Connect with us

Recenzje

ATTACK ON TITAN. Oddaj swoje serce za sprawę! – Recenzje wszystkich sezonów hitowego anime

ATTACK ON TITAN to niezwykłe anime, które pożera serca widzów! Odkryj wszystkie sezony i ich emocjonujące fabuły w recenzjach.

Published

on

ATTACK ON TITAN. Oddaj swoje serce za sprawę! – Recenzje wszystkich sezonów hitowego anime

Attack on Titan to fenomen. Mimo że przeznaczony dla dorosłych widzów, to jest jednym z największych telewizyjnych hitów obecnego okresu. Jako że do tej pory na portalu nie pojawiły się teksty skupione na tej słynnej serii anime, w poniższym materiale znajdziecie recenzje jej czterech sezonów – choć w przypadku najnowszego powinno się mówić raczej o jego pierwszej połowie. Na każdej stronie skupię się na innym sezonie, a jednocześnie będę stopniowo rozszerzał zakres spoilerów. Oznacza to, że o ile w omówieniu pierwszego sezonu nie zamieszczę żadnych kluczowych elementów fabuły, o tyle z omówienia drugiego dowiecie się o najważniejszych wydarzeniach pierwszego, z omówienia trzeciego o tych z drugiego itd.

Advertisement

Jednocześnie od razu zaznaczę, że w tekście dotyczącym ostatniego sezonu postaram się uniknąć zdradzania jego historii, więc do lektury wystarczy znajomość sezonu trzeciego. Tyle słowem wstępu – przechodzimy do mięska!

Sezon 1

W przypadku seriali często stosuje się zasadę kilku odcinków. Mam na myśli to, że aby upewnić się co do jakości produkcji, warto obejrzeć więcej niż jeden odcinek i dopiero na podstawie znajomości, powiedzmy, trzech lub czterech odcinków ocenić, czy mamy ochotę brnąć dalej. Wynika to z tego, że początkowy natłok ekspozycji może przytłoczyć i zanim całość wskoczy na właściwe tory, musi minąć trochę czasu. Wspomniana zasada jednak nijak się ma do Attack on Titan. Tutaj już w ramach pilota otrzymujemy garść niezbędnych informacji, źródło motywacji głównego bohatera, skrótowe przedstawienie antagonistów oraz szybkie ustanowienie uniwersum.

Advertisement

Dzięki temu całość zasysa naszą uwagę błyskawicznie i zanim się obejrzymy, będziemy odpalać drugi odcinek. Jest to tym bardziej imponujące, że te trwają niewiele dłużej niż 20 minut, więc momentami tempo jest naprawdę zabójcze.

Historia koncentruje się na konflikcie ludzkości z tajemniczymi stworami o człekokształtnej budowie ciał, tytułowymi tytanami, których wysokość sięga od kilku do nawet kilkudziesięciu metrów. Stworzenia te żywią się ludźmi i wydaje się to motorem napędowym ich istnienia. Aby uniknąć wchodzenia im w drogę, ludzie ukrywają się za ogromnymi murami, a na zewnątrz wyruszają tylko specjalnie przygotowane do tego oddziały zwiadowcze – co nie zmienia faktu, że przeważnie wracają w znacznie uszczuplonym składzie.

Advertisement

Jednak w momencie rozpoczęcia opowieści przed jednym z murów (są ich trzy) pojawia się wysoki na 60 metrów tytan i niszczy bramę wejściową, co skutkuje wtargnięciem potworów na teren miasta i zagładą tutejszych mieszkańców. Niewielu z nich udaje się uciec, ale wśród nich znajdziemy Erena Yeagera, 10-letniego chłopca, i dwójkę jego przyjaciół – zakochaną w nim Mikasę o niebywałych zdolnościach bojowych i inteligentnego, obdarzonego zmysłem taktycznym Armina. Z perspektywy tej trójki przyjdzie nam oglądać zarówno pierwszy, jak i kolejne sezony.

