Recenzje

NIE CZAS UMIERAĆ. Czas zmian (RECENZJA z premiery online)

"Nie czas umierać" to film pozbawiony wizualnej maestrii "Skyfall", ale przewyższający pod każdym innym względem wszystkich następców "Casino Royale".

Autor: Mikołaj Lewalski
opublikowano

Jeszcze nie tak dawno sporo osób uważało przesunięcie premiery nowego Bonda za pochopną decyzję i przejaw paniki dystrybutora. Dziś już wszyscy wiemy, że ta premiera i tak by się nie odbyła, a zamknięte do odwołania kina są smutnym świadectwem kulturowego zastoju, jaki nas czeka w najbliższych miesiącach. Wbrew wszelkim oczekiwaniom, prawdopodobnie w ramach podsycenia zainteresowania jesienną premierą, Sony zdecydowało o przeprowadzeniu pokazów prasowych – wszystko dzięki streamowi, który pozwolił obejrzeć produkcję w domowym zaciszu. Jako jeden z nielicznych polskich portali mamy przyjemność podzielić się z wami recenzją ostatniego występu Daniela Craiga w roli 007 i muszę przyznać, że w pełni rozumiem pewność siebie wytwórni, która postanowiła zaprezentować krytykom Nie czas umierać pół roku przed premierą kinową. Całe szczęście też, że ta ostatnia nie była zaplanowana na przełom lutego i marca – byłoby bardzo niesprawiedliwe i smutne, gdyby tak świetna produkcja miała wejść do kin na czas ograniczony przez tragiczne światowe wydarzenia. Widzowie zasługują, by w spokoju wybrać się na seans, a studio i ludzie pracujący przy nim powinni móc liczyć na wysoki przychód ze sprzedaży biletów. Wreszcie dostaliśmy coś naprawdę świeżego w temacie przygód brytyjskiego szpiega!

Już pierwsze minuty filmu zapowiadają coś odmiennego od poprzednich odsłon. Nie ma tu żadnego pościgu, wyrwanej z kontekstu wybuchowej akcji ani Bonda zadziwiającego wszystkich swoimi popisami. Prawdę mówiąc, przez większość czasu nie ma tu nawet samego Bonda; prolog koncentruje się bowiem na złoczyńcy i wprowadza postać, która przed premierą wzbudziła wiele kontrowersji – kobiecą wersję agenta 007. Po tych pierwszych scenach nie będziecie jednak mieć wątpliwości, że nie ma tu miejsca na żadną ideologiczną pokazówkę, a nowa postać nie zastąpi Jamesa Bonda w jego własnym filmie (nawet jeśli przejęła jego obowiązki w świecie filmu). Prolog bardzo zgrabnie nakreśla zarówno jej wysokie kompetencje, jak i ich niedostatek w starciu z nowym zagrożeniem, przy którym poprzednie (może poza obłąkanym Javierem Bardemem ze Skyfall) wydają się niewiele bardziej przerażające niż szkolne rozrabiaki. Niemała w tym zasługa Ramiego Maleka (o którym nieco więcej później), ale największe oklaski należą się reżyserowi, który wprowadza na ekran niepokój i duszną atmosferę już w pierwszym ujęciu.

Jeszcze nigdy nie było Bonda tak ludzkiego i mrocznego, ale zarazem pełnego ikonicznej dla serii symboliki.

