Recenzje

CONTROL. Biografia wokalisty Joy Division

Autor: Rafał Grynasz
opublikowano

Muzyka Joy Division już wcześniej gościła w kinie. W Donniem Darko mogliśmy usłyszeć piękny i upadły „Love will tear us apart”, w Trainspotting hymn samotności, czyli „Atmosphere”. Najlepszym momentem Marii Antoniny była scena balu, na którym grano zimno-falowe utwory, w tym subtelną wersję „Ceremony” (w kinie aż podskoczyłem z zachwytu). Warstwa muzyczna Kruka też nie obyła się (w swojej gotyckiej koncepcji) bez utworu Joy Division (pod postacią coveru „Dead souls” w wykonaniu NIN).

Wszystkie te filmy łączy pewna schyłkowość i pesymizm (w Trainspotting dotyczy to raczej pierwszej, „narkotykowej” części filmu). Zagubiony na ścieżkach czasoprzestrzeni Donnie Darko jest pogodzony ze swoim losem, do którego wypełnienia nieuchronnie zdąża. Czas beztroski Marii Antoniny nagle się kończy, a zetknięcie młodzieńczego ognia z ponurą rzeczywistością doprowadza do jej upadku. Coś się kończy bezpowrotnie, do wrót Wersalu kołacze rewolucja; „szafoty krwi, szalone sny.”. Trainspotting traktuje o sięganiu dna i próbach odbijania się od niego. Jednym się udaje, inni nie wydostają się już z labiryntu. Poczynaniami Kruka kieruje wielki ból egzystencji, na którą zostaje skazany – to martwa dusza wędrująca po świecie, do którego już dawno nie należy. Piszę o tym wszystkim, bo natura tych filmów najlepiej wyjaśnia przesłanie i klimat muzyki Joy Division. Cały nurt cold wave niesie w sobie ten nieodzowny pesymizm i schyłkowość, tę utratę gruntu pod nogami, rozpacz i rezygnację, izolację od świata. Nie tylko teksty, ale przede wszystkim styl muzyczny (wyeksponowany bas, monotonna perkusja, punkowy minimalizm) kreuje owe upadłe światy.

(...) historia jakby omija głównego bohatera i jego wnętrze. Widzimy tylko to, co wokół niego (...).

Taki jest Joy Division, zespół, od którego zimna fala praktycznie rozpoczęła swój bieg. A niski i łamiący się głos Iana Curtisa torował jej drogę. O historii Curtisa wystarczy powiedzieć, że była tragiczna, i że zakończyła swój bieg przy seansie Stroszka Wernera Herzoga, filmu w pewien sposób tłumaczącego ówczesną kondycję lidera Joy Divsion i nie mniej przygnębiającego niż Control, który historię Curtisa właśnie opowiada. Wracając do początku – świetnie, że powstał, bo muzyki z tego nurtu w kinie nie jest wiele. Warto wspomnieć o kanonicznym już, gotyckim „Bela Lugosi’s dead” (zainspirowanym filmami Lugosiego) zespołu Bauhaus, zagranym przez muzyków w wampirycznym filmie Hunger Tony’ego Scotta. To już bardziej gotycki rock, choć muzyka z tego samego okresu i stylistycznie, i ideowo podobna. Z drugiej strony mamy rewelacyjny 24 hour party people, ale o tym później. I pod tym względem Control nie zawodzi. Film naprawdę dobrze prezentuje się w scenach „muzycznych”, tj. koncertów oraz scen ilustrowanych muzyką. Należy dodać, że oprócz utworów Joy Division w filmie zostaniemy uraczeni także Sex Pistols, Davidem Bowiem, czy Iggy Popem (czyli twórcami mającymi wielki wpływ zarówno na samego Curtisa, jak i jego twórczość). Sceny koncertowe ponadto (i tu wielkie słowa uznania) odgrywane i odśpiewywane są przez samych aktorów, którzy na potrzeby filmu nauczyli się poszczególnych piosenek. Może momentami głos Sama Rileya psuje efekt, ale żywe instrumenty i swoista niepowtarzalność wykonania są bezcenne.

Niedojrzałość, choroba, kariera – twórca zbyt chaotycznie i zbyt skromnie nakreśla nam wnętrze bohatera.

Właśnie, Sam Riley. Aktor jest bardzo podobny do Curtisa, i nie do końca wychodzi to obrazowi na dobre. Niestety chwilami Riley sprawia wrażenie jakby grał wyłącznie swoim wyglądem, a nie faktycznie odgrywał postać. Nie ma w tym bohaterze wyznania, nie ma wewnętrznej walki, pozostaje powolne i systematyczne staczanie się, owa schyłkowość. Twarz doskonale imitująca Curtisa, ale niestety, niewiele więcej. Być może to błędy scenariuszowe, gdyż historia jakby omija głównego bohatera i jego wnętrze. Widzimy tylko to, co wokół niego – Curtis zdaje się być zimnym obserwatorem, niczym w tytule książki „przejmujący z oddali”. Przez to „oddalenie” ucieka nam bohater, a pozostają mniej lub bardziej interesujące wydarzenia z jego życia. Obumierające małżeństwo, romans, epilepsja, wreszcie przyspieszające tempo kariery. Szkoda, że widz nie otrzymuje tego, co mógłbym nazwać „Closer” (czyli najbardziej osobisty i przejmujący album Joy Division), otrzymuje natomiast tylko i wyłącznie (parafrazując) „He lost control”. W filmie Curtis jawi się jako niedojrzały chłopiec, który tak naprawdę nie wie, czego chce. Miota się między romansem a małżeństwem, między chorobą a koncertami, między zespołem a potrzebą samotności. Niedojrzałość, choroba, kariera – twórca zbyt chaotycznie i zbyt skromnie nakreśla nam wnętrze bohatera. Nie dowiadujemy się zbyt wiele o jego stosunku do muzyki i jego spojrzeniu na miłość, czy o wpływie choroby na jego życie. Curtis raczej się snuje, to bohater znajdujący się na uboczu i kroczący po linii najmniejszego oporu do celu, do finalnej tragicznej manifestacji niemocy. Czy faktycznie taki był ten niewątpliwie energiczny i ekspresyjny twórca, niezwykle wrażliwy i genialny człowiek? Czy może po prostu ten film nie do końca się udał?

Ostatnio dodane