search
REKLAMA
Recenzje

DOM Z PAPIERU – część 5. Recenzja PIERWSZEJ CZĘŚCI finałowego sezonu

Z niecierpliwością czekam na ciąg dalszy piątego sezonu serialu “Dom z papieru”, co nie zdarzyło mi się od bardzo dawna.

Gracja Grzegorczyk-Tokarska

8 października 2021

REKLAMA

Zdaję sobie sprawę z tego, że premiera piątego, finałowego sezonu Domu z papieru miała miejsce około miesiąca temu. Recenzja nie pojawiła się wcześniej nie z powodu mojego lenistwa, ale dlatego, że potrzebowałam czasu, by przemyśleć to, co zobaczyłam na małym ekranie. Serial początkowo nie przypadł nikomu w Hiszpanii do gustu i szybko został skasowany. Tak naprawdę to Netflix dał mu drugą szansę i zrobił z niego międzynarodowy fenomen. Teraz, kiedy nasza podróż z Profesorem i całym gangiem dobiega końca, widać, że twórcom nie zależy na spójnym zakończeniu, ale spełnieniu wszystkich życzeń widzów. Chcecie więcej wybuchów – proszę bardzo! Któraś postać was irytuje i chcecie jej śmierci – nie ma problemu. Za mało totalnego absurdu – nie martwcie się, mamy w zanadrzu kilka pomysłów.

Wydaje mi się, że finałowy sezon Domu z papieru nie powinien być oceniany w kategoriach dobry–zły. Mam wrażenie, iż kwestia ta dawno przestała mieć znaczenie, a jedyne, czego oczekujemy od netflixowej produkcji, to dobra zabawa, wybuchy i kolejne absurdy. Jeśli lubicie tego typu produkcje, to piąty sezon na pewno przypadnie wam do gustu. Bo treści nie ma w nim zbyt wiele, przeciwnie niż to miało miejsce w przypadku pierwszych odsłon. Jest za to totalna jazda bez trzymanki, gdzie nawet retrospekcje z Berlinem w roli głównej są tak nieprawdopodobne i naciągane, że ogląda się je z ogromną przyjemnością. Jeśli jednak liczycie na zawiłą intrygę i klimat charakterystyczny dla pierwszych odcinków, to możecie się niestety rozczarować.

Nowy sezon musi więc poradzić sobie nie tylko z emocjami grupy po śmierci Nairobi, ale także szeregiem nieprzewidzianych okoliczności. Profesor zostaje pojmany przez inspektor Alicię Sierrę, która szuka dla siebie sprawiedliwości, przez co nasi złodzieje zostają bez wsparcia i muszą sobie poradzić nie tylko z wojskiem, ale i wewnętrznymi dramatami. Mowa oczywiście o postaci Arturo, który chce nie tylko zostać bohaterem, ale i odzyskać Monikę, pseudonim Sztokholm, oraz swojego syna. Nie można również zapominać o wewnętrznych konfliktach interesów, gdzie część grupy chce wyjść z banku bogata, a część po prostu przeżyć.

Szczerze mówiąc, nie jestem rozczarowana finałowymi odcinkami. Już wcześniejsze sezony przygotowały mnie na to, co miało nadejść, i powolne zamykanie poszczególnych wątków w dość spektakularny sposób zupełnie mi nie przeszkadza. Zdaję sobie sprawę, że absurd goni absurd. Gdy przestaniemy o tym obsesyjnie myśleć, będziemy się naprawdę dobrze bawić. Jest bowiem intensywnie, wybuchowo i ciekawie. Oczywiście mogłabym zarzucić twórcom, że wątki LGBT+ dalej prowadzone są po macoszemu. Bo przecież mamy Palermo jako osobę homoseksualną i Manilę jako transkobietę, która dołącza do grupy bohaterów. I myślę, że to istotne wątki, które zasługują na uwagę. Ale czy serial o złodziejach okradających bank faktycznie ma na celu podejmowanie ważnych tematów, bo są ważne, czy tylko po to, by wywołać ożywioną dyskusję? Uważam, że ich powierzchowne przedstawienie to też nic dobrego.

Czy jest to godne zakończenie? Myślę, że twórcy zdali sobie sprawę z tego, że tak naprawdę mogą zastosować każdy możliwy filmowy chwyt, bo przecież serial zbliża się ku finałowi. W ogólnym rozrachunku nie będę się tego czepiać, bo – jak mówiłam – pierwsze pięć odcinków ogląda się z dużą przyjemnością. Muszę jednak przyznać, iż po raz pierwszy od nie wiem jak dawna poczułam sympatię do Tokio. Do tej pory uważałam ją za najsłabsze ogniwo grupy i przeszkodę dla innych. Teraz okazuje się, że nie tylko jest mistrzynią ucieczek, ale również potrafi uratować całą grupę dzięki sprytowi oraz inteligencji. Bardzo mi tego zabrakło w poprzednich sezonach, gdzie była niezwykle irytująca i praktycznie to ona sprowokowała całą sytuację. Podoba mi się także wątek mojego ukochanego Palermo, który ma w końcu szansę na odkupienie i świetnie sprawdza się jako lider pod chwilową nieobecność Profesora. Do tego dochodzi Lizbona, która pokazuje, że sprytu jej nie brakuje. Każdy z takich drobnych elementów sprawia, że trudno mi żegnać się z ekipą. Pokazuje to też, że od trzeciego sezonu był potencjał na stworzenie arcyciekawej historii, która dorównywałaby pierwszym odcinkom. Niestety szansa na to została bezpowrotnie zaprzepaszczona.

Z niecierpliwością czekam na ciąg dalszy piątego sezonu Domu z papieru, co nie zdarzyło mi się od bardzo dawna. Jestem ciekawa, kto przeżyje i jaki będzie finałowy efekt tego dość niefortunnego napadu, który z każdym kolejnym odcinkiem staje się coraz bardziej dramatyczny. Co prawda cieszę się, że produkcja otrzyma w końcu swoje długo wyczekiwane zakończenie, ale z drugiej strony nowa odsłona jest na tyle ciekawa i wciągająca, że w sumie mogłabym zobaczyć jeszcze pięć dodatkowych odcinków w tym stylu. Jak mówiłam, scenariuszowo nie jest to najlepszy sezon, ale wydaje mi się, że nie miał taki być. To niezobowiązująca zabawa, która jednak wyciśnie z was potok łez i pozwoli w dobrym stylu pożegnać się z ekipą Profesora.

Gracja Grzegorczyk-Tokarska

Gracja Grzegorczyk-Tokarska

Chociaż docenia żelazny kanon kina, bardziej interesuje ją poszukiwanie takich filmów, które są już niepopularne i zapomniane. Wielka fanka kina klasy Z oraz Sherlocka Holmesa. Na co dzień uczestniczka seminarium doktoranckiego (Kulturoznawstwo), która marzy by zostać żoną Davida Lyncha.

zobacz inne artykuły >>>

REKLAMA