Motywacja Erena jest prosta, ale zrozumiała: po tym, jak na jego oczach matkę pożera tytan, poprzysięga wymordować wszystkich przedstawicieli tego gatunku. W tym celu wraz z przyjaciółmi wstępuje do wojska, na czym też koncentrują się pierwsze odcinki. Już w pierwszym sezonie możemy zauważyć wyraźny podział na dwie części – zarówno pod względem tematyki, jak i fabuły – który będzie obowiązywał do końca (z wyjątkiem drugiego sezonu, znacznie krótszego od pozostałych). W tym przypadku pierwsza połowa skupia się na nastolatkach żołnierzach (następuje przeskok czasowy i członkowie grupy Erena mają 15-17 lat, choć zaczynają szkolenie jeszcze jako dzieci), ludziach wychowanych w świecie pełnym przemocy, którzy muszą przejść przyspieszony okres dorastania.

Advertisement

Kiedy ruszają do walki wyposażeni w długie i ostre miecze oraz pozwalające przemieszczać się w powietrzu kombinezony będące połączeniem wyciągarek linowych z silnikami spalinowymi, wcale nie przemieniają się przy tym w typowych dla pozycji młodzieżowych herosów. Wręcz przeciwnie – pierwsza poważna potyczka okazuje się kompletną katastrofą i skutkuje wyjątkowo bezceremonialną śmiercią większości oddziału. Warto przy tym wspomnieć, że nie bez powodu seria ta nie jest przeznaczona dla młodszych odbiorców – trup ściele się gęsto, ludzie umierają w przerażająco okrutny sposób, a ich płeć czy nawet wiek nie mają dla losu żadnego znaczenia.

Przy pierwszym kontakcie jest to zaskakujące, gdyż rzadko kiedy twórcy pozwalają sobie na tak swobodne podejście do uśmiercania postaci. Swego czasu za podobną bezwzględność chwalono Martinowską Grę o tron, jednak pokusiłbym się o stwierdzenie, że autor mangi Hajime Isayama (Attack on Titan jest wszakże adaptacją – niezwykle wierną materiałowi źródłowemu, warto dodać) poszedł o krok dalej. W jednym odcinku poznajemy bohaterów, stopniowo nabieramy do nich sympatii, by w następnym zobaczyć ich brutalny zgon – a czasami rozrzucone niedbale zwłoki czy ich fragmenty.

Advertisement

Przekaz wydaje się prosty: tytani to nie żarty, są niewyobrażalnie niebezpieczni, a ludzkość uczestniczy w niezwykle nierównej walce. Gatunkowo Attack on Titan najbliższy jest więc dramatowi wojennemu, co dodatkowo uwydatnia fakt, że grupa towarzyszy Erena szybko przeistacza się w bohatera zbiorowego. Ich historie poznajemy za sprawą retrospekcji i ekspozycji. Nie są to przesadnie złożone postacie, ale z pewnością nie nazwałbym ich tekturowymi – Isayama zadbał o to, by każdy miał odpowiednie tło i podłoże emocjonalne, a ich działania wynikały z konkretnych wydarzeń z przeszłości, najczęściej dramatycznych. Część otrzymuje zaś osobne wątki, które rozciągną się na kolejne sezony.

Są oni jednocześnie na tyle wyraziści, że szybko wskażemy w tej charakternej paczce swoich ulubieńców. Jedną z najbardziej ukochanych przez masowego odbiorcę postaci jest Levi, porażająco utalentowany żołnierz będący właściwie jednoosobową armią i bez żadnego problemu radzący sobie w pojedynkę z nawet najgroźniejszymi tytanami. Na podstawie pierwszego sezonu sam jednak ulokowałem swoją sympatię głównie w Annie, niepozornej, a przy tym pozornie apatycznej nastolatce, która rzadko kiedy się odzywa, zaś kiedy już to robi, z jej ust płyną gorzkie słowa wymierzone we wszelkiego rodzaju elity.

