Recenzje
DEADPOOL & WOLVERINE. I tak do 90-tki, Logan [RECENZJA]
Jeżeli myśleliście, że w ostatnim Spider-Manie było dużo fanserwisu, to się myliliście. „Deadpool & Wolverine” to nie jest film, ale festiwal dla geeków.
Muszę przyznać, że seans trzeciego filmu o Wadzie Wilsonie był jednym z najdziwniejszych w moim życiu. Ja do końca nawet nie wiem, czy to był… film, a już z pewnością nie dobry. Bawiłem się jednak przez dużą część jak dziecko. Od połowy nieco męczyłem, bo ile można wysiedzieć na dwugodzinnym skeczu SNL będącym wielkim pożegnaniem studia 20th Century Fox? Sporo tu miłości do świata, postaci i komiksów. Do tego pełna świadomość tego, co chcemy zrobić – dać produkcję, która z miejsca zagarnie całego TikToka i Instagrama cytatami, scenami. Oczyma wyobraźni widzę już te filmiki w stylu: Wszystkie cameo z Deadpool & Wolverine, Najśmieszniejsze teksty z Deadpool & Wolverine albo zwykłe cutscenki.
Nie ma tu znaczenia, że fabuła jest pretekstowa i zlepiona na ślinę. Zupełnie jakby Kevin Feige i spółka podjęli następującą decyzję: „Nie podoba się multiwersum po Endgame? Nie lubicie nowych superbohaterów? Chcieliście festiwal powrotów, cameo i fanserwisu? To dostaniecie. I gwarantujemy Wam, nigdy czegoś takiego nie widzieliście”. Rozbiją bank, to nie ulega wątpliwości.
Najlepsze porównanie, jakiego mogę użyć, wyglądałoby tak – Deadpool & Wolverine to taki superbohaterski Job, czyli ostatnia szara komórka. Fabuła i jej poprowadzenie nie mają tu bowiem absolutnego znaczenia. Film o wyszczekanym najemniku to jakiś… nowy podgatunek „świadomie złego kina”. Nie kina Klasy B. Czegoś jeszcze innego. Sporo tu z Mela Brooksa, komedii młodzieżowych w stylu gross-out comedy, jeszcze więcej popkulturowej świadomości.
Wszystko jest zrobione totalnie świadomie, a rezygnacja z sensownego scenariusza, konsekwentnego budowania akcji ma na celu napakowanie jak największej liczby żartów, cytatów, śmiesznych metakomentarzy i przede wszystkim cameo. Marvel pręży muskuły, a przy tym sam się z tego śmieje. Najbliżej tu do serialu Później trochę się męczyłem, bo od liczby niespodzianek można dostać zawrotu głowy. Od pojawienia się w Nicości pewnej trójki zacząłem się lekko męczyć, bo znów zaczęto przywalać toporną, przegadaną ekspozycją z kabaretu. A już armia pewnych zduplikowanych postaci była dla mnie niczym więcej jak mrugnięciem okiem. I chyba zbędnym, nawet już w warstwie zabawy z fanami. Co ciekawe, z tego również Deadpool się śmieje. W poprzednich częściach było tak, że cały świat zachowywał się tak, jakby był prawdziwy, a poszczególne rzeczy działy się naprawdę, jedyną osobą wywalającą czwartą ścianę był zaś Deadpool. Tutaj wszyscy burzą ścianę między widzem a postaciami, palcem wskazują momenty, z których powinniśmy się śmiać. Momentami to nachalne, później męczące, ale w zaplanowanej konwencji… działa. Tego jeszcze nie widziałem.
Zadziwiające jest to, że bywają w Deadpool & Wolverine momenty prawdziwego aktorskiego piękna. I nie zdziwię nikogo, jak napiszę, że we wszystkich swoje pazury z adamantium maczał Hugh Jackman. Ja wiem, że Reynolds jest Deadpoolem, ale Hugh Jackman urodził się do bycia Wolverinem. Cóż za czucie postaci! Nawet w tak niepoważnej rzeczy. Chciałoby się rzec za pewnym pyskatym najemnikiem – i tak do dziewięćdziesiątki, panie Australijczyku. Scena monologu w aucie to chyba… najlepszy aktorski moment Wolverine’a.
A przypominam, że ta postać dostała tak świetny film jak To jest ich film. Miałem pewne nadzieje co do powrotu Dafne Keen wcielającej się w X-23, jednak nie ma co oczekiwać jakichś ładunków emocjonalnych i głębi w tych powrotach. I jak tego będziecie oczekiwali, to się nie rozczarujecie. Wizualnie
Deadpool & Wolverine nie jest poważnym filmem. Jeżeli miałbym go ocenić obiektywnie pod względem struktury, scenariusza, to musiałbym napisać, że to po prostu bardzo kiepska produkcja. Jednak nie po to ona powstała. To… świadomie złe kino, które rezygnuje z bycia czymś więcej niż fanowską atrakcją z Disneylandu. Wywraca przy tym MCU do góry nogami, powoduje, że wiem jeszcze mniej na temat tego, jak jest zbudowane i jak działa. I chyba już to nie ma znaczenia. Zrozumieli to też twórcy, którzy dali widzom to, czego chcieli – czystą zabawę. Przynajmniej kilka z gościnnych występów (a zwłaszcza TEN) spowoduje u nich opad szczęki. Nie wiem, czy Marvel Jesus uratuje Marvela, jednak tak bezczelnej zabawy dla geeków nie było. Gwarantuję.
