search
REKLAMA
Recenzje

DIUNA. Oceniamy widowisko Denisa Villeneuve’a

“Diuna” gości na ekranach kin – jak oceniamy widowisko Villeneuve’a?

REDAKCJA

25 października 2021

REKLAMA

Diuna to bez wątpienia jedna z najważniejszych tegorocznych premier, która wzbudza spore emocje wśród kinomanów. Od piątku widowisko Denisa Villeneuve’a można już oglądać na ekranach polskich kin. Kilkoro członków naszej redakcji przedstawia swoje wrażenia po seansie. 

Kasia Kebernik

Perfekcyjny prolog, piękne wprowadzenie do dalszej opowieści – tak traktuję ten film. Villeneuve wielokrotnie opowiadał o swojej miłości do książki Herberta i tę miłość czuć w każdym kadrze. Przeniesienie tekstu na ekran przebiegło z czułością i szacunkiem, a konieczne skróty i zmiany względem obszernego materiału źródłowego zostały w moim odczuciu przeprowadzone z pełnym zrozumieniem ducha powieści. Reżyser na razie wprowadza nas do tego świata, pozwala trochę w nim “pobyć”, zakochać się w Arrakis i jej nieprzystępnym pięknie. Ten film niektórym może wydać się równie trudny, co ta planeta (oraz sama powieść), bo twórców interesuje przede wszystkim światotwórstwo, zbudowanie podłoża pod nadchodzące wielkie wydarzenia, mniej skupiają się na akcji. Ja tę decyzję kupuję całkowicie. Czekam na kolejne części, trzymam kciuki, by spełniły one obietnicę złożoną w odsłonie pierwszej: obietnicę wspaniałej, wielowymiarowej, fantastycznej sagi dla dorosłego widza. Właściwie tylko bombastyczna muzyka Zimmera mi tutaj przeszkadzała, ale ja ogólnie nie jestem fanką tego kompozytora. Za to efekt dźwiękowy Głosu, charakteryzacja obrzydliwego Barona czy scena, w której pierwszy i jedyny raz widzimy pustynnego czerwia w pełnej krasie, to elementy, których po prostu nie dało się zrealizować lepiej.

Filip Pęziński

Denis Villeneuve z jednej strony z szacunkiem i wiernością obchodzi się z oryginałem, doskonale oddając przy tym specyficzny klimat powieści, a z drugiej tworzy zapierający dech w piersiach blockbuster. Z rewelacyjną obsadą, znakomitą stroną wizualną i perfekcyjną ścieżką dźwiękową autorstwa Hansa Zimmera. Jedna z najważniejszych narracji popkulturowych XX wieku, jakim bez wątpienia jest Diuna Franka Herberta, przeniesiona na ekran jako ogromne hollywoodzkie widowisko najwyższej próby. Dla takich filmów powstały sale kinowe. Nie mogę się doczekać części drugiej.

Łukasz Budnik

Do filmu podszedłem bez znajomości literackiego pierwowzoru i odebrałem go jako bardzo dobre widowisko ze świetnie zbudowanym światem. Bardzo przypadły mi do gustu scenografie wnętrz (nieco sterylne, ale klimatyczne) kostiumy i plenery, fantastycznie przedstawione na ekranie. Wszelkie pojazdy i maszyny prezentują się monumentalnie i sprawiają wrażenie namacalnych, co jest bardzo odświeżające po tylu blockbusterach kręconych w studiu. Decyzja, żeby realizować sceny w plenerach i z prawdziwymi scenografiami i modelami okazała się strzałem w dziesiątkę i z pewnością sprawi, że Diuna kapitalnie się zestarzeje. Obsada imponowała już na papierze i w filmie sprawdza się świetnie, przy czym największe wrażenie robi Rebecca Ferguson, która pięknie odgrywa na ekranie wszystkie emocje Lady Jessiki i ma świetną chemię z Chalametem. Jeśli zadaniem pierwszej części Diuny było podbudowanie świata przedstawionego, to Villeneuve osiągnął swój cel. Z niecierpliwością czekam na kontynuację.

