Recenzje

24 HOUR PARTY PEOPLE

Przesączony narkotykami, alkoholem i szaleństwem film o muzycznych geniuszach, których już nie ma.

Autor: Tekst gościnny
opublikowano

Love Will Tear Us Apart

Od razu ostrzegam – jest to film dla widzów, którzy często sięgają po muzykę alternatywną, mniej masową, popularną inaczej. Jeśli ktoś nie „czuje” muzycznych czasów przełomu lat 70. i 80., jeśli komuś nic nie mówią nazwy Joy Division, New Order, Happy Mondays, Sex Pistols, to nie powinien bliżej zaznajamiać się z dziełem Michaela Winterbottoma. Ostrzegam też tych, których irytuje paradokumentalna forma filmowa nadużywana nieco przez niektórych twórców. Zdjęcia „z ręki”, brak klarownego scenariusza, temat dość hermetyczny i chaos, choć kontrolowany, zniechęcić mogą wielu widzów, wręcz ich znudzić.

Natomiast ci, którym nieobce są klimaty dekadenckich utworów Iana Curtisa, powinni być zachwyceni tym dwugodzinnym fabularnym (niemalże dokumentalnym jednak) narkotyczno-alkoholowym odjazdem z nieśmiertelnym „Love Will Tear Us Apart” w tle.

Plakat do filmu "24 Hour Party People"

Druga połowa lat 70. była szalona. Śmierć ruchu hippisowskiego, śmierć lidera The Beatles, śmierć wolności, miłości, braterstwa. Zgon szczytnych idei, a raczej wypada powiedzieć – najpierw zgon, potem narodziny. Zdaje się, że takie są koleje losu – ktoś się buntuje przeciw światu (załóżmy wszechobecnemu konsumpcjonizmowi), inni tę ideę starają się krzewić przy każdej nadarzającej się sposobności; pomysł staje się popularny, z czasem przez wielu akceptowany, w końcu modny, przyjemny, pozbawiony alternatyw. Wreszcie umiera śmiercią naturalną, gdyż tyle w nim wypaczeń, tak daleki jest od pierwotnych idei, tak abstrakcyjny, niewyraźny, że wypada jedynie podziękować. Podziękować i zaproponować coś nowego, dajmy na to szczytniejszego, oryginalnego, przełomowego, świeższego od już zmurszałej idei.

Prezenter TV, Tony Wilson, miał pomysł. Rok 1976 1978 był doskonały do wcielania szalonych pomysłów. Nie dość, że w BBC świecie komedii (ale też w BBC) króluje absurd spod znaku Monty Pytona, to nie mniej absurdalny wydaje się zachwyt 40-osobowej publiki nad Sidem Viciousem i jego Sex Pistols. Na parkietach króluje Abba, dogorywa rock’n’roll, na ekranach Star Wars. Rodzi się punk – brudna, jazgotliwa muzyka, czasem wulgarna i prowokująca, często przygnębiająca, kontrowersyjna.

Kadr z filmu "24 Hour Party People"

Winterbottom nie ma ambicji dogłębnego przyjrzenia się narodzinom nowej, bardzo wpływowej kultury skierowanej ostrzem w dotychczasowe przyzwyczajenia muzyczne i - szczególnie - obyczajowe.

Jak wspomniałem, Tony Wilson miał pomysł. Nie miał on wiele wspólnego z jasnowidztwem, lecz pewnej dozy zaskakującego i nieznanemu nikomu geniuszu pozbawiony nie był. Zwrócenie uwagi na, przykładowo, Sex Pistols wymaga odwagi, ba! szaleństwa. Teksty Sida Viciousa nie są o niczym – wyzywa brytyjską Królową od najgorszych zdzir, wyśpiewuje brutalne protest-songi, nie oszczędzając nikogo, bluźniąc, łamiąc schematy i wzory nie tylko obyczajowe, ale i muzyczne. Wokalista, który śpiewać nie umie, zakłada zespół z ludźmi, którzy – podobnie jak on – muzycznie są analfabetami. Tylko szaleniec pozbawiony rozumu w jazgotliwym bełkocie potrafi dostrzec coś, cokolwiek nowego czy przełomowego.

