search
REKLAMA
Recenzje

PRALNIA. „Stylowa” opowiastka, czyli BIG SHORT bez klasy i gustu

Jan Tracz

26 października 2019

REKLAMA

Ogłaszam wszem i wobec, że Steven Soderbergh (tak, właśnie on!), oscarowy reżyser, gwiazda niezależnego amerykańskiego kina, ten czarodziej kamery (ach, to się nazywa budowa napięcia), niestety, nakręcił bardzo zły film. Odnosząc się do kolejnej już w najnowszej kinematografii USA finansowej afery, przepoczwarza powagę zdarzenia w groteskową, przebrzmiałą opowieść o ludziach złych i tych odrobinę lepszych. Gary Oldman gra tutaj karykaturę samego siebie, Antonio Banderas z nietrafionym akcentem wydaje się ciągle zmieszany, a Meryl Streep nie jest już tą samą królową kina; z ekspansywnym nadmiarem ekspresji dwoi się i troi, wzrusza ramionami, robi nadęte miny. Soderbergh uwielbia dynamiczne opowieści, nie boi się zwalniać, ale w Pralni pociąga za złe struny; pragnie być prześmiewczy, ale widz się nie śmieje, chce krytykować – ludzi, kraj, system, prawa, zasady. Mnie pozostaje strofować samego autora.

Big Short Adama McKaya był powiewem świeżości w kinach – złożony problem ekonomicznego środowiska „wilków z Wall Street” został nam pokazany w tak prosty i przystępny sposób, że nie sposób się dziwić, dlaczego przyciągnął tyle osób (nie)świadomych omawianej tematyki. Mieliśmy też takie tytuły jak Spotlight i Czwarta władza, skupiające się nie tyle na problemie dolara w społeczeństwie i polityce, co na sprawach wpływających na ludzi i państwo. Pralnia jest nieudolną próbą połączenia tych produkcji, która bazuje na sprawdzonych przez nie motywach, zasadach narracji i naiwnej formule: prostota ponad wszystko. Gdyby nie ucierpiał na tym wydźwięk i scenariusz, powiedziałbym, że Soderbergh jest moim nowym ulubionym kopistą.

Dwaj biznesmeni o różnym pochodzeniu i niezbyt wiarygodnych akcentach (Gary Oldman i Antonio Banderas – ich występy do poprawki) żerują na tragediach biednych ludzi. Kradną im wszystko: godność, fundusze, a nawet chęć do życia. Gdy na jednej z wycieczek niefortunny przypływ zabiera Ellen (Meryl Streep) ukochanego męża, ta nie dostaje praktycznie żadnych pieniędzy przysługujących jej po jego śmierci. Kobieta zamierza trochę poszperać, by dowiedzieć się, kto jest za to wszystko odpowiedzialny. Zbywana i wyszydzana, jeździ w najosobliwsze miejsca, zdobywa kolejne informacje i zaczyna stopniowo układać rozłożone puzzle. Milionerzy nie mają szans w pojedynku z losową emerytką. Dobrze słyszycie, to nie żarty, to pojedynek na śmierć i życie.

Akcja Pralni opiera się na zestawieniu scen scenariuszowych – tej sflaczałej opowiastki, pustej jak nienamoczona gąbka – z tłumaczeniem zależności podatkowych i błędów systemu finansowego w wykonaniu złowieszczego duetu, który zawłaszczył sobie majątki niewinnych mieszkańców Stanów Zjednoczonych. Ich dialog podchodzi pod rozprawę reżysera o kręceniu jego najnowszego filmu: zaczynając od autobiografizmu, nieprędko (podkreślam wyraźnie to słowo) przechodzą do kwestii przejmowania inwestycji i tworzenia swojej firmy, kolosa na glinianych nogach. Przywołują na przykład dwie krótkie, nieinteresujące i przejaskrawione opowieści o tym, w jaki sposób ludzie z zewnątrz doprowadzali do powolnego upadku imperium. Przesadna sugestywność zniechęca widza, a płytkie sceny bez szerszych kontekstów nudzą – koniec końców to tylko potok lepkich, niesmacznych słów. Nie wyjdziemy z seansu o cokolwiek mądrzejsi.

Nie potrafię pojąć, do czego Soderberghowi jest tak śpieszno, dlaczego wprowadza tak wiele postaci i porusza tyle tematów, by potem z jakąś manią lekkoducha zamknąć wszystkie wątki po kolei, kończąc historię bez większego przemyślenia. W międzyczasie twórca przemyca parę uniwersalnych treści – płomienne hasła o tym, że cały świat jest zły, a firma omawiana w Pralni to jedynie kropla w morzu. Na koniec otrzymujemy konkluzję; wyjaśnia się rola postaci Ellen, ona sama też krzyczy i wzywa do działania. Problem jest taki, że nikt raczej nie odpowie na jej wezwanie. Całości dopełnia niekompetentne niewykorzystanie aktorów przewijających się na ekranie – choćby Davida Schwimmera i Jeffreya Wrighta. To są ludzie o świetnym warsztacie, mogliśmy przecież oglądać ich te kilka minut dłużej.

Pralnia sprawie wrażenie dzieła niekompletnego, na które nie było nawet szerszego pomysłu. Ot, nakręcone, by weszło na Netfliksa. Ale chyba po to ta platforma ostatnio jest, by wprowadzić na nią kolejny nieoszlifowany kamień. Bynajmniej nie diament.

Avatar

Jan Tracz

Studiuje filmoznawstwo na uczelni King's College London w Wielkiej Brytanii, aktualnie pisuje dla Papaya Rocks, Noizz, Przeglądu i Gry-OnLine. Współpracował z Rock Radiem, portalem Movies Room, a także publikował dla Tygodnika Solidarność i Filmawki. Czechofil, audiofil i entuzjasta tenisa. Uwielbia wywiady, rozmowa z ludźmi to dla niego sama przyjemność.

zobacz inne artykuły >>>

REKLAMA