Advertisement

Jej antyelitarny charakter znajdzie też odzwierciedlenie w tematyce anime, choć na to będziemy musieli poczekać do kolejnych części. Najwięcej zarzutów można kierować pod adresem głównego bohatera, zwłaszcza gdy po raz n-ty przyjdzie nam wysłuchiwać jego wewnętrznych monologów lub gdy przez jego błędną ocenę sytuacji dojdzie do tragedii. Jednowymiarowa wydaje się także Mikasa – do tego stopnia zafiksowana na swoim uczuciu i potrzebie ochrony Erena, że wszystko inne odsuwa na dalszy plan. A że robi to przy każdej możliwej okazji, to w pewnym momencie łatwo o znużenie.

Wszystko to przestaje mieć jednak znaczenie, kiedy już dochodzi do potyczek z tytanami. Te zaprezentowane są wprost znakomicie. Niemalże czujemy opór powietrza na twarzy, gdy bohaterowie przemieszczają się pomiędzy uliczkami miasta z ogromną prędkością, a także siłę uderzenia, gdy któryś z nich rozkwasi się na wyciągniętej tytaniej ręce. Twórcy nie stronią od ukazywania ogromnej postury tytanów w pełnej krasie, ale przypominają nam również cały czas, że z perspektywy niewielkich rozmiarami ludzi sytuacja wygląda przerażająco.

Advertisement

Momentami ogląda się to jak kino grozy, kiedy obrazy ulegają zakrzywieniu, a kolory wypaczeniu, za pomocą czego autorzy przedstawiają strach, jaki budzą potwory w ludzkości. Potwory, warto dodać, komiczne na pierwszy rzut oka, zważywszy na ich dysproporcjonalne sylwetki czy nagość. Już dawno nie widziałem przeciwników portretowanych w podobnie ambiwalentny, ale niedający złudzeń co do stopnia zagrożenia sposób. Postacie ludzkie to prostsze, eksponujące stany emocjonalne projekty. Mój największy podziw wzbudzają jednak dopracowane, bogate w detale tła.

Attack on Titan pozwala na własnej skórze odczuć beznadziejną sytuację ludzkości, jak i uwierzyć, że jest jeszcze szansa na ratunek. Tym bardziej gdy na skutek pewnych wydarzeń pojawi się promyczek nadziei – ale by dowiedzieć się, co się z tym promyczkiem nadziei stanie, będziemy musieli sięgnąć po resztę serialu…

Advertisement

Sezon 2

Zacznę od kontrowersyjnej opinii – drugi sezon jest moim ulubionym. Przede wszystkim dlatego, że rozwija koncept przedstawiony już w pierwszej części, czyli dopowiadania historii za pomocą mininarracji bohaterów drugoplanowych, które poprzez retrospekcje składają się na naszych oczach w spójną całość. Dzięki temu pozornie nijaka postać, wcześniej kryjąca się w cieniu reszty, błyskawicznie wyrasta na pełnokrwistą personę i niemalże za pstryknięciem palca podbija serca. No ale po kolei.

Historia zaczyna się natychmiast po wydarzeniach, którymi kończy się pierwszy sezon. Female Titan, czyli Annie, zostaje pokonany, jednak ta w akcie desperacji „zamraża” się w nieznanym minerale. Oddziałowi zwiadowców nadal nie udaje się więc rozstrzygnąć najważniejszej kwestii – jakie są właściwie motywacje atakujących ich ludzi o mocach tytanów. Pojawia się też pytanie o to, co w murach robią tytani, na co wydaje się znać odpowiedź przedstawiciel lokalnego kultu. To wszystko będzie musiało jednak poczekać na swoją kolej, gdyż poza miastem pojawia się armia tytanów i odcina drogę stacjonującym tam przyjaciołom Erena.

Advertisement

Eren, Mikasa, Armin, Hanji i Levi wyruszają na ratunek, zanim przerażające stworzenia pozbawią życia kolejnych członków oddziału. Na dodatek po okolicy przechadza się tajemniczy, przypominający wyglądem małpę tytan. Wydaje się nieco bystrzejszy niż jego pobratymcy…

W zgodzie z zasadą, że film (czy też sezon serialu) powinien rozpoczynać się od trzęsienia ziemi, a potem napięcie musi nieprzerwanie rosnąć, ponownie zostajemy zassani przez pędzącą naprzód akcję. Nawet kiedy anime daje nam momenty, aby odetchnąć – a jest ich tu więcej niż poprzednio, w ogóle opowieść wydaje się bardziej kameralna, przynajmniej w pierwszej połowie – to tylko dlatego, że w zanadrzu skrywa zwrot akcji, który pośle nasze szczęki poniżej pasa.

