Recenzje

BORAT SUBSEQUENT MOVIEFILM. Wyborcza gorączka

Pierwszy Borat pozostanie ponadczasowym kultowcem, jego kontynuacja niczym więcej jak okołowyborczą ciekawostką.

Autor: Maciej Niedźwiedzki
opublikowano

Wyborcza gorączka

Kazachstan nie urósł w siłę, ale stał się międzynarodowym pośmiewiskiem. Pierwsza amerykańska ekspedycja Borata okazała się wizerunkową, a później gospodarczą klęską. Czwarty najlepszy dziennikarz w państwie został skazany na pracę w kamieniołomie. Po latach, gdy na czele US and A stoi (Mc)Donald Trump, premier Nazarbajew przypomina sobie o Boracie Sagdijewie, lepiej niż inni zaznajomionym z amerykańskimi realiami. Kazachski przywódca ponownie wysyła go do Ameryki, by odbudował relacje dyplomatyczne i złożył uroczysty prezent w ręce wiceprezydenta Mike’a Pence’a. Ma nim być małpka o imieniu Johnny, łącząca rolę ministra kultury i narodowej gwiazdy porno…

Borat Subsequent Moviefilm paradoksalnie cierpi nie na nieobecność Borata, ale na brak interesującej propozycji w jego miejsce.

Początek filmu przypomina wszystko, co było najlepsze w pierwszej części: niedorzeczności, społeczne absurdy, zwyrodnialstwo na porządku dziennym i idiotyczne plemienne rytuały. Tej radosnej, prześmiewczej energii nie starcza niestety na długo. Z czasem można zadawać sobie pytanie, czy bardziej karkołomny jest absurdalny plan na rehabilitację Kazachstanu, czy sama idea robienia kontynuacji niepowtarzalnego w swojej istocie Borata z 2006 roku.

Oczywiście zdawał sobie z tego sprawę również Sacha Baron Cohen. Prawdziwa tożsamość Borata została dawno zdemaskowana i nikt mu już nie uwierzy. Nie ma możliwości, by z tą postacią osiągnął ten sam efekt. Ten zasadniczy problem Cohen omija w dwojaki sposób. W pierwszej kolejności spycha wizerunkowo rozpoznanego Borata na drugi plan (zdecydowanie najczęściej pojawia się w wyraźnie reżyserowanych scenach), a w pozostałych fragmentach Cohen gra Borata przebierającego się za stereotypowych i karykaturalnych „Amerykanów”: piosenkarza country, rednecka, majętnego przedsiębiorcę czy Donalda Trumpa. Drugą metodą jest wprowadzenia nowej bohaterki. Jest nią córka Borata o imieniu Tutar (Maria Bakalova), która podstępnie przedostaje się do Ameryki z ojcem. To ona przejmuje rolę dzikuski, nieokrzesanej barbarzynki z Kazachstanu. Tutar będzie więc przeprowadzać wywiady oraz wkręcać sklepikarzy, instagramowe influencerki czy klub zwolenniczek Republikanów.

To wszystko dzieje się z wielu mniej i bardziej zasadnych powodów. Sacha Baron Cohen bardzo chciał powrócić do tej postaci, jednak nie mógł tego zrobić w sprawdzony (ale już spalony) sposób. Jego nowe wizerunki przypominają bardziej bohaterów-oszołomów ze znakomitego Who is America? niż uroczego wrażliwca Borata z oryginalnego filmu. To samo w sobie nie jest problemem, ale jest nim (może z wyjątkiem bazującej na nieporozumieniu rozmowie o aborcji) pozbawienie jakiegoś szczególnego charakteru tych postaci, ostrości żartów, refleksu i swobody. Za często to jedynie przebieranki, za którymi niewiele się kryje. Borat Subsequent Moviefilm paradoksalnie cierpi jednak nie na nieobecność Borata, ale na brak interesującej propozycji w jego miejsce. Maria Bakalova stara się wypełnić tę lukę, ale niestety to nie ta sama aktorska liga. W paradokumentalnych fragmentach, wymagających od niej naturalności, Tutar jest przesadnie ekspresywna, a w reżyserowanych scenach robi niewiele więcej poza dyktowaniem z pamięci kolejnych kwestii. Nietrafiony casting oraz postać przechodząca niezbyt zajmującą przemianę. Nie porwała mnie ta szablonowa księżniczka wyzwalająca się z sideł patriarchatu.

Atutem Borata był jego ideologiczny zasięg, odwaga i tupet. Cohen śmiał się z prawej i lewej strony, ze środowisk liberalnych i konserwatywnych, z Demokratów i Republikanów. W sequelu kieruje swoje spojrzenie wyłącznie w kierunku administracji, wyborców oraz otoczenia Donalda Trumpa. Prowokacja na Rudym Giulianim miała być wisienķą na torcie, ale wypadła aż nadto nieprzekonująco, a oskarżenia wobec urzędującego prezydenta sprowadzają się do przypomnienia jego znajomości z Jeffreyem Epsteinem. Za mało w tym mięsa, konkretów i momentów. Cohen chce przekonać widzów, że są to ludzie dwulicowi i obleśni. Ja jednak przede wszystkim widzę, że jest to film zrobiony pod tezę i pod wpływem impulsu. Nie wątpię, że wynikającego ze szczerych pobudek Cohena, ale przekutego w produkcję zrealizowaną w pośpiechu i na użytek chwili: zaraz wielkie amerykańskie wybory!

Oczywiście przy takim podejściu powstają też arcydzieła, ale w tym przypadku Cohen poszedł za bardzo na skróty. Koronawirus to fake news. Trump to znajomy pedofila. Trywialny podstęp na atrakcyjną dziennikarkę. Dziękuji, ale Cohen przyzwyczaił mnie do bardziej wyrazistego humoru i celniejszych ripost. Pierwszy Borat pozostanie ponadczasowym kultowcem, jego kontynuacja niczym więcej jak okołowyborczą ciekawostką.

Ostatnio dodane