Recenzje
CONAN BARBARZYŃCA 3D. Żałosny remake
W świecie powrotów lat osiemdziesiątych, CONAN BARBARZYŃCA 3D kusi, lecz rozczarowuje, przypominając, że nostalgia bywa złudna.
Stacje radiowe atakują przebojami sprzed ćwierćwiecza, a w odzieżowych sieciówkach wisi pełno kolorowych marynarek – nie trzeba być specjalnie zorientowanym w bieżących trendach, żeby zauważyć, że moda na lata osiemdziesiąte przeżywa właśnie swój renesans. Kino nie pozostaje na ten fakt obojętne; obok naśladujących filmy eksploatacji produkcji spod znaku neo-grindhouse i wykorzystujących klimat ówczesnej dekady komedii typu Take Me Home Tonight czy Hot Tub Time Machine, Hollywood zalewa kina remake’ami dawnych hitów. Po Koszmarze z ulicy Wiązów i Piątku trzynastego przyszła kolej na Conana, odgrywanego przed laty przez Arnolda Schwarzeneggera. Niestety, już na wstępie muszę ostrzec, że szukanie ducha lat osiemdziesiątych w filmie Marcusa Nispela jest równie bezsensowne, co przekopywanie kociej kuwety w celu odnalezienia złota.
Pomimo zapowiedzi twórców, którzy jeszcze długo przed premierą zarzekali się, że Conan Barbarzyńca 3D to nowa ekranizacja opowiadań Roberta E. Howarda, a nie remake klasyka fantasy spod ręki Johna Milliusa, fabuła filmu Marcusa Nispela nie odbiega znacząco od historii przedstawionej trzydzieści lat temu: rodzinna wioska Conana zostaje zaatakowana i zniszczona przez Khalara Zyma (w oryginale był to przywódca kultu – Thulsa Doom), brutalnego wodza, który napada na siedziby barbarzyńskich plemion, by odnaleźć części pradawnej maski, potrzebnej mu do zdobycia nieograniczonej władzy.
Wszyscy mieszkańcy zostają wymordowani, jedynie tytułowemu (nastoletniemu jeszcze) Barbarzyńcy udaje się uciec. Po latach spędzonych na podróżach i walkach, Conan jest już dojrzałym wojownikiem; wpada na trop mordercy swojego ojca i postanawia dopaść go, zanim tamten dokończy rytuał i osiągnie boską siłę.
Conan Barbarzyńca 3D to hollywoodzka superprodukcja, nietrudno więc zgadnąć, jaki będzie wynik starcia Cymeryjczyka z wrogami. Przyjrzyjmy się zatem, jak filmowy Conan… poradzi sobie z innymi przeciwnikami.
Przeciwnik nr 1 – PYCHA PRODUCENTÓW
W przeciwieństwie do większości dzisiejszych blockbusterów, Conan Barbarzyńca został nakręcony z myślą o kategorii R. „I dobrze” – pomyśli pewnie każdy, kto ma już dość wygładzonych produkcji, skrojonych prosto pod wymagania PG13. Cóż, niekoniecznie. Kategoria R pojawia się w hollywoodzkim kinie tak rzadko, że twórcy koniecznie chcą się nią pochwalić na wszystkie możliwe sposoby. W Conanie zostało to doprowadzone do potęgi: przeciwnicy głównego bohatera tryskają juchą w każdym kierunku nie tylko po oberwaniu mieczem, ale też w kontakcie z dowolnym elementem otoczenia – drzewem, ścianą, kamienną posadzką. Głowy nie dam sobie uciąć, bo Conan został zmontowany bardzo chaotycznie, ale jestem prawie pewien, że w którymś momencie jeden z atakujących siknął krwią po uderzeniu w – to nie żart! – zaśnieżoną ziemię. Czerwone piksele sypią się bez przerwy, nieważne, czy ma to jakieś uzasadnienie, czy nie, wywołując efekt dokładnie odwrotny od zamierzonego – pusty śmiech i zażenowanie. Jeżeli mieliście nadzieję na „staroszkolną” rozwałkę, zawiedziecie się okrutnie – cała siekanina ma tu więcej wspólnego z MTV, niż ze złotą erą VHS.
