NOWE OBLICZE GREYA. W Greylandzie bez zmian

Nowe oblicze Greya to niby film o seksie, ale tak naprawdę rżnięty jest w nim głównie widz – mimo że płaci za bilet, zostaje zmuszony do oglądania niekończącej się kawalkady reklam, przy których product placement z Klanu wydaje się subtelny i nienachalny. Flota pojazdów tytułowego miliardera nadal ogranicza się tylko do różnych modeli Audi, ale tym razem sportowe R8 urasta do rangi osobnego bohatera – pozwala parze na niemrawą ucieczkę przed śledzącymi ich napastnikami, pełni także kluczową rolę w finale. Scena erotycznej zabawy lodami nie może obyć się bez zaprezentowania ich logotypu (Ben & Jerry’s), a przeciwnik pary, Jack Hyde, chwali aparat fotograficzny w smartfonie (Vertu) ukradzionym od dziewczyny, którą chwilę wcześniej porwał. Gdybym przygotowywał tę recenzję z takim samym poszanowaniem dla odbiorcy, jakie wykazują twórcy kolejnych Greyów, to właśnie dowiedzielibyście się, że teksty o filmach najlepiej pisze się na klawiaturach Logitech, popijając herbatę Lipton.
Dziwne zresztą, że na intratny dla twórców reklamowy deal nie dała się namówić Nivea, bo fabularnego mydła jest tu więcej niż w telewizyjnych operach. Poprzednia część kończyła się – jeśli dobrze pamiętam – oświadczynami, teraz mamy więc ślub. Po przysiędze Grey i Greyowa udają się na miesiąc miodowy wyglądający jak teledysk do piosenki, która podobać mogłaby się tylko komuś, kto w życiu nie słyszał żadnej innej. Po powrocie Ana dowiaduje się, że została szefową działu prozy w wydawnictwie, a reszta pierwszej połowy filmu to typowe dla tej serii dramy między bohaterami – a to Christian obcesowo traktuje zatrudnianego przez dziewczynę autora, bo ten jest przystojny, a to Ana wścieka się na architektkę Greya, bo ta robi do niego maślane oczy. Toksyczny związek zazdrośników przechodzi więc płynnie w toksyczne małżeństwo zazdrośników, a widzowi sugeruje się znowu, że tak powinna wyglądać prawdziwa miłość.
Podobne wpisy
Moim ulubionym wątkiem z tej części filmu jest jednak wątek wydawniczy, który doskonale pokazuje, jak bardzo scenarzyści Nowego oblicza Greya są oderwani od rzeczywistości. Szefowa działu prozy na biurku nie ma nawet komputera, a z kontrahentami kontaktuje się tylko przez telefon stacjonarny, mimo że z jej torebki wystaje błyszczące Vertu. W jednej ze scen Ana instruuje składacza, by zwiększył czcionkę o dwa punkty, a ten grzecznie pochyla się nad deską kreślarską (!). Byłby to zdecydowanie ciekawszy film, gdyby okazało się, że drzwi do wydawnictwa Any to tak naprawdę tunel czasoprzestrzenny, który przenosi bohaterkę na przykład do 1978 roku, świata bez wszechobecnych komputerów i Internetu. Raz, że działoby się tu wreszcie coś ciekawego, dwa, że część filmu rozgrywałaby się w rzeczywistości, w której E.L. James nie napisała jeszcze żadnej książki.
Zamiast tego scenarzyści gorączkowo szukają jakiegoś zagrożenia, które mogłoby spaść na pięknych, gładkich, szczęśliwych, uprzywilejowanych, spełniających wszystkie swoje marzenia, ultrabogatych bohaterów. Z galerii czarnych charakterów zaprezentowanych w poprzedniej części wybierają ostatecznie Jacka Hyde’a – przystojnego właściciela wydawnictwa, który chciał zmusić Anę do seksu, a potem został zwolniony przez Christiana, bo ten stwierdził, że musi mieć monopol na molestowanie swojej przyszłej żony. Hyde opracowuje wyjątkowo nieciekawy plan zemsty i próbuje wprowadzić go w życie. Dalszej części opisać nie mogę, bo teoretycznie byłby to spoiler, powiem więc tylko, że będzie tu miejsce i na przygotowanie do życia w rodzinie („Jeśli uprawiasz seks, zdarza się, że urodzi się dziecko!” – powie Ana do Christiana) i na idiotyczne kłamstwa („Jesteś człowiekiem honoru” – poinformuje go w innej scenie).
E.L. James nie jest profesjonalną pisarką – z jedynego w swoim rodzaju połączenia naiwności, szczerości i grafomanii wynikał poniekąd niespodziewany sukces jej książek. Od twórców filmu, którzy na ekranizację wyłożyli pięćdziesiąt milionów dolarów, można by jednak oczekiwać więcej – choćby tego, by zdjęcia nie przypominały produkcji Hallmarku, montaż scen akcji nie wywoływał znudzenia, a aktorzy zostali choćby lekko poprowadzeni w kierunku tworzenia postaci z krwi i kości. Można by też liczyć na osławione sceny erotyczne – te kończą się wraz z rozpoczęciem wątku sensacyjnego.
Ostatecznie trylogia o najnudniejszym miliarderze świata okazuje się – tutaj brak zaskoczenia – całkowicie konserwatywna i skupiona na klasycznych wartościach. Fetyszem, do którego dążą bohaterowie, nie jest wcale BDSM, ale tradycyjnie pojęta rodzina – z wielkim domem, ogrodem i gromadką dzieci.
I szkoda tylko, że podczas sześciu godzin seansów nie dowiedziałem się ostatecznie, jak wyglądają tytułowe twarze Greya, których miało być rzekomo pięćdziesiąt – przez wszystkie trzy filmy Jamie Dornan konsekwentnie jest albo wkurzony (twarz pierwsza), albo napalony (twarz druga). Pozostałe jego oblicza wylądowały zapewne w uniwersum, do którego wessało komputery z wydawnictwa Any.
korekta: Kornelia Farynowska