Rafał Oświeciński

Ach, jak mi brakowało tak kompleksowych, tak ambitnych nowych serii filmowych. Chyba po raz pierwszy od czasu Władcy Pierścieni dostałem tak złożony na wielu poziomach, tak doskonały world building – to naprawdę zapiera dech w piersiach i wiem, że to film do prawdziwego pokochania, rozkładania na drobne części, zachwycania się poszczególnymi scenami. Fantastyczne widowisko, które nigdzie się nie spieszy, pieści oczy nieprzeciętną estetyką, rewelacyjnie brzmi (co za muzyka Zimmera!). Jest tu co prawda kilka elementów, po których zostaje niedosyt (postaci drugiego planu), z drugiej jednak strony to niezaspokojenie wynika z prostego faktu: to część pierwsza większej całości.
Jestem oficjalnie zachwycony. To się nazywa wielkie kino.

 

Jakub Piwoński

Ambitna porażka? Za mocno powiedziane. Piękna wydmuszka? Już bliżej. Doceniam kunszt realizacyjny tego filmu, ale mam jednak wrażenie, że Villeneuve po raz kolejny skupił się na tworzeniu klimatu, niespecjalnie przejmując się treścią. Na materiale źródłowym dokonał kastracji, by podporządkować fabułę do wymogów pełnometrażowego filmu. Jedni powiedzą, że w końcu udało się opowiedzieć Diunę w sposób przystępny, ja natomiast jestem zdania, że pozbawiono tę opowieść ducha i punktu zaczepienia. Aktorstwo jest dobre, ale co z tego? Zdjęcia robią wrażenie, ale co z tego? Muzyka powala, ale co z tego? Co z tego, jeśli po seansie ma się wrażenie, że właśnie po raz kolejny obejrzeliśmy odpowiednio głośną historię, którą doskonale znamy chociażby z Sagi Gwiezdnych wojen i innych fantastycznych filmów traktujących o ciemnych stronach władzy i dziedzictwie? To o wiele za mało, jak na film inspirowany tak wieloaspektowym literackim oryginałem. Nie mniej, seansu nie żałuję, kontynuację oczywiście obejrzę, z nadzieją, że pewne problemy zostaną zażegnane, a Villeneuve w końcu nada całości szczery, a nie udawany, majestat. Więcej moich spostrzeżeń znajdziecie w recenzji TUTAJ.

Radosław Pisula

Przepiękne to muzeum klasycznego sci-fi i ma bez dwóch zdań monumentalne eksponaty. Można poobserwować bohaterów, tak z daleka, z namaszczeniem. Ale przeszedłem, popatrzyłem i wyszedłem trochę znużony, bo chociaż postacie są tutaj na papierze większe niż życie, to tego życia jednak trochę brakuje w tych postaciach. I jest to w dużej części naleciałość ważnej dla gatunku, w swoich czasach odkrywczej, ale jednak już w wielu aspektach archaicznej narracji materiału źródłowego – a Villeneuve chce być tak wierny Herbertowi, że gdzieś pod tymi długimi scenami spoglądania na piach i bryły chowa ten swój pazur, którym wcześniej pięknie poszarpał swoje warianty prozy Teda Chianga czy (w zapożyczony sposób) Philipa K. Dicka. Są tu audiowizualne sekwencje, które udowadniają, że Kanadyjczyk to dzisiaj autorski top Hollywood, ale niestety potrafi się to wyraźnie wlec, paleta barw szybko robi się mętna, sceny akcji przerywające nieskończone kontemplacje bohaterów niezbyt porywają, bohaterowie niezbyt się wychylają poza gatunkowe uwarunkowania postaci (Isaac, Brolin, Momoa), a całość stanowi długi prolog, prawie że pilot serialu, gdzie trzeba odhaczyć ekspozycję oraz przeciągnąć rzeczy pod drugą cześć, stąd też ten urąbany siekierą finał. Niezły spektakl, ale nie jest to moja topka filmów Villeneuve’a i w sumie szybciej wrócę do tej pulpowo rozbestwionej, znakomicie niedoskonałej wersji Davida Lyncha. Trzeba jednak podkreślać wszędzie, że jeden element tegorocznej wersji jest jednak absolutnie wybitny – oscarowa rola Rebekki Ferguson. Jest tu fantastyczna – emocje, prezencja, mimika, zniuansowanie na tak nęcącym dla widza poziomie aktorskim, że nie można od niej oderwać wzroku. Na kopach przepycha mdławego Chalameta.
REKLAMA