Przeciwnik nr 2 – DURNY SCENARIUSZ
Scenariusz pisały ponoć aż trzy osoby. Nie wiem, jak wyglądał proces jego powstawania, ale wyobrażam go sobie jako wielką popijawę, podczas której ten najbardziej trzeźwy zapisywał na kartce swoje pomysły, a pozostała dwójka próbowała połączyć je w całość. Dziur jest tu więcej, niż w polskich drogach – po przedstawieniu genezy Barbarzyńcy (zaskakująco zgrabnie wplatającej nawiązania do oryginału), za sprawą narratora przenosimy się o jakieś dziesięć lat do przodu, kiedy Conan jest już dorosły, a Khalar Zym właśnie kończy spełniać swoje mroczne plany.
Co działo się z bohaterami przez ten czas? Według lakonicznej relacji narratora tytułowy bohater rozbijał się statkami po różnych lądach i mężnie walczył z przeciwnikami. Ale co w tym czasie robił Khalar? Biorąc pod uwagę, że ostatni element potrzebnej mu maski znalazł tuż przed zabiciem ojca Conana, już dawno mógł spełnić przepowiednię i stać się, jak sam mówi, bogiem. Okazuje się jednak, że Zym grzecznie czekał aż jego adwersarz dorośnie do zemsty. Dlaczego? Bo tak chcą scenarzyści.
Zresztą, autorzy przedstawianej przez Nispela historii już od pierwszych minut wykazują się nieprzeciętnym, jak na przedstawicieli tego fachu, lenistwem: w oryginalnym Conanie imię głównego bohatera wywodziło się z legend opowiadanych przez jego ojca. W nowej wersji Cymeryjczyk zostaje ochrzczony przez umierającą matkę, która nazywa syna imieniem Conan chyba tylko dlatego, że właśnie… kona. Także inne wątki budujące wizerunek Barbarzyńcy w oryginale zostają w remake’u pominięte (a w najlepszym wypadku – zmarginalizowane), jakby scenarzystów obchodziła tylko i wyłącznie krwawa rzeźnia.
A to i tak nic w porównaniu ze zgrzytami związanymi z pobocznymi postaciami:
Przeciwnik nr 3 – LEGENDA POPRZEDNIKA
Arnold Schwarzenegger nie jest wybitnym aktorem. Nie musi. Ma charyzmę większą od własnych mięśni, dzięki czemu w grane przez niego postacie wierzy się bez najmniejszych wątpliwości. Kiedy w oryginalnym Conanie… twierdził, że w życiu najlepsze to „miażdżyć wrogów, widzieć ich prowadzonych przed sobą i słyszeć lament ich kobiet”, wiadomo było, że nie żartuje. Gdy podobne kwestie próbuje wygłaszać Jason Momoa, trudno nie parsknąć śmiechem. Ujmijmy to tak: gdyby ktoś kręcił kiedyś film o pacjencie szpitala psychiatrycznego, który wyobraża sobie, że jest słynnym Cymeryjczykiem, Momoa byłby obsadowym strzałem w dziesiątkę.
Z wiecznie zaciśniętymi zębami, miną poirytowanego buldoga i naoliwioną klatą, pasowałby do takiej roli idealnie. Jako Conan okazuje się jednak więcej niż rozczarowujący; nie ma ani uroku nieokrzesanego barbarzyńcy, ani charyzmy, ani tym bardziej umiejętności aktorskich, przydatnych w maskowaniu wymienionych braków. Macha mieczem, cedzi przez zęby koszmarnie napisane kwestie, a nawet ciekawie pomyślane sceny (naliczyłem ich, uwaga, aż dwie) kładzie na łopatki swoją bezpłciowością.
Wbrew pozorom, nie jestem fanem oryginalnego Conana. Tak naprawdę doceniłem go dopiero po obejrzeniu remake’u i ciągle uważam, że – w przeciwieństwie do pozostałych ról Arniego z ówczesnych lat – film Johna Milliusa mocno się zestarzał. Odnowienie historii nie było więc wcale złym pomysłem. Niestety, wyszło bardzo słabo, a winą za taki stan rzeczy można obarczyć zarówno scenarzystów, reżysera-wyrobnika, budującego całą karierę na miernych remake’ach, jak i speców od castingu, którzy wpadli na pomysł obsadzenia w tytułowej roli hawajskiego modela.
W efekcie powstała taka, w pewnym sensie, filmowa mucha – Conan jest brzydki, głośny, brzęczący i denerwujący. A kiedy udaje się go wreszcie pacnąć (czytaj: dotrwać do napisów końcowych), trudno nie wyjść z kina w stanie irytacji.
Tekst z archiwum film.org.pl.
