search
REKLAMA
Recenzje

FINCH. Tom Hanks w postapokaliptycznym science fiction

„Finch” to najnowsza propozycja Apple TV z Tomem Hanksem w roli głównej.

Jakub Piwoński

24 listopada 2021

REKLAMA

Tom Hanks kontynuuje współpracę z Apple TV. Po widowiskowej Misji Greyhound osadzonej na wzburzonym morzu przyszedł czas na piach i pył. Finch to bowiem przedstawiciel fantastyki postapokaliptycznej, gdyż pokazuje świat po klimatycznej katastrofie. Znacznie więcej łączy go jednak z klasycznym dramatem, gdyż bardziej niż na wysyłaniu proekologicznego przekazu zależy mu na manifestowaniu siły przyjaźni.

Był kiedyś taki film jak Chłopiec i jego pies. Przeszedł do historii jako niezwykle brutalny, bezpardonowy i szowinistyczny twór, który zainspirował m.in. Georga Millera przy tworzeniu Mad Maxa. Opowiadał o świecie po katastrofie, w którym bohater i jego pies próbują przetrwać. Twórcy Fincha stworzyli dość czytelną paralelę do widowiska z 1975 roku. Ale jak na dobrą wariację przystało, poprzestawiano akcenty i zamiast chłopca dostaliśmy starca, a zamiast przemocy kino familijne. Bezpieczne, niewychylające się kino familijne.

Ale Chłopiec i jego pies to niejedyne źródło inspiracji dla Fincha. Innym jest Niemy wyścig z 1972 roku. Ponownie bowiem to samotny naukowiec okazuje się być tym, który w podupadłej przyszłości zdoła poradzić sobie lepiej od reszty i dostrzec sens tam, gdzie inni dostrzegają pustkę. Pomoże mu w tym rzecz jasna technologia. W Niemym wyścigu granej przez Bruce’a Derna postaci towarzyszy robot. Nie inaczej jest w Finchu. Ale Tom Hanks chce pójść o krok dalej i wykorzystać nowopowstałego humanoida, by ten ubezpieczał jego tyły. Głównego bohatera filmu Miguela Sapochnika trawi bowiem choroba. Gdy w końcu go zabraknie, ktoś będzie musiał zająć się jego psem.

Twórcy Fincha rzecz jasna składają niski ukłon klasycznemu science fiction wielością odniesień. Dość powiedzieć, że to kolejny film, który w sposób wyraźny oparty został na żelaznych prawach robotyki powołanych przez Isaaca Asimova, wedle których robot nie może krzywdzić swego stwórcy. Zakazana planeta, Krótkie spięcie, Chappie – trochę tego było. Prawdę jednak powiedziawszy, Finch nie jest niczym innym niż właśnie zlepkiem dobrze znanych i ugruntowanych schematów, które przybrały tu atrakcyjną, profesjonalną otoczkę. Trudno bowiem przyczepić się do któregokolwiek aspektu oprawy wizualnej (scenografia!), która prezentuje się po prostu pierwszorzędnie. Z miejsca kupiłem ten brud opustoszałego świata przyszłości, nie odczułem w nim ani trochę fałszu.

Przekonał mnie także design Jeffa, robota towarzyszącego bohaterowi w jego podróży. Zauważyłem jednak, że gdy ten zaczął mówić, stał się irytujący. W tym tkwi problem właśnie. Ta historia wygląda, ale już nie brzmi. W Finchu kilka innych rzeczy prezentuje się równie przekonująco, ale nie zmienia to faktu, iż w ogólnym rozrachunku wizualne zalety są tu akolitami dojmującej, fabularnej pustki. Finch to taki ładny film o niczym. Od niemal pierwszych minut da się wyczuć, jakie są intencje zarówno reżysera, jak i grającego w filmie aktora. Chcieli wzruszyć nas prostą historią o przyjaźni. Historią o poszukiwaniu jakiegoś sensu i punktu zaczepienia w zakurzonym, zapomnianym świecie. Ten bohater równie dobrze mógł się w swoim bunkrze zachlać na śmierć, ale chęć stworzenia robota, który mógłby przejąć jego obowiązki po jego śmierci, dostarczyła mu motywacji. Ot, cała problematyka wyłożona na tacy.

Hanks dobrze „czuje” samotność, bo przekonująco odegrał ją w pamiętnym Cast Away. Tam gadał do piłki, tu gada do psa. Wszystko to jest jednak boleśnie powtarzalne. Te emocje znamy aż za dobrze. Fincha można niemal oglądać z zamkniętymi oczami, a i tak w lot zrozumie się wszystko z tej historii, trzymając nerwy na wodzy nawet w najbardziej wrażliwych momentach. Nie mam nic do tego rodzaju kina. Pewnie za kilka lat, gdy usiądę z synem przed telewizorem, chcąc obejrzeć z nim prosty film z prostym przesłaniem, pokazany w atrakcyjnej formule, wybiorę Fincha. Zachowując jednak obiektywizm, trudno mi jest odeprzeć wrażenie, że to film po prostu niepotrzebny, wnoszący bardzo mało jakości. Poprawny. Gdyby pojawił się w kinach, przepadłby z kretesem.

Jakub Piwoński

Jakub Piwoński

Kulturoznawca, pasjonat kultury popularnej, w szczególności filmów, seriali, gier komputerowych i komiksów. Lubi odlatywać w nieznane, fantastyczne rejony, za sprawą fascynacji science fiction. Zawodowo jednak częściej spogląda w przeszłość, dzięki pracy jako specjalista od promocji w muzeum, badający tajemnice początków kinematografii. Jego ulubiony film to "Matrix", bo łączy dwie dziedziny bliskie jego sercu – religię i sztuki walki.

zobacz inne artykuły >>>

REKLAMA