Advertisement

W tym momencie zaczyna być widoczny także foreshadowing, z jakiego twórcy – głównie Isayama – konsekwentnie korzystają już od pierwszych scen pierwszego sezonu, dając bardziej i mniej subtelne wskazówki co do rozwoju wydarzeń. Opowieść jest tu dopięta na ostatni guzik i nawet jeśli obrane drogi nie przypadną nam do gustu, to zawsze z czegoś wynikają i są zapowiadane dużo wcześniej. A że liczba tajemnic cały czas narasta, podczas gdy odpowiedzi, jakie uzyskujemy, nie tyle zaspokajają naszą ciekawość, ile jeszcze ją podkręcają, to syndrom kolejnego odcinka nie pozwala oderwać się od ekranu.

Zwłaszcza że ten sezon zdecydowanie stoi sekretami. Nagle okazuje się, że z pozoru ukształtowane postacie z drugiego planu skrywają fakty ze swojej przyszłości, które podważają obecne status quo. Wpływ decyzyjności Erena na rozwój fabuły zostaje zakwestionowany, ledwo widoczna wcześniej Ymir staje się główną bohaterką, a cisi Reiner, Krista i Bertholdt dostają więcej linijek dialogów i własne minihistorie. Już i tak skomplikowana fabuła ulega jeszcze większemu rozwarstwieniu, ale wcale nie obniża to jej jakości – wręcz przeciwnie. Konflikt rozrasta się i nabiera kolejnych odcieni, wywracając do góry nogami to, co do tej pory myśleliśmy o zaprezentowanym świecie.

Advertisement

Dość powiedzieć, że wątek wspomnianej, obojętnej mi wcześniej Ymir spowodował we mnie ogromne wzruszenie i biorąc pod uwagę czas ekranowy, do dziś pozostaje jedną z najlepiej rozpisanych odnóg fabuły. Szkoda, że równą empatią Isayama nie wykazał się wobec innych pobocznych postaci, np. pewnego zaprzyjaźnionego z główną paczką żołnierza.

Ponownie epickość rozsadza ekran. Oblężenie zamku przez grupę tytanów (genialnie zaprezentowana sekwencja pomimo tego, że uczestniczą w niej jedynie bohaterowie z dalszego planu), walka tytana Erena z opancerzonym czy finałowa bitwa – wszystko to dosłownie zapiera dech w piersiach. Niestety wykorzystanie CGI nie wszędzie przypadło mi do gustu – uważam model kolosalnego tytana z pierwszego sezonu za o wiele lepszy, tutejszy wypadł po prostu sztucznie – ale za to sceny walk budzą ogromne wrażenie.

Advertisement

Tym bardziej że kompozytor Hiroyuki Sawano, odpowiedzialny także za muzykę w pierwszej części, wchodzi na jeszcze wyższy poziom. Do nietypowego połączenia muzyki elektronicznej z organami, którym wtórują podniosłe chóry, dołącza spokojniejsze ballady rockowe czy nawet coś w rodzaju disco pop. Dzięki temu całość wzbudza zachwyt nie tylko nad fabułą, ale i jej audiowizualną otoczką, a niektóre melodie z soundtracku z pewnością trafiły na prywatne playlisty fanów. Cóż mogę więcej napisać – Attack on Titan wrzuca kolejny bieg i nie wydaje się, żeby miało ochotę zwolnić. Na całe szczęście w obecnej sytuacji od razu po zakończeniu drugiego sezonu możemy zabrać się za kolejny.

