Recenzje

NARZECZONA DLA KOTA. Trochę inne Ghibli

Autor: Karol Baluta
opublikowano

Swego czasu w recenzji Whisper Of The Heart sporo miejsca poświęciłem intrygującej postaci Barona Humberta Von Jikkingena – kota o tajemniczym, głębokim spojrzeniu. Główna bohaterka tego anime czerpała pisarską inspirację, obserwując niesamowitego eleganta, tworzyła historie jego romansów i przygód, opisywała ekscytujące podróże pełne niespodzianek w dziwnych, nierealnych światach. Najciekawsze było natomiast to, że Baron tak naprawdę… był tylko rzeźbą, ożywającą jedynie w wyobraźni młodej Shizuku. To właśnie on był jednym z najważniejszych elementów filmu, bo mimo swojej na pozór nieznaczącej roli przyciągał uwagę, wzbudzał zainteresowanie widza oraz dodawał dziełu studia Ghibli prawdziwego uroku. Bardzo miłe zaskoczenie przeżyłem więc oglądając The Cat Returns (w Polsce wydane na DVD jako Narzeczona dla kota), kiedy nagle na ekranie niespodziewanie pojawiła się znajoma postać. Kot powrócił i tym razem to on gra pierwsze skrzypce!

Historia potrafi kilka razy pozytywnie zaskoczyć czymś nowym i rzadko spotykanym.

Kolejny dzień zapowiada się całkiem zwyczajnie dla nastoletniej Haru. Jak zwykle rano niechętnie zwleka się z łóżka, w pośpiechu je śniadanie, żeby następnie spóźnić się na zajęcia. Wracając z koleżanką, zauważają kota trzymającego w pysku starannie zapakowane pudełko. Na środku ulicy zawiniątko wypada na ziemię, a zwierzak próbuje je podnieść, nie zważając na zbliżającą się ciężarówkę. Haru bez namysłu biegnie kotu na pomoc i w ostatniej chwili ratuje go od niechybnej utraty jednego z siedmiu żywotów. Ku wielkiemu zaskoczeniu nie dostaje w podzięce przerażonego spojrzenia, ale wypowiedziane ludzkim głosem słowa wdzięczności oraz w następstwie tego całą lawinę niezwykłych zdarzeń. Okazuje się bowiem, że nasza bohaterka pomogła nie komu innemu, jak księciu Królestwa Kotów! Wieczorem odwiedza ją królewski orszak, obiecując w nagrodę za bohaterski czyn życie przepełnione luksusem i przyjemnościami. Niestety, wkrótce dziewczyna przekonuje się, że kocie pojęcie luksusu i przyjemności różni się nieco od ludzkiego, o czym świadczy seria niezbyt miłych incydentów, jakie przytrafiają się jej następnego dnia. Ponieważ jednak koty z wyraźną determinacją pragną, aby Haru była zadowolona, zapraszają ją do swojego niezwykłego królestwa. Problem w tym, że chcą uczynić z niej… narzeczoną dla księcia! Bohaterka szybko musi znaleźć wyjście z opresji, a pomoże jej nie byle kto, bo sam…

Jak wyraźnie można wywnioskować z powyższego opisu, już sama fabuła nie przedstawia się zbyt oryginalnie. Wiele razy kino maglowało już motyw przeciętnego bohatera, który poprzez heroiczny wyczyn wplątywał się w pełną niebezpieczeństw aferę. Jednak w Narzeczonej dla kota nie razi to aż tak bardzo, gdyż do tego schematu japońscy twórcy dorzucili kilka naprawdę świeżych i oryginalnych pomysłów. Historia potrafi więc kilka razy pozytywnie zaskoczyć czymś nowym i rzadko spotykanym. Jedną z takich rzeczy jest choćby pojawienie się Barona. Oczywiście stracił nieco filmowej magii wraz z chwilą, gdy zaczął chodzić, mówić i stanowić istotny element akcji, ale przy tak daleko posuniętych zmianach było to nieuniknione. Na szczęście reżyser subtelnie potraktował kociego dżentelmena, zachowując jego indywidualny, niezwykły charakter. Wciąż jest tajemniczy i zaskakujący, wciąż bije od niego romantyzm i prawdziwa klasa. Szkoda tylko, że pozostałe postaci są już zupełnie standardowe i mniej ciekawe, co nie znaczy oczywiście, że nie potrafią wzbudzić sympatii widza. Wyróżnia się przezabawny, tłusty kot Muta, który mimo całej swej zrzędliwości potrafi wywołać uśmiech na twarzy. To samo czyni kilka postaci pobocznych, jak choćby zdziwaczały Król Kotów czy też jeden z jego sługusów, który nachodzi główną bohaterkę. Sama Haru natomiast, być może z zamierzenia twórców, przypomina całkiem przeciętną, nieszczególnie wyróżniającą się dziewczynę i dzięki temu widz lubi ją już od pierwszej chwili.

Narzeczona dla kota broni się na szczęście porządną realizacją: piękną, kolorową i jak zwykle bardzo szczegółową animacją, świetną muzyką, zgrabnym montażem.

To jednak, co naprawdę nie daje mi spokoju, to pewna płytkość, z jaką film został zrobiony. Wszystko dzieje się szybko, bez większych emocji, bez rozmachu – czyli, jakby nie patrzyć, rzeczy, do których studio Ghibli swoich fanów przyzwyczaiło. Na dodatek ciężko jest dostrzec w tej produkcji jakikolwiek klimat. Nic dziwnego, skoro film trwa niewiele ponad godzinę, a akcja karkołomnie pędzi naprzód, ani razu nie dając widzowi chwili wytchnienia. Może w niektórych produkcjach to się sprawdza, ale tutaj zupełnie niszczy magiczną atmosferę, która (choć w skrajnych ilościach) jest dostrzegalna nawet w najsłabszym filmie studia, jakim jest bez wątpienia Pom Poko. Narzeczona dla kota broni się na szczęście porządną realizacją: piękną, kolorową i jak zwykle bardzo szczegółową animacją, świetną muzyką, zgrabnym montażem. Ale czy po twórcach Księżniczki Mononoke można spodziewać się czegoś innego?

Ale, mimo istotnych wad, warto poświęcić dzieł(k)u Hiroyuki Mority trochę czasu, bo, pomijając jak zwykle atrakcyjną otoczkę wizualną, mamy tu przede wszystkim świetną postać Barona, sporo naprawdę przyjemnego i niegłupiego humoru oraz kilka oryginalnych pomysłów. Do tego film ogląda się całkiem fajnie, choć mnie osobiście mocno uderzyła odmienność tego filmu od jego poprzedników. Jest szybki, (za) płytki, a na dodatek pozbawiony tej dawki emocji, która charakteryzowała wszystkie poprzednie tytuły. Polecam, ale tylko wtedy, gdy przygotujecie się na coś poniżej zwykłego poziomu Ghibli. Choć wciąż godnego uwagi.

Moja ocena: 6,5/10.

Tekst z archiwum film.org.pl (07.09.2005).

Ostatnio dodane