Przy całej mojej sympatii do Danny’ego Boyle’a uważam, że Cary Joji Fukunaga był znacznie lepszym kandydatem do wyreżyserowania tego filmu (abstrahując już nawet od kwestii pożegnania z Danielem Craigiem, na które Boyle miał niezbyt udany pomysł). Miłośnicy pierwszego sezonu Detektywa powinni dobrze rozumieć dlaczego. Pierwszy sezon jest bowiem świetnie napisany i obsadzony, ale to samo można powiedzieć o dwóch następnych, a jednak zdecydowanie ustępują one pierwowzorowi – czym więc różnią się najbardziej? Reżyserią! Druga i trzecia seria miały po kilku reżyserów, ale stojąca za całością wizja należała przede wszystkim do scenarzysty i twórcy serialu. Pierwszy sezon został w całości wyreżyserowany przez Fukunagę, który przeniósł tekst Pizzolatto na ekran w doskonały sposób, wydobywając z niego wszystko, co najlepsze, a niedostatki przykrywając własnym warsztatem i pomysłami. Wszystko to ma też miejsce w Nie czas umierać; jeszcze nigdy nie było Bonda tak ludzkiego i mrocznego, ale zarazem pełnego ikonicznej dla serii symboliki. Skyfall i Spectre w mniej lub bardziej udany sposób próbowały połączyć „ludzki” wizerunek bohatera i realizm historii z klasycznymi bondowskimi motywami, ale dopiero tutaj to połączenie wyszło tak zgrabnie i świadomie.

Fukunaga niezwykle skutecznie buduje poczucie zagrożenia i wysokiej stawki, a także umiejętnie posługuje się pozornie ogranymi elementami serii, wprowadzając w nie nowe życie i ekscytację. Inscenizacyjne i fabularne niespodzianki kryją się za każdym rogiem, a subtelna dekonstrukcja mitologii agenta 007 nigdy nie przyćmiewa właściwej filmowej historii ani jej bohaterów. Ci ostatni nie rozczarowują zarówno od strony scenariusza, jak i mistrzowsko poprowadzonych występów. Craig ma w sobie więcej entuzjazmu niż w poprzednich dwóch częściach razem wziętych, Lashana Lynch stanowi interesującą kontrę dla bohatera serii, natomiast Ana de Armas fenomenalnie uwodzi i intryguje od samego początku – niemal albo nawet równie skutecznie jak doskonała Eva Green w Casino Royale.

Wspomniany wcześniej Malek wreszcie pokazuje na wielkim ekranie talent, z jakiego znają go fani Mr. Robot (bo przeszarżowany występ z Bohemian Rhapsody nie był nawet połową jego możliwości), dając nam obraz złoczyńcy dominującego nad głównym bohaterem nie tylko wpływami, ale przede wszystkimi intelektem, przenikliwością i wiedzą. Jednocześnie jest to postać ewidentnie brutalnie pozbawiona człowieczeństwa, postać tragiczna, ale na tyle potworna, że trudno z siebie wykrzesać jakiekolwiek współczucie. Prezentuje się to jednak zupełnie inaczej niż wątek antagonisty w Skyfall – prawdę mówiąc w życiu nie spodziewałbym się, że film o Jamesie Bondzie zada sobie tyle trudu, by nadać jego przeciwnikowi odpowiednią głębię. Z drugiej strony, to nie jest pierwszy lepszy film, a zamknięcie pewnego rozdziału serii, co czuć już od świetnej sekwencji początkowej (z niepowalającą poza filmem, ale pasującą do tonacji historii piosenką Billie Eilish).

Nie wyobrażam sobie lepszego zakończenia tej niemal 15-letniej przygody z 007 w wykonaniu Daniela Craiga; nie rozczarowuje zarówno fabularne rozwiązanie pożegnania aktora, jak i całokształt filmu oglądanego jako autonomiczne dzieło. Celowo unikam wchodzenia w szczegóły historii; uważam że najlepszą możliwością jest udanie się na seans z możliwie najmniejszą wiedzą na jej temat. Zakończenie z pewnością sprowokuje wiele dyskusji i żywych emocji, a przyszły kształt serii wcale nie jest tak oczywisty, jak mogłoby się wydawać. Odpowiedzi pewnie pojawią się dopiero w przyszłym roku, tymczasem natomiast współczuję wszystkim, którzy muszą czekać do listopada, by obejrzeć Nie czas umierać. Zdecydowanie warto.

Uwaga – powyższa recenzja jest oczywiście żartem z okazji Prima Aprilis. Mamy jednak nadzieję, że po premierze będziemy mogli napisać podobnie entuzjastyczną!

Ostatnio dodane