulec iluzji, że dostajemy film całkiem nowy. Twórcy argumentują to noirowym sznytem, pogrążonym w absolutnym mroku Gotham, i Robertem Pattinsonem, przyodziewającym kostium Batmana, by trochę chronić obywateli miasta, a trochę odwalać detektywistyczną robotę za śledczych. Te cechy filmu Matta Reevesa idą w parze z zapierającymi dech w piersi technikaliami. W Batmanie w końcu czuć stęchliznę miasta, słychać pisk szczurów wyłażących z kanałów. Dosadna i oszczędna oprawa muzyczna Michaela Giacchino spowija całość mrokiem. I tu wrażeniometr wydaje się, niestety, mocno hamować, bo im dalej w miasto, tym łatwiej zgubić orientację.

W historii prezentowanej przez Reevesa brakuje wyraźnych drogowskazów. Co jest jej istotą? Czy jest to opowieść o metropolii zaszczutej intrygami, którą bierze sobie na celownik nieobliczalny Riddler? Czy raczej powinniśmy pozostać przy samym Batmanie, analizując jego rolę w społeczeństwie i piętno, jakie kostium pozostawia na aspołecznym i przezroczystym Waynie? Do końca nie wiadomo, bo ten, rasowy przecież, kryminał chwyta kilka srok za ogon, zostawiając fabularny niedosyt.

Kuleje nie tylko scenariusz, ale również postacie drugoplanowe. Oprócz Kobiety-Kot, jasno artykułującej swe motywacje – chce odnaleźć przyjaciółkę – cała reszta bohaterów wydaje się mocno niedopracowana. Przykro było patrzeć głównie na Pingwina, który pogubił swoje komiksowe atrybuty, skupiając się w pełni na mało wyrafinowanej gangsterce. Czający się na niego komisarz Gordon, jak to Gordon, jest niezłomny i nie bierze w łapę. Brakuje mu jednak determinacji i samodzielności, które cechowały postać odgrywaną przez Gary’ego Oldmana. W końcu the Riddler – arcyłotr o niewinnej twarzy Paula Dano powiela zbrodnicze schematy znane z filmów Christophera Nolana. Naczelny antagonista eskaluje zło w formie, która już dawno się przejadła. Człowiek zagadka przez to rzadko szokuje w swym modus operandi. Daleko mu chociażby do pełnych napięcia wstawek z Mrocznego rycerza, które fundował nam Joker. Pamiętacie dwa uzbrojone w bomby promy?

Nowy Batman niestety nie doskoczył do moich oczekiwań i poza olśniewającą oprawą nie ma zbyt wiele w zanadrzu. Sprawa wyglądałaby pewnie inaczej, gdybym fundował sobie seanse poprzednich Batmanów rzadziej lub gdybym urodził się później – tym sposobem film Matta Reevesa mógłby być moim punktem odniesienia w serii o Człowieku Nietoperzu. Nie ekscentryczny Burton, nie popkulturowy Schumacher, nie realistyczny Nolan.

⑤ 


 

Dawid Myśliwiec

batman

Choć Batman to film, który nie spełnia składanych obietnic, film Matta Reevesa ogląda się z zapartym tchem. Skąpana w Fincherowskiej estetyce najnowsza produkcja o Człowieku Nietoperzu to monumentalna opowieść (tylko kilka minut poniżej 3 godzin!), która imponuje ambicjami, ale – jak to często bywa w przypadku takiego rozmachu – nie potrafi utrzymać równego poziomu.

Bo o ile Batman jako zamaskowana postać intryguje i imponuje determinacją – zwłaszcza tą detektywistyczną – o tyle Bruce Wayne „w cywilu” jest mocno niedookreślony i pozbawiony charakteru. Nie ma go też np. Alfred (Andy Serkis), który na tle swych poprzedników wypada wyjątkowo blado, a szpitalna scena pomiędzy tymi dwoma bohaterami wywołuje zgrzytanie zębami. Nie dziwi jednak, że w tym blisko trzygodzinnym maratonie Reeves nie ustrzegł się słabszych momentów – błędem było wybranie tak długiego metrażu, który tylko największym filmowcom udaje się w stu procentach zapełnić wartościowym materiałem. W Batmanie podobać się może jego organiczność – jest brudno, brutalnie i bardzo realistycznie.

Już u Nolana Gotham było przestępczą kloaką, ale u Reevesa stało się prawdziwym jądrem ciemności. I choć wydaje się, że pierwszą bitwę z całym złem tego miasta wygrał Mroczny Rycerz, Bruce Wayne będzie musiał zapuścić nieco cojones, zanim stanie do walki z tym, co zdają się szykować dla niego arcyłotrzy Gotham.

REKLAMA