Sezon 3

Pamiętacie, jak okazało się, że Reiner i Bertholdt to tak naprawdę kolejno opancerzony oraz kolosalny i obaj działają na rzecz trzeciej, nieznanej strony konfliktu? No to na rozwinięcie tego wątku poczekacie do drugiej połowy sezonu, gdyż pierwsza znowu zabawia się konwencją i tym razem skupia się na intrydze politycznej wewnątrz miasta. Władze królewskie, zdenerwowane faktem, że potężna broń ludzkości, Eren Yeager, znajduje się w rękach oddziału zwiadowców, postanawia go zdelegalizować. Erwin Smith trafia do więzienia, Eren zostaje porwany (który to już raz? trzeci?), a jego przyjaciele muszą nie tylko wyrwać go z niewoli, ale i ocalić dobre imię swojej jednostki.

Advertisement

A że w rozgrywkę włącza się były mentor Leviego, uzbrojony w sprzęt przeznaczony do walki z ludźmi seryjny morderca Kenny, oraz wcześniej nieobecny ojciec Historii Rod Reiss, mający wobec córki konkretne oczekiwania, to walka będzie wyjątkowo zacięta. Zwłaszcza że tym razem bohaterowie pobrudzą ręce krwią nie tytanów, lecz swoich rodaków.

Dzięki temu narracyjnemu zabiegowi całość znacząco zmienia klimat i z otwartych, nizinnych przestrzeni przenosimy się w ciasne, miejskie, uliczne. Steampunkowy charakter serii jeszcze bardziej się uwydatnia, atmosferą przypomina to nieco gangsterskie Peaky Blinders, a skomplikowana, oparta na ukrytych sojuszach i zdradach intryga przywodzi na myśl pierwsze sezony Gry o tron. I choć dobrze, że w drugiej połowie serial wraca do pojedynków wielkich tytanów (bohaterom wreszcie przyjdzie zawalczyć o ukrytą w piwnicy ojca Erena tajemnicę ludzkości), to pierwsza stanowi ciekawe odświeżenie konwencji, nawet jeśli sam umiejscowiłbym ją na końcu listy moich ulubionych „połówek” Attack on Titan.

Advertisement

Dodatkowo zawiera ona jedną z najlepiej zrealizowanych sekwencji walk, która nie tylko dobrze działa emocjonalnie, ale i ukazuje pęd kombinezonów ODM w wyjątkowo dosadny sposób. Mam tu na myśli scenę pościgu przez miasto, w którym uczestniczą Levi i Kenny.

Fabularnie zaś to stare dobre Attack on Titan – czytaj: cały czas odsłaniające ukryte w rękawie karty, których obecność wcześniej jedynie nam sygnalizowano. Tym razem istotne wątki otrzymują Historia i Erwin, z czego ta pierwsza będzie musiała stanąć na własnych nogach i uwolnić się spod kontroli innych, a ten drugi skonfrontować się z ciągnącą go naprzód obsesją na punkcie uzyskania odpowiedzi co do tajemnic świata. I choć historię Historii uważam za po prostu dobrą (jej postrzeganie znacząco zaburza mi znajomość kolejnych odcinków, gdzie zostaje sprowadzona do roli fabularnego narzędzia), tak motyw związany z Erwinem zostaje poprowadzony po mistrzowsku.

Advertisement

Zaskakuje przede wszystkim to, do jakiej konkluzji prowadzi, jednocześnie nie zatracając sensu i nie lekceważąc drogi bohatera. To znakomity przykład tego, że można rozwijać wątki w sposób nieoczywisty i pozornie niesatysfakcjonujący, przy okazji oddając sprawiedliwość postaci.

Namnaża się też liczba metafor, przez których pryzmat możemy postrzegać przedstawianą opowieść. Choć wcześniej sytuację ludzkości mogliśmy odczytywać jako traktat ekologiczny lub opowieść o utracie niewinności w obliczu przemocy, to teraz dochodzi inna, bardzo wyraźna i właściwie niemożliwa do przegapienia alegoria – sytuacja Żydów podczas drugiej wojny światowej. Okazuje się, że nie bez powodu niektóre ze słów w openingach (znakomitych zresztą) są śpiewane po niemiecku, nazwisko Erena możemy przetłumaczyć z tego języka na „łowcę”, a imiona i nazwiska postaci z serii mają germańskie korzenie.

