Connect with us

Recenzje

AMERICAN GANGSTER. Ridley Scott w wyśmienitej formie

AMERICAN GANGSTER to opowieść o mafijnym świecie, gdzie honor nie istnieje, a gangsterzy stają w obliczu nowych wyzwań. Ridley Scott w najlepszej formie!

Published

on

AMERICAN GANGSTER. Ridley Scott w wyśmienitej formie

Zdawać by się mogło, iż scenariusze filmowe opowiadające o amerykańskim światku mafijnym nie mają już racji bytu. W znacznej mierze dlatego, że świat „przyzwoitych” gangsterów, którzy ponad pieniądze stawiają sobie honor, jest reliktem przeszłości. Z drugiej strony, czy taki świat kiedykolwiek istniał? Może był wymysłem filmowców zafascynowanych gangsterskimi legendami drugiej połowy ubiegłego wieku? Owa fascynacja zrodziła kilka filmów, które w pewien sposób odmieniły obraz dzisiejszej kinematografii, a już na pewno zawiesiły na wysokim poziomie poprzeczkę tym, którzy odważyliby się mafijny temat kontynuować.

Advertisement

Zwolennicy tego typu klimatów są ludźmi bezlitosnymi, każdy nowo powstały obraz próbują zestawiać z gatunkowymi ikonami, a przede wszystkim z nieśmiertelnym Ojcem chrzestnym F.F. Coppoli. W konfrontacji z filmowym gigantem, obrazem przez wielu uważanym za szczytowe osiągnięcie kina, upada na kolana niemal każdy. Nieliczni są w stanie złożyć mu jedynie ukłon – mowa tu o Chłopcach z ferajny i Kasynie Martina Scorsese, czy też o Człowieku z blizną Briana De Palmy. Niemniej jednak, każdy z wymienionych wyżej tytułów tworzy własną markę, staje się bytem autonomicznym, oryginalnym i niepowtarzalnym. I nieuczciwym byłoby porównywać nowy obraz Ridleya Scotta, wyśmienity American Gangster, z mafijnymi tytanami ubiegłego stulecia.

Stwierdźmy więc na wstępie – tak, czerpie z nich (i nie tylko z nich) wiele, ale czy czerpanie z dobrego źródła w sposób z całą pewnością nie będący jedynie ordynarnym przepisywaniem filmowego skryptu jest czymś złym, czy raczej mądrym i godnym szacunku?

Advertisement

Ameryka lat siedemdziesiątych – Harlem. Umiera jedyny człowiek, który przestrzegał reguł, a w dodatