search
REKLAMA
Recenzje

JEAN-LUC GODARD. IMAGINACJE. Eseistyczny kolaż o apokalipsie

Jakub Koisz

23 kwietnia 2019

REKLAMA

88-letni Godard, uhonorowany nagrodą specjalną w Cannes, mógł się doczekać wielu dokumentalnych memoriałów, ale najlepszy zmontować potrafi sobie wyłącznie on sam, nieco nawet kpiąc z wszelkich kierunków interpretacji. Imaginacje nie jest zwyczajnym filmem dokumentalnym, ponieważ ma o wiele większe aspiracje niż zarysowanie sylwetki znanego reżysera oraz jego roli we współczesnym kinie. Punktem wyjścia jest tutaj kadr z wymierzonym oskarżycielsko palcem, swoista autorefleksja reżysera nad własną twórczością oraz być może krytyka krytykujących. I w porządku, Godard może – to ten czas, że nawet powinien.

Kolejny strumień świadomości rozpoczyna się od kolażu rzeczy przyjemnych i nieprzyjemnych – wojna, pokój, rozdarcie materii, zlepianie jej z montażu narracji, zbliżenia i panoramy, a następnie pulsujący koszmar niczym rozbłysk serotoninowy gasnącego umysłu. Nie ma sensu opisywać scenek, którymi reżyser poddaje próbie cierpliwość oraz telepie klatką naszych niespokojnych snów. Jeśli pełne pikseli nagrania z YouTube (m.in. egzekucje nagrane przez członków Państwa Islamskiego), zdjęcia, pocztówki i efemeryczne sceny przedstawiające relacje międzyludzkie – w tym miłość, która wydaje się u Godarda stroną wyrwaną z encyklopedii – płynnie przechodzą od emocji do emocji, to w końcu można poczuć coś więcej niż niewygodę. Reżyser pragnie bowiem naszego niepokoju oraz autorefleksji nie tylko nad kinem, ale także nad tym, na jak wiele twórca może sobie pozwolić.

Manifest Godarda zdaje się więc przypominać, a nie ponownie definiować kino – za pomocą drobnych, nieszpanerskich środków oraz metod (jak zwykły eseistyczny kolaż) robi to samo, co u innych wymaga nowoczesnej technologii i ogromnych nakładów pracy. Tutaj jest odwrotnie, wpuszcza się bowiem widza do intymnego koszmaru za pomocą prostoty. Jest to więc pierwszy paluch, skierowany wobec samego medium, które zapomina niekiedy, że najprawdziwsze emocje wzbudzić można nie tylko za pomocą barokowych upiększeń. Tragiczna historia XX i XXI wieku jest u Godarda odwzorowaniem tego trudnego do określenia stanu narkotycznego, gdy po północy skaczesz między kanałami i to, co dotychczas było jedynie kliszą historii (np. zdjęcia przedstawiające żołnierzy), w nowym kontekście jawi się jako istny koszmar, swoista przypominajka, że oto my, ludzie, takie rzeczy, i to całkiem niedawno…

Nie jest to jednak kino dla każdego, bo reżyser nie próbuje przypodobać się współczesnym gustom, a najwięcej dobroci odkrywa się właśnie wtedy, gdy jesteśmy miłośnikami Godarda. W przeciwnym razie ten esej może wydać się zbyt chaotyczny, szczególnie gdy uwaga widza będzie skierowana na zrozumienie intencji twórczej, a nie samego twórcę, co powinno być w tym przypadku celem nadrzędnym. Kompilacje i kolaże same w sobie nie są zamykane refleksjami, podsumowaniem lub zadumą – ich celem jest wywołanie stanu emocjonalnego, może nieco zbyt manipulatywnie. Imaginacja jest więc gratką głównie dla miłośników reżysera, którzy chcą sprawdzić, jak Godard znosi czas, czym chce dzisiaj zaskakiwać oraz czy wykorzystuje do tego jakieś nowe narzędzia. Odpowiedź na wszystkie pytania brzmi “nie”, mimo że to wciąż solidna, autorska robota montażowa. Niczym wprawiony w wycinankach uczeń, reżyser tnie i przykleja do siebie obrazki niezwykle sprawnie.

Filmowy esej Godarda to dzieło złożone z ikon, kolorów i badtripowych reminiscencji rzeczywistości, szczególnie tej, w której przyszło żyć reżyserowi. Wszystko, co sklejono w tym szalonym śnie, wibruje od negatywnych emocji i zwiastuje katastrofę, być może nawet wewnętrzną. Najciekawsza w tej nieodkrywczej, ale solidnej robocie jest bowiem figura odkrywającego się twórcy, który być może sam niedługo utonie w nicości. Jeśli ten film zostanie uznany za manifest, będzie można odczytać jako dowodzący, jak mocno Godard boi się obrazów, które życie kazało mu oglądać z szeroko otwartymi oczami.

REKLAMA