search
REKLAMA
Archiwum

GWIEZDNE WOJNY: CZĘŚĆ III – ZEMSTA SITHÓW

Adrian Szczypiński

1 stycznia 2012

REKLAMA

“Mroczne widmo” ckliwie przypomniało o Gwiezdnej Sadze. “Atak klonów” ją doszczętnie obrzydził. “Zemsta Sithów” natomiast zaskakuje, choć przecież od początku wiadomym było, co będzie treścią części trzeciej. Wszyscy zadawali sobie to samo pytanie – “jak Lucas to zrobi?”.

Nowa Trylogia z miejsca podzieliła fanów i zwykłych widzów. Narzekano na infantylizm “Mrocznego widma”, choć było to przypomnienie radosnego klimatu “Nowej nadziei”. Druga część została przez Lucasa kompletnie zarżnięta. Brakowało… właściwie “Atakowi klonów” niczego nie brakowało – wszystkiego było w nieznośnym nadmiarze. Za dużo akcji, za dużo atrakcji, za dużo męczącej, ciężkiej, tłukącej po oczach i mózgu batalistyki, za dużo prymitywnego aktorstwa i napuszonych dialogów, za dużo cyfrowych efektów. Cześć fanów Starej Trylogii skreśliła Lucasa za brak poszanowania dla klasyki, którą tak doskonale wykreował. Sam przy każdej nadarzającej się okazji wymyślałem pod jego adresem od starych dziadów, siwych sknerusów i opuszczonych przez Moc kretynów. Na “Zemstę Sithów” poszedłem właściwie tylko z obowiązku, dla zamknięcia tematu i statystycznej satysfakcji z obejrzenia wszystkich “Gwiezdnych wojen” na dużym ekranie. Nie spodziewałem się niczego dobrego, już pierwsze plakaty ze skaczącym Yodą, najbardziej debilnym pomysłem “Ataku klonów”, nie napawały jakimkolwiek optymizmem…


Jak wspomniałem, historia była znana od dawna, wystarczyło uważnie obejrzeć “Nową nadzieję”. Anakin przejdzie na Ciemną Stronę Mocy, Amidala umrze przy porodzie Luke’a i Lei, Palpatine ogłosi się Imperatorem, rycerze Jedi zostaną wyrżnięci w pień, Yoda schowa się na Dagobah i tak dalej. Cała sztuka polegała na przerzuceniu wizualnego i narracyjnego mostu pomiędzy starą i nową trylogią. Przy drugich częściach filmowych trylogii, istnieje zaskakująca prawidłowość. “Powrót do przyszłości”, “Matrix”, “Władca Pierścieni” i (jeszcze) “Indiana Jones” – wszędzie środkowe epizody były stosunkowo najsłabsze, a początek i koniec w dyskusjach fanów wciąż zaciekle rywalizują o miano najlepszej części. Natomiast przy pierwszych trzech częściach “Gwiezdnych wojen”, sprawdza się tylko część opisanych wyżej zbieżności – “Atak klonów” był zdecydowanie najgorszy. Zaś “Zemsta Sithów” to z całą pewnością najlepsza część Nowej Trylogii. Tak proszę Państwa, George Lucas wykonał najlepszą robotę od czasu “Indiany Jonesa i ostatniej krucjaty”!

“Zemstę Sithów” ogląda się wspaniale. Przede wszystkim Lucas odrzucił precz cały przesadzony, wizualny cyrk “Ataku klonów”. Początek filmu to, co prawda, rzetelne gwiezdne wojny z całym gatunkowym ekwipunkiem. Lecz już tu widać wyraźne stonowanie, w stosunku do prologu “Ataku klonów”. Tam mieliśmy niestrawny, mnożący bezsensowne epizody, błyskający pstrokatymi światełkami pościg Anakina i Obi-Wana za zamachowcem. Tutaj tempo początkowych wydarzeń jest tak samo zawrotne, ale jakimś cudem ta sekwencja zaskakuje klarownością. A później cuda się mnożą. George Lucas najwyraźniej przypomniał sobie, na czym polega reżyseria, jak poprawnie konstruować narrację, co robić by widza przeszywały dreszcze na widok tak przecież dobrze znanych postaci w nowych sytuacjach. Scena, w której Anakin wyciąga miecz świetlny przeciw Lordowi Sith, to najprawdziwsza magia, oczekiwana od “Powrotu Jedi”.

Do worka niespodzianek “Zemsty Sithów”, należy dorzucić także Haydena Christensena. W “Ataku klonów” był tylko żałosnym, nadętym, robiącym śmiesznie groźne miny amatorem, na widok którego ziemniaki czwórkami wychodziły z piwnicy. Lecz ten młody człowiek poczynił spore postępy, które zaowocowały na otoczonym niebieskim ekranem planie “Zemsty Sithów”. Christensen pozbył się denerwującej maniery gniewnego młodzieńca z “Ataku klonów”, choć tutaj miał przecież o wiele więcej do zagrania. Zamiana Anakina Skywalkera w Dartha Vadera, dokonała się dalece subtelniejszymi środkami wyrazu, bez szafowania na lewo i prawo zmarszczoną brwią i marsowym obliczem skrzywdzonego nastolatka. O jego roli trudno mówić w kategoriach aktorskiej kreacji, ale nareszcie dorosły Anakin przestał być własną parodią, a Hayden Christensen stał się godzien założenia hełmu Lorda Vadera :)).