Albo Joy Division. Nazwa tego zespołu nawiązuje do poczynań nazistów, którzy szukali czystych, aryjskich kobiet, aby uprawiać z nimi seks („Liga Radości” było potocznym określeniem). Muzyka ascetyczna, prosta, niosąca jednak niespotykany dotąd ładunek emocji. Śmierć, cierpienie, autodestrukcja, samotność, alienacja – tym zachwycały się tysiące młodych Brytyjczyków. Introwertyczny Ian Curtis był artystą podziwianym, wielbionym, ale i niezwykle tajemniczym. Pewnego popołudnia powiesił się w swoim domu.

Kadr z filmu "24 Hour Party People"

Tego typu twórcy, taka muzyka stała się podstawą wytwórni Factory Records założonej przez szalonego Tony’ego Wilsona. Jednak nie biografie zespołów są w filmie Winterbottoma najważniejsze. Nawet nie sam Tony Wilson, którego komentarz z offu zwodzi widza na manowce, dezinformuje, oszukuje, niekiedy milczy w momentach najmniej oczekiwanych bądź równie zaskakująco przyznaje się do celowego pomijania zdarzeń, ludzi i miejsc zdawałoby się istotnych.

To największa wada i jednocześnie zaleta 24 Hour Party People. Winterbottom nie ma ambicji dogłębnego przyjrzenia się narodzinom nowej, bardzo wpływowej kultury skierowanej ostrzem w dotychczasowe przyzwyczajenia muzyczne i – szczególnie – obyczajowe. Trudno zaobserwować tu jakiś przenikliwy portret socjologiczny niezmiernie ciekawych czasów kulturowej rewolty, która w niedługim czasie zrodziła znaczącą (również w Polsce) subkulturę „punk”, następnie zachwyciła świat muzyką techno (połowa lat 80.), by wreszcie towarzyszyć pojawieniu się zjawiska, jakim jest clubbing.

To, co jest słabością filmu jest de facto jego największą siłą. Mamy bowiem do czynienia z zapisem niemalże dokumentalnym minionej epoki, z komentarzem nie wartościującym i bezpretensjonalnym. Choć kilka razy zadawałem reżyserowi pytanie „Dlaczego?” i nie dostawałem odpowiedzi, to jednak 24 Hour Party People fascynuje, wciąga i, co najważniejsze, ciekawi. Być może nie chodzi o zrozumienie, a w jakiś sposób wiarygodne spojrzenie na tamten okres zrodzony z narkotyków, alkoholu, szaleństwa i niezdefiniowanego geniuszu. Każdy z pewnością zauważy ten wszechobecny entuzjazm, tę otwartość, która jakimś cudem pojawiła się w środku Manchesteru, brzydkiego, przemysłowego miasta.

To wiarygodne spojrzenie na tamten okres zrodzony z narkotyków, alkoholu, szaleństwa i niezdefiniowanego geniuszu.

Warto więc obejrzeć dzieło Winterbottoma, lecz nie należy oczekiwać odpowiedzi na pytanie dlaczego samobójstwo popełnił Ian Curtis (więcej na ten temat, ale i bardziej enigmatycznie, jest w znakomitym „Control” Antona Corbijna) lub co takiego miał w sobie klub Hacienda, że uznany został za najbardziej kultowy na całym muzycznym świecie? Tony Wilson prowadzi widza za rączkę, mrugając co rusz, a widz skołowany nie wie, czy to rzetelna biografia szaleńca, czy kolaż muzyczny nasączony heroiną (uwaga – prawie wszyscy na tym filmie mocno ćpają!). Niemniej dostajemy coś w zamian – film szczególnie muzycznie fascynujący (Sex Pistols, Buzzcocks, The Clash, Joy Division, narodziny techno, Happy Mondays) i aktorsko znakomity, tu szczególnie rewelacyjni Steve Coogan jako szalony reporter, Andy „Gollum” Serkis w roli genialnego producenta Martina Hanneta i Sean Harris jako „dotknięty ręką Boga” Ian Curtis.

Wychodzi na to, że 24 Hour Party People jest nie dla każdego. Polecam dla zaznajomionych w temacie. I ciekawych. Reszta może sobie darować. Choć nie powinna. Róbcie, co chcecie.  Get pissed. Destroy. 

Rafał Oświeciński

Tekst z archiwum film.org.pl (2005)

Ostatnio dodane