Advertisement

Dość powiedzieć, że jedyną bohaterką o azjatyckich korzeniach jest Mikasa i jej pochodzenie jest wielokrotnie podkreślane. Rozpisywanie się na temat metafory żydowskiej byłoby jednak wchodzeniem na teren spoilerów, dlatego powstrzymam się od głębszej analizy. Zaznaczam przy tym, że autor w żaden sposób nie ukrywa tego typu drogi interpretacji, dlatego trudno uznać ją za przesadnie odkrywczą.

Dosadność bywa zresztą problemem serii. Szczególnie w tym sezonie dawało mi się to we znaki, gdy bohaterowie tłumaczyli nam po kilka razy, co właśnie zobaczyliśmy, jakie są ich plany lub co znaczyło dane wydarzenie. Nie wszystkim będzie to przeszkadzać, jednak sam podobny brak wiary w inteligencję widza traktuję zazwyczaj jako wadę. Tak też jest w tym przypadku. Na całe szczęście w drugiej połowie, kiedy ekspozycja zostaje odhaczona i ponownie dochodzi do potyczek z tytanami, nie ma czasu na zbędne wyjaśnienia – trzeba się bić! Finałowa bitwa to emocjonalna bomba i artystyczny majstersztyk, który nie tylko świetnie operuje nagłymi zwrotami akcji (pewna postać staje się seryjnym jakim-cudem-on-to-przeżył na tym etapie), ale i stanowi epickie widowisko, do którego przecież powinniśmy być już przyzwyczajeni. A jednak ponownie dech zapiera nam w piersiach, a serce podchodzi do gardła, gdy nasi ukochani bohaterowie stają przed rzeczywistym zagrożeniem, z którego nie wszyscy wyjdą żywi.

Advertisement

Zakończenie tego sezonu stanowi jednocześnie otwarcie zupełnie innej historii. Niespodziewanej drogi, która nie wszystkim przypadnie do gustu, jednak sam uznaję ją za przykład niebywałej twórczej konsekwencji i odwagi. Od tej pory nic już nie będzie takie samo i będziemy musieli znacząco przewartościować parę, wydawałoby się, ustanowionych jak dotąd kwestii. Pewna scena na plaży, zamiast stanowić beztroski fanserwis, przygniecie nas swoim gorzkim, depresyjnym charakterem. Tymczasem sentymentalny montaż kadrów z przygód Erena i przyjaciół jest nie tylko pożegnaniem Wit Studio z serią, ale i naszym, widzów, z dotychczasowymi bohaterami. Jak się okazuje, czasami wiedza bywa przekleństwem i sprowadza na nas zmiany, od których nigdy się już nie uwolnimy.

Sezon 4 – I połowa

Tym, co odczuwamy podczas pierwszego kontaktu z nowym sezonem, jest szok poznawczy. Oto oglądamy nowych bohaterów, akcja koncentruje się na nowym kontynencie, a zagrzewające serce do walki openingi z poprzednich części zostają zastąpione psychodelicznym, niepokojącym intro o charakterze antymilitarystycznym. W gruncie rzeczy nic w tym dziwnego – wszak ostatni sezon zakończono taką nutą, że konieczna tu była gwałtowna zmiana tonu wynikająca nie tylko z wymiany ekipy odpowiedzialnej za tworzenie anime (od teraz zajmują się nim ludzie ze studia MAPPA).

Advertisement

Różnice dostrzeżemy na pierwszy rzut oka choćby w projektach postaci. Te są dokładniejsze, skupione na detalach, mniej ogólnikowe niż poprzednio, bardziej „szorstkie”. Całość zyskała też ciemniejszą kolorystykę, zwłaszcza w kontraście z poprzednimi sezonami skąpanymi w odcieniach żółci i zieleni. Współgra to jednak z atmosferą, która dosadniej niż kiedykolwiek podkreśla, jak wielkim piekłem jest wojna. Nie zmieniła się za to muzyka – znowu jest rewelacyjna, a Ashes on The Fire to małe arcydzieło (choć akurat za ten utwór odpowiada drugi kompozytor, Kohta Yamamoto).