Jednego tylko Lucas nadal nie potrafi. Dialogi w “Zemście Sithów” to wciąż ta sama bablanina o Mocy, Przeznaczeniu, Republice i innych Wielkich Sprawach, Pisanych Wyłącznie Wielką Literą. W Starej Trylogii ten gromkopierdny chachmęt rozwiewał ironiczny Han Solo, z wdziękiem rozładowujący nawet najpoważniejszą sytuację. W trzech pierwszych częściach zabrakło tego typu postaci (może za wyjątkiem zabawnego epizodu z Watto, odpornym na sztuczki Qui-Gon Jinna). W “Zemście Sithów” najgorsze dialogi dostała śliczna Natalie Portman. Nieco lepiej poradził sobie ze swoimi kwestiami Ewan McGregor, lecz akurat on miał do dyspozycji inne, bardziej bezpośrednie środki wyrazu, pod postacią znakomitych układów choreograficznych, przygotowanych do sekwencji walk na miecze świetlne. Zdecydowanie najlepiej aktorsko wypadł Ian McDiarmid, jako podstępny Lord Sith, późniejszy Imperator. Pomimo naładowania filmu wspaniałymi scenami akcji, kamera Davida Tattersalla z lubością rejestrowała wszystkie niuanse gry McDiarmida. Szczególnie w znakomitej scenie dialogowej, w której aktor płynnie przechodzi z postaci Palpatine’a w Lorda Sitha. Dla kinomanów wychowanych na Bergmanie, gwiezdnowojenne aktorstwo nie będzie co prawda wiele warte, lecz fani Gwiezdnej Sagi zapamiętają tę scenę do końca życia :)).

George Lucas przy “Zemście Sithów” nie mógł już sobie pozwolić na porzucenie wszelkich ograniczeń scenariuszowych, scenograficznych i przede wszystkim logicznych, cechujących “Atak klonów”, z tego prostego powodu, że kolejnym chronologicznie obrazem jest “Nowa nadzieja”, zrealizowana 28 lat wcześniej. “Zemsta Sithów” swoim początkiem wyraźnie nawiązuje do poprzedniego filmu, z niewielkim udziałem Christophera Lee włącznie, by w miarę rozwoju wydarzeń stopniowo sprzedawać elementy, charakterystyczne dla “Nowej nadziei”. W filmie ponownie wystąpił Peter Mayhew jako Chewbacca (szkoda że tak krótko), po raz szósty zagrali Anthony Daniels w roli złotego C3PO (szkoda że tak mało), Kenny Baker w pancerzu R2D2 (w wielu ujęciach ten mały robocik był zastępowany cyfrowym dublerem), usłyszeć można też wspaniały głos Jamesa Earla Jonesa. Pod koniec akcja przeniosła się na pokład statku, doskonale znanego z prologu “Nowej nadziei”, a przestrzeń kosmiczną wypełniły Gwiezdne Niszczyciele Imperium. Ba – nie zabrakło też małych, śmiesznych urządzeń na kółkach, na które ryczał Chewbacca w “Nowej Nadziei”.

W filmie widać także ścigacze z “Powrotu Jedi”, oraz szkielet pewnej bardzo znanej imperialnej inwestycji. Przyznać należy, ze nieco dziwnie wypada porównanie rozbuchanej scenografii z pierwszych dwóch części, stopniowo zamieniane na dużo skromniejsze dekoracje, pamiętane ze Starej Trylogii. Może należałoby tutaj dobudować ideologię o tym, że tak olbrzymie straty sprzętowe, powstałe na skutek przejęcia władzy przez Imperium, zmusiły obie walczące strony do technologicznego cofnięcia się do biedniej wyglądających urządzeń? Tak czy inaczej, Lucas musiał w jednym filmie ożenić dwie epoki kina SF i dokonał tego przyzwoicie, w czym wydatnie pomogła legenda “Gwiezdnych wojen”. Bo powiedzmy sobie szczerze – który starwarsowy maniak będzie sobie zawracał głowę technologicznym zubożeniem końcówki “Zemsty Sithów”, dostając w zamian kilka gadżetów, obliczonych na nostalgię za Starą Trylogią?

Wreszcie kilka słów należy się efektom wizualnym. Nie licząc jednego epizodu na Tatooine, nakręconego w Tunezji przy okazji “Ataku klonów”, oraz kilku autentycznych plenerów robiących za podrasowane komputerowo tło, cały film powstał w studio. “Zemsta Sithów” wpisała się tym samym na coraz dłuższą listę filmów, nakręconych na neutralnym tle (zielonym albo niebieskim), w które wstawiono cyfrowo wygenerowaną scenografię. Lecz o ile w “Ataku klonów” komputerowe dekoracje były nieznośnie plastikowe i trącące monstrualnym kiczem, o tyle tutaj wirtualna scenografia sprawdza się od początku do końca. Nawet cyfrowy, skaczący jak Gumiś Yoda, tak denerwujący w poprzednim filmie, zyskał wreszcie osobowość, będącą do tej pory udziałem ręcznie animowanej marionetki Franka Oza z “Imperium kontratakuje”. W kilku momentach dopatrzyłem się mojego “ulubionego spartolonego efektu”, czyli cyfrowych kopii aktorów, biorących udział w pojedynkach na miecze świetlne, lecz był to jedyny minus pracy ekipy z ILM.

Podsumowując, George Lucas zupełnie nieoczekiwanie, zamknął Gwiezdną Sagę w sposób najlepszy z możliwych. Przestał z wdziękiem buldożera tratować na swej drodze wszystko to, co zbudowało wielkość jego uniwersum i z pełną świadomością stworzył dzieło, stojące na równi z jego dokonaniami sprzed ponad 20 lat. Po “Zemście Sithów” aż szkoda żegnać się z “Gwiezdnymi wojnami” na wielkim ekranie.

Tekst z archiwum film.org.pl

Avatar

Adrian Szczypiński

REKLAMA