search
REKLAMA
Recenzje

Notes on Blindness (CAMERIMAGE 2016)

Jacek Lubiński

23 listopada 2016

REKLAMA

Boimy się ciemności. Przeraża nas to, co w niej znajdziemy. Mrok jest niewiadomy, a przez to pełen potworów wykreowanych w najgłębszych zakamarkach wyobraźni. Ponoć w otchłani czarnej pustki można dostrzec prawdziwe odbicie duszy, znaleźć oblicze własnego „ja”. Nic więc dziwnego, że spośród wielu cywilizacyjnych dolegliwości wciąż największy strach budzi ślepota. Oznacza ona bowiem nie tylko bezradność, ale też i rodzaj wiecznej samotności. Co ciekawe, w szeroko pojętej popkulturze aż roi się od niewidomych herosów, którzy niekiedy przybierają nawet maski superbohaterów. Mimo to utrata wzroku to nadal jeden z największych koszmarów przeciętnego człowieka.

notes-on-blindness-poster

Szanowany wykładowca John M. Hull przez długi okres czasu częściowo tracił zmysł widzenia, aż w końcu oślepł całkowicie w wieku czterdziestu pięciu lat. Jak na profesora przystało, nie poddał się jednak i prócz spłodzenia „po ciemaku” jeszcze trójki potomstwa (łącznie był ojcem aż piątki dzieci), opublikował – z pomocą, ma się rozumieć – kilka prac dotyczących ślepoty. Co więcej, przez lata nagrywał na magnetofonie także swoisty dziennik swych doświadczeń oswajania się z niewiadomą „chorobą”, opisywania nowych dla niego sytuacji, utraty pamięci wzrokowej, zgubnej orientacji w terenie, roli mózgu w tym wszystkim, w końcu także relacji z rodziną – żoną i nowo narodzonymi pociechami, które nie do końca pojmowały stan swego taty.

Te właśnie taśmy zmarłego przed rokiem Hulla posłużyły za podstawę filmowcom – Pete’owi Middletonowi i Jamesowi Spinneyowi, którzy najpierw nakręcili sympatyczną krótkometrażówkę, a następnie zdecydowali się rozszerzyć ją do formy pełnometrażowego dokumentu fabularyzowanego o tym samym tytule. Eksperymentalna forma, w której twórcy niejako wizualizują rzeczone nagrania, każąc aktorom nie tylko odgrywać scenki pasujące do konkretnych dialogów lecących z kaset, ale też udawać, że dane kwestie wypowiadają właśnie oni, w niesamowity sposób pozwala nam wejść w buty niewidomego. Osoby niejako skrzywdzonej przez los; mężczyzny, któremu wydaje się, iż dzień po dniu traci nie tyle kontakt ze światem zewnętrznym, co cząstkę siebie i swojego człowieczeństwa.

I jest to tyleż okropna obserwacja, co fascynujące przeżycie.

notes-on-blindness2

Nie dziwi to, biorąc pod uwagę, że przy obu projektach wydatnie pomagał sam Hull (odszedł nagle w trakcie zdjęć do pełnego metrażu, w którego epilogu możemy go zresztą dojrzeć we własnej osobie) oraz jego żona, Marilyn. Skutkuje to mocno osobistą, a co za tym idzie zapodaną w wielce intymny sposób historią i zarazem jedynym w swoim rodzaju doznaniem. W dodatku technicznie niezwykle dopieszczonym, pełnym zarówno przepięknych ujęć, niebanalnych eksperymentów wizualno-dźwiękowych oraz niezwykle oryginalnej narracji. Już choćby te elementy sprawiają, że jest to film nie tylko ważny i warty zobaczenia w kontekście poznawczym, co niesamowicie lotny, atrakcyjny, niekiedy wręcz widowiskowy (znakomita sekwencja z deszczem). W niektórych momentach ogląda się go zresztą niczym najlepszy kryminał, choć przecież jest to rasowy dramat obyczajowy z kilkoma humorystycznymi wstawkami, głównie dotyczącymi dzieci.

Co ważne, całość pozostaje niezwykle szczera i nie ma w niej miejsca na fikcję. O ile aktorzy odgrywają jedynie wariacje na tematy płynące z puszczanych w tle taśm, to jednak cały czas pozostają w zgodzie z ich sednem, bezbłędnie oddając zarówno naturę, jak i specyficzny charakter tych prawdziwych przecież nagrań, w które ingerowano jedynie względem poprawy dźwięku na potrzeby kilku scen. Także i pod tym względem jest to realizacyjny majstersztyk, który można tylko i wyłącznie polecać – nie tylko fanom trudnej sztuki dokumentalnej.

notes-on-blindness3

Rzecz jasna dziewięćdziesięciominutowy „wycinek” z życia Hulla miewa lepsze i gorsze momenty.

Szczęśliwie niebanalna forma, jak i sama narracja – niezwykle szczegółowa, pozbawiona górnolotnych przemów o życiu i śmierci, taka zwyczajna, ludzka – nie pozwalają nudzić się ani chwilę. Także nieliczne momenty, w których Hull schodzi na tematy religii oraz boga, wydają się jasno wynikać z teologicznej specjalizacji bohatera, którego trochę podczas seansu poznajemy. Bądź co bądź jest to nie tylko przepięknie nakręcony testament o postępującej ułomności, ale także wciągający film o sile ludzkiej woli oraz swoistej eksploracji własnego mikrokosmosu.

korekta: Kornelia Farynowska

Avatar

Jacek Lubiński

KINO - potężne narzędzie, które pochłaniam, jem, żrę, delektuję się. Często skuszając się jeno tymi najulubieńszymi, których wszystkich wymienić nie sposób, a czasem dosłownie wszystkim. W kinie szukam przede wszystkim magii i "tego czegoś", co pozwala zapomnieć o sobie samym i szarej codzienności, a jednocześnie wyczula na pewne sprawy nas otaczające. Bo jeśli w kinie nie ma emocji, to nie ma w nim miejsca dla człowieka - zostaje półprodukt, który pożera się wraz z popcornem, a potem wydala równie gładko. Dlatego też najbardziej cenię twórców, którzy potrafią zawrzeć w swym dziele kawałek serca i pasji - takich, dla których robienie filmów to nie jest zwykły zawód, a niezwykła przygoda, która znosi wszelkie bariery, odkrywa kolejne lądy i poszerza horyzonty, dając upust wyobraźni.

zobacz inne artykuły autora >>>

REKLAMA