search
REKLAMA
Recenzje

MONOS. Dzieci chaosu

Tomasz Raczkowski

6 lutego 2020

REKLAMA

Okrucieństwo bywa jedynie efektem sprzyjających okoliczności, a w każdym człowieku wykiełkować mogą mroczne i destruktywne popędy. Kultura dostarczyła nam wiele obrazów ilustrujących tak postawioną tezę, rozpisane na niewielkie, wyizolowane społeczne grupy. Często grupy młodociane, przeżywające burzliwy okres dojrzewania, który przez niefortunny układ wydarzeń popchnięty zostaje na niewłaściwe tory. Kolejną, współczesną inkarnację takiej opowieści proponuje Alejandro Landes w swoim Monos, łączącym ambitne kino przygodowe z psychologicznym dramatem i miękką filmową dystopią. 

Tytułowy Monos to złożony z podrostków oddział paramilitarny, stacjonujący gdzieś na południowoamerykańskim odludziu. Nie wiemy, jakiej organizacji służy, jaka wojna toczy się gdzieś za horyzontem ani jaka idea przyświeca ich walce. Nie wiemy nawet, jakie są ich imiona – członkowie grupy zwracają się do siebie pseudonimami: Wilk, Lady, Rambo, Yeti, Bum-Bum, Smerf, Szwedka i Pies. W chwili, gdy rozpoczyna się akcja filmu, ich zadaniem jest pilnowanie więźnia – europejskiej doktorki – i obserwacja okolicy na górskiej placówce. Kontakt z dowództwem Monos utrzymuje jedynie za pośrednictwem sporadycznie odwiedzającego grupę łącznika, przez większość czasu zajmując się zabijaniem nudy wobec niewielkiej ilości praktycznych zadań. Okaże się jednak – i to będzie kołem zamachowym właściwej fabuły – że nawet tak niewiele, ile zleca Łącznik oddziałowi dowodzonemu przez Wilka, może sprawić solidne problemy. Tym bardziej, że do odludnego stanowiska młodzików coraz bardziej zbliża się front.

Wojna ma jednak w Monos charakter raczej widmowy. Choć w kilku momentach pojawia się regularna walka, jest w większości ujęta w zręczne elipsy, nie odwracając uwagi od głównej materii filmu. Tą jest studium interpersonalnej dynamiki wewnątrz grupy wyrostków wtłoczonych w rolę żołnierzy partyzantów. Od początku Landes oszczędnie, ale sugestywnie rysuje spektrum charakterologiczne „Małp” – od odpowiedzialnego Wilka przez skrytego Rambo aż po porywczego Yeti. To pomiędzy trzech chłopaków, wokół których orbituje powściągliwa i pragmatyczna Lady, rozłożony jest ciężar głównej roli. Relacje i emocjonalne napięcie w trójkącie Wilk–Ramo–Yeti wyznaczają ramę dla całej opowieści, traktującej przede wszystkim o formach, jakie w sytuacji kryzysowej i zniknięcia społecznego kaftana przybierać może człowieczeństwo. Monos to więc psychologiczna opowieść o postawach moralnych i utrzymana w conradowskiej tradycji podróż przez mroczny świat pozacywilizacyjnego chaosu. Czyniąc bohaterami tej historii ludzi młodych, kształtujące się dopiero etycznie i tożsamościowo dzieci, Landes wskazuje zaś na podatność ludzkiego gatunku na agresywne popędy, przestrzegając przed pozostawieniem dorastających samym sobie.