Uprzednio dowiedzieliśmy się, że mieszkańcy wyspy, z których perspektywy do tej pory obserwowaliśmy rozwój historii, są częścią znacznie większego świata. Świata, który nie tylko wie o ich istnieniu, ale i pała do nich czystą nienawiścią ze względu na zdolność Eldian do przemieniania się w tytanów. Za nasłanie opancerzonego, kolosalnego i małpiego odpowiedzialni są zaś członkowie narodu Marley – najwięksi przeciwnicy Eldian, nastawieni na agresywną ekspansję imperium, które pomimo poniesienia klęski na wyspie Paradis nie zaprzestaje podbojów obcych krajów.

Advertisement

Od tamtych wydarzeń minęły już ponad cztery lata i powoli szykują się do ponownego napadu na wyspę. Rozeznanie w sytuacji utrudnia jednak fakt, że wysyłane tam oddziały zwiadowcze nie wracają. Ponadto mieszkańcy wyspy przygotowują się do własnego ataku, tym razem w pełni świadomi tego, kto jest ich rzeczywistym wrogiem…

Na starcie przyjdzie nam poznać grupę nowych bohaterów, z których najważniejszymi okażą się opiekuńczy Falco, arogancka Gabi, urocza Pieck i pewny siebie Galliard. Dwoje ostatnich to posiadacze mocy kolejno transportowego i szczękowego tytana (niestety Ymir już nie wróci), zaś dwoje pierwszych przejdzie przyspieszone wątki zderzenia dziecinnej niewinności z brutalną rzeczywistością. Zaznajomimy się także z motywacją Zeke’a, która rzuca nowe światło na jego działania i pozwala lepiej zrozumieć dotychczasowe wybory brata Erena. Opowiedziana w pierwszej połowie sezonu historia utrze nosa wszystkim, którzy krytykowali poprzednie części za gloryfikację promilitaryzmów.

Advertisement

Pogrążony w depresji Eren odwraca się od dowódców i postanawia działać na własną rękę. Szybko zdobywa w ten sposób grupę zwolenników, jednak jego brutalne, nieliczące się z życiem cywilów metody wzbudzają wątpliwości przyjaciół. Wyzwoleńcze zapędy Erena i zwolenników szybko przeistaczają się w formę terroryzmu, a jego dotychczasowy motor napędowy – pragnienie wolności dla swoich kompanów – popycha go do działań, które stają w sprzeczności z wyznawanymi przez nich wartościami. Rozpoczyna się prawdziwa wojna.

Zatrzymajmy się tu na chwilę. W tekstach dotyczących poprzednich sezonów uwagę mogło zwrócić to, jak mało miejsca (żeby nie powiedzieć – wcale) poświęcałem głównemu przecież bohaterowi opowieści, Erenowi. Było to działanie celowe, gdyż ze względu na jego moc – jest dziedzicem tytana atakującego i założycielskiego naraz – stanowił przeważnie cel do osiągnięcia dla innych postaci, a jego wpływ na fabułę polegał na stawianiu oporu podczas prób uprowadzenia lub zabicia go.

Advertisement

Dotychczasowa sytuacja ulega jednak kompletnemu odwróceniu w czwartym sezonie. Oto protagonista na naszych oczach przekształca się w antagonistę, zaś wydarzenia, których był świadkiem, sprawiają, że zmienia się w bliźniaczą wersję kogoś, kogo początkowo uważał za swojego wroga. Wybuchowy, porywczy, ale i idealistyczny chłopiec wyrósł na zimnego, ścielącego sobie ścieżkę trupami mężczyznę. Ta niespotykana w głównonurtowych produkcjach przemiana stanowi kolejny dowód twórczej autonomii Isayamy oraz krytykę ruchów nacjonalistycznych wyznających zasadę „cel uświęca środki”.

Tym samym ukazane w tym sezonie fenomenalnie zmontowane starcia – pewna rozciągająca się na kilka odcinków potyczka to choreograficzny majstersztyk i pokazówka tego, jak długą drogę przeszli nasi bohaterowie – jakkolwiek pod względem monumentalności nijak nie odbiegają od tego, co widzieliśmy poprzednio, niosą za sobą gorzki posmak, kiedy uświadomimy sobie, że zaplątani w długą spiralę nienawiści żołnierze pragną jedynie końca tej koszmarnej wojny. Odbija się to szczególnie w charakterze Reinera, zniszczonego psychicznie weterana, cierpiącego na zespół lęków pourazowych i tęskniącego za przyjaciółmi, których musiał zdradzić.

