search
REKLAMA
Recenzje

PAVAROTTI. Cień większy niż postać

Jakub Koisz

17 lipca 2019

REKLAMA

Na film dokumentalny Rona Howarda warto pójść z pustą głową, a jednocześnie należy pamiętać, że wyraźnie skierowany jest on do wyznawców. Niewiele wiedziałem o sławnym tenorze poza tym, że w Polsce darzony jest szczególną estymą, a jego postać pojawiła się w niezliczonej ilości parodii. Przez osmozę, krok po kroczku, tworzył się obraz człowieka kompleksowego, ale z pozoru nudnego. Mało tego – na Pavarottiego zadziałał swoisty czynnik Mandeli, czyli jedni byli pewni, że wciąż żyje (ci mniej zainteresowani muzyką poważną), a inni do dzisiaj opłakują duszę mistrza. Reżyser odkrywa jednak Pavarottiego na nowo, a raczej rysuje widzowi jego obraz po raz pierwszy. To pomnik nagrobny, który mógł się nie udać. 

Ron Howard wybrał się więc do włoskiej Modeny, aby, idąc śladami Pavarottiego, zbudować postać z krwi i kości, nieco już z patrzącego na wszystko dystansu, ale wciąż oddychającego, marzącego, działającego w świecie muzyki, a przede wszystkim radzącego sobie ze statusem ikony. Wprawdzie pierwsze lata kariery potraktowane są po macoszemu, ale właśnie z tego segmentu buduje się najbardziej ludzki obraz. Wracamy potem do czasów koncertu Trzech Tenorów, a także słynnych mistrzostw świata w piłce nożnej. Jest to najlepiej udokumentowana część filmu, czyli początki działalności charytatywnej Pavarottiego i jego powolna przemiana w chodzącą ikonę. Wprawdzie brakuje tutaj szczegółu i sam Howard nie może się odkleić od zachwytu nad uśmiechniętym tenorem, ale sprawdza się to jako swoisty tribute. Pavarotti zmienia się wtedy w dokument, którego bardziej interesuje sceniczna persona niż człowiek, dowiadujemy się więc, czemu tenor wciąż się uśmiecha oraz co symbolizuje jego chusteczka. Okazuje się, że są to wyjaśnienia godne gwiazd rocka.

Wszystko to przeplatane jest konwencją tak zwanych gadających głów. O Lucianie do powiedzenia co nieco mają najbliżsi z jego rodziny i jego współpracownicy. Swoimi wspomnieniami dzielą się Plácido Domingo i José Carreras, dyrygent Zubin Mehta, który kierował orkiestrą podczas koncertu Trzech Tenorów, oraz frontman U2: Bono. Na ekranie pokazane są sceny z życia śpiewaka operowego, przeplatane wypowiedziami jego samego oraz tych, których spotkał on na swojej drodze. Czy z tego powodu czuje się przesyt formą wywiadową? Może trochę, szczególnie że ostatnio kino nakarmiło nas całkiem solidnymi i nieźle wypracowanymi stylistycznie biografiami muzyków, lecz należy podejść do filmu Howarda jak do laurki wystawionej komuś, kogo świat kochał bezwarunkowo.

Ta swoista „lekcja z Pavarottiego” może niekiedy przynudzać, ale to nie odwaga jest jej siłą, lecz solidność oraz spora ilość wykorzystanych, skatalogowanych i ułożonych w opowieść materiałów. Pavarotti jest filmem dla ludzi, którzy uwielbiają, znają albo chociaż kojarzą muzyka. W żadnym z momentów Luciano nie zostaje odczarowany, skandale traktowane są niczym prychnięcie, a całość niebezpiecznie uderza w hagiograficzne tony, co pozostawia uczucie przyjemnej wspominki, ale wciąż tylko wspominki.

I choć dość szablonowo przedstawiono anegdoty o tym, co telewizja o Pavarottim od dawna wiedziała, powstał film dojrzały, ratujący się wieloletnim dystansem do przedstawianych i komentowanych wydarzeń. Nie jest to poziom dokumentów Asifa Kapadii (który wydobywa magię i przaśność z takiego chociażby Diego Maradony), ale wzorowo przypomina, że czasami legenda o człowieku zbudowana jest z bardzo przyziemnych opowieści.

REKLAMA