Kluczowym atutem Monos jest jednak nie moralne przesłanie, a spektakularna forma, w jaką zostało ono przyobleczone. Film Landesa cechuje niespotykana intensywność, od pierwszych kadrów kreująca za pomocą obrazu atmosferę izolacji i psychologicznego napięcia. Płynnie łącząc pełne szorstkiego liryzmu pejzaże i momenty audiowizualnej kanonady, Landes zapewnia swojej opowieści indywidualną wyrazistość, dzięki której uniwersalna historia nabiera autorskiego sznytu. Podobnie jak w Czasie Apokalipsy przyroda rozdartego wojną Wietnamu stawała się swoiście mityczną przestrzenią, otaczającą bohaterów gąszczem pierwotnej dzikości, w Monos pełne kontrastów ostępy Ameryki Południowej stają się majestatyczną areną dla uwalniania złowrogich instynktów członków oddziału. Uwodząca głębią kadru i umiejętnie potęgowanym niepokojem pierwsza połowa filmu naprawdę zapiera dech w piersiach. Kreacyjna impresja, sugestywnie wizualna, wprowadza w psychologiczne studium grupy, a zręcznie wykorzystywane przez Landesa symboliczne elementy (jak choćby barwy wojenne czy spowijająca obozowisko mgła) potęgują napięcie. W efekcie Monos, jak sprawny partyzant, obezwładnia na wstępie, dopiero później przechodząc do właściwej części planu.

Po tak mocnym otwarciu następuje przejście do bardziej klasycznej narracji skoncentrowanej na charakterach, w której rozwinięte zostają zawiązane na początku konflikty. Historia rozwija się w sposób tyleż nieprzewidywalny, co przede wszystkim obierający najbardziej mroczną i niepokojącą trajektorię z możliwych. Kolejne etapy mentalnej podróży Monos w głąb moralnego jądra ciemności dostarczają wyrazistych konfliktów, ujawniają skomplikowane motywacje i sprzeczne interesy oraz wartości. Jednak gdy Landes odejmuje nieco wizualnej intensywności i odkrywa wszystkie karty, film traci impet. Główna oś dramaturgiczna jest koniec końców dość konwencjonalna i chyba trochę zbyt prosta jak na inicjalne postawienie problemu, a spod ekstrawaganckiej oprawy coraz mocniej zaczynają wystawać schematyczne chwyty studium zła w obrębie małej grupy. W efekcie uspokojona w środkowej części opowieść nie odzyskuje już początkowej siły, pozostawiając widza z kolejną przypowieścią o mrokach ludzkiej duszy i genezie zła w chaosie – tyle że pomysłowo opakowaną.

W tym kontekście nie do końca sprawdza się też fundamentalny zabieg twórców, polegający na całkowitym odcięciu bohaterów od politycznych kontekstów, zawieszenie ich w ideologicznej próżni, służące pełniejszemu i bardziej uniwersalnemu wydobyciu pierwotnych cech charakteru młodocianych bojowników. O ile z początku wydaje się to strzałem w dziesiątkę – sytuacja jest laboratoryjna, nie odwraca uwagi od głównego problemu filmu – o tyle im dalej posuwa się fabuła, tym mocniej można odczuć brak zarysowania choćby ramowego tła zdarzeń, które wzbogacałoby portret człowieczeństwa w sytuacji rozpadu społecznych struktur. Chciałoby się, by reprezentując kulturę targanej dziś wielkimi niepokojami Ameryki Południowej, Landes powiedział nam coś więcej o świecie i ludziach niż wielu wybitnych twórców z drugiej strony Atlantyku z Josephem Conradem, Williamem Goldingiem i Francisem Fordem Coppolą na czele.

Pomimo tych zastrzeżeń Monos pozostaje filmem imponującym i zapadającym na długo w pamięć. Technicznie jest to rzecz niemal nieskazitelna, podana ze smakiem, przemyślana i znakomicie zagrana przez niedoświadczonych, młodych aktorów. Atrakcyjną formę twórcy połączyli z wartościową historią, która w przeciwieństwie do wielu innych prób zmierzenia się ze zderzeniem chaosu i dojrzewania nie osuwa się w nużący banał. Finalnie Monos można więc opisać jako podwójne przełamanie oczekiwań – to film o wiele ciekawszy niż można by sądzić po suchym zarysie akcji, jednak nie tak błyskotliwy, jak można mieć nadzieję po pierwszym kontakcie.

Avatar

Tomasz Raczkowski

Konsekwentnie poszukuje kina niemieszczącego się w sztywnych ramach, prowokującego i nieoczywistego.

zobacz inne artykuły >>>

REKLAMA