Advertisement

Pod względem relatywistycznego ukazywania stron konfliktu sezon czwarty przypomina więc zabieg znany fanom popkultury choćby z The Last of Us Part II, gdzie zanim doszło do ostatecznej konfrontacji, przyszło nam poznać obie perspektywy.

Tym, co złamie nam serce, jest ujrzenie starych i kochanych bohaterów po tych wszystkich latach. Szybko zatęsknimy za ich szerokimi uśmiechami i beztroskim przekomarzaniem. Obecnie są zahartowanymi w boju profesjonalistami, którzy gdzieś po drodze zatracili jednak radość z życia i stanowią jedynie skorupy dawnych siebie popychane naprzód koniecznością brania udziału w niekończącym się konflikcie. Dość powiedzieć, że jedna z najbardziej pacyfistycznie nastawionych postaci w serii, Armin, na skutek wydarzeń z końcówki poprzedniego sezonu została obdarzona mocą najbardziej niszczycielskiego tytana, kolosalnego.

Advertisement

„Wojna, wojna nigdy się nie zmienia”, truistycznie ujmując główną myśl Attack on Titan. Na tym etapie pozostaje mi wyrazić prawdziwy podziw co do tego, jak od prostego podziału na dobrych i złych przeszliśmy do nieoczywistego konfliktu zakorzenionego w rasistowskim i ksenofobicznym podłożu. Warto przy tym wspomnieć, że MAPPA znakomicie ogrywa reżysersko najważniejsze sceny, wiedząc, gdzie korzystać z patosu, a gdzie zaprezentować coś ważnego w sposób bezceremonialny. Tymczasem aktorzy nadal świetnie się odnajdują w charakterach postaci, nawet pomimo kilkuletniego przeskoku. Dużej zmianie uległ w ten sposób ton wypowiedzi Erena (Yuki Kaji), który stał się równie obojętny jak on sam.

I choć momentami tutejsze modele tytanów nie robią takiego wrażenia jak w poprzednich sezonach – tytan atakujący i małpi zdecydowanie odcinają się od otoczenia, choć z tego co mi wiadomo, wynikało to po prostu z braku czasu na dopracowanie efektów – to wyjątkowo mi to nie przeszkadzało ze względu na zmianę konwencji opowieści. Czasy beztroskiej nawalanki z potworami zza murów bezpowrotnie minęły. Obecne wydarzenia stają nam gulą w gardle i to bynajmniej nie ze względu na niską jakość. W zgodzie z duchem serii ponownie odwrócono nasze oczekiwania – oto przestaliśmy kibicować stronie konfliktu, a zaczęliśmy ludziom.

Advertisement

Życzymy im jak najlepiej i wierzymy, że jeszcze zasmakują spokoju, nawet jeśli nadzieja ta stopniowo gaśnie. Jak pokazuje Attack on Titan, wszystkie drogi unikające dialogu prowadzą do rozlewu krwi, choć czasami wystarczy tak niewiele, żeby nienawiść ustąpiła zrozumieniu. Czy świat, w którym jedni skazują drugich na bycie zmiażdżonymi przez nieludzkie istoty, można uratować inaczej niż jego ostateczną zagładą? Sam nadal wierzę, że tak, ale znając Isayamę, odpowiedź na to pytanie nie będzie taka oczywista. O tym dowiemy się jednak za kilka miesięcy, kiedy zadebiutuje druga połowa finałowego sezonu.

Advertisement

Kocha kino azjatyckie, szczególnie koreańskie, ale filmami zainteresował się dzięki amerykańskim blockbusterom i ma dla nich specjalne miejsce w swoim sercu. Wierzy, że kicz to najtrudniejsze reżyserskie narzędzie, więc ceni sobie pracę każdego, kto potrafi się nim posługiwać.

Advertisement
Kliknij, żeby skomentować

Zostaw odpowiedź

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *