search
REKLAMA
Cannes 2021

ANNETTE. Zabij tę miłość

Film Caraxa to często zbyt prosta gra, sięgająca po trywialne znaki i czytelne odwołania.

Maciej Niedźwiedzki

7 lipca 2021

REKLAMA

Henry (Adam Driver) to trochę stand-uper, trochę prorok. W jego improwizowanych programach mniej jest żartów, ironii i zgrywy. Więcej żalu, gniewu, rozliczeń i wyładowywania frustracji: wobec życia, wobec widowni, wobec losu. To prędzej naładowane depresyjnym tonem seanse terapeutyczne niż kabaretowy skecz. Ann (Marion Cotillard) to śpiewaczka operowa. Repertuar ma bez wątpienia patetyczny: cierpienie i śmierć to ciągle powracające wątki jej występów. Henry i Ann nadają na podobnych rejestrach, ale zagadką pozostaje, co ich połączyło. Upodobanie destrukcji, turpistyczna poetyka, aktywność artystyczna jako środek do kontrolowania ekstremalnych emocji na pewno ich ze sobą łączą. Choć może nie mieć to żadnego znaczenia i samo fizyczne pożądanie jest fundamentem tego toksycznego związku. Dla wielu jednak sprawiać on też sprawiać wrażenie miłości platonicznej. Reżyser przyjmuje bardzo szeroką skalę. W mniejszym stopniu interesują go stany pośrednie, to zdecydowanie kino skrajności.

Annette Leosa Caraxa jest melodramatem, gwałtownie przeskakującym między kolejnymi etapami relacji Ann i Henry’ego. Pierwsza fascynacja, niechęć i wstręt, dziecko. To, co ich związek umacnia nierozerwalne splata się z tym, co go niszczy. Annette to również baśń dla dorosłych. Tu fatum, tam wodna nimfa, gdzie indziej cuda montażysty czy znaczące rekwizyty (banan, jabłko). Annette jest gatunkowym składakiem, po brzegi wypchanym metaforami, alegoriami, symbolami i wizualnymi wykrzyknikami. Carax wszystko ze sobą miesza, z sensem i bez, zaprasza widza to nieustannej analizy i interpretacji. Czy Ann to biblijna Ewa z Księgi Rodzaju? Czy banan o fallicznym kształcie ma cokolwiek sugerować? Czy dziecko przemienione w drewnianą laleczkę, ma oznaczać jego uprzedmiotowienie? Często ta gra jest zbyt prosta, sięgająca po trywialne znaki i czytelne odwołania. Ma przy tym niestety ambicje dostarczyć katarktycznych przeżyć. Nie wspiera tego odpowiednio ani wyrazista audiowizualna oprawa ani oddane role gwiazdorskiego duetu. Za dużo tutaj banału.

annette

Dekonstrukcja związku idzie w parze z dekonstrukcją gatunku. Otwarcie filmu to triumfalny marsz filmowej ekipy wyśpiewującej: „we may start the film”. Oświetlenie gotowe, jesteśmy tu dla was, weźcie głęboki wdech i się skupcie. Carax od pierwszej klatki wysoko stawia sobie poprzeczkę. Mamy bowiem doświadczyć czegoś niespotykanego. Jako musical Annette jest faktycznie czymś świeżym. W miejsce kwiecistych, lirycznych tekstów o miłości bohaterowie śpiewają „we love each other so much”. Kiedy indziej ambitny pianista wprost deklamuje, że gra na instrumencie to nie wszystko, na co go stać i chciałby zostać dyrygentem. Śpiewane codzienne rozmowy są ciągle ciekawostką i wypadają dużo bardziej przekonująco od rażących w tym aspekcie Nędznikach Toma Hoopera. Tembr i ton głosów Drivera i Cotillard to jedno a specyficzna dla Annette musicalowa formuła to drugie. Z początku jest ona ożywcza, ale z czasem dość wtórna. Carax ciągle korzysta z tych samych mechanizmu: autotematyzmu, tautologii. Za rzadko dostajemy wariacje i zmiany. Nie odmówię skuteczności tej przynęcie, ale traci ona na sile z każdym mijającym kwadransem.

Annette to niespełnione kino o, przepraszam za formułkę, „sile wyobraźni”. Nieskrępowanej, nieograniczonej, dominującej i wszechobecnej. To ona organizuje ten film. Nadaje mu tożsamość, ale też często prowadzi na manowce. Dla bohaterów to główna percepcyjna płaszczyzna: wszystko z ich perspektywy jest przejaskrawione, przebudowane i przearanżowane. Dla Leosa Caraxa z kolei jest ona jedynym twórczym napędem. Brakuje selekcji pomysłów i tematów, nieco większej wybredności. Tabloidowy wątek #metoo, przypominajka o rodzicielskich obowiązkach czy spóźniona o 20 lat refleksja nad masowymi mediami. Naprawdę znajdziecie tu wszystko. Przepych, ale bez dyscypliny. Twórczy chaos, ale bez puent. Filmowa piaskownica, wymagająca uciążliwego grzebania. Bowiem na wierzchu nie leżą zbyt atrakcyjne zabawki.

Maciej Niedźwiedzki

Maciej Niedźwiedzki

Kino potrzebowało sporo czasu, by dać nam swoje największe arcydzieło, czyli Tajemnicę Brokeback Mountain. Na bezludną wyspę zabrałbym jednak ze sobą serię Toy Story. Najwięcej uwagi poświęcam animacjom i festiwalowi w Cannes. Z kinem może równać się tylko jedna sztuka: futbol.

zobacz inne artykuły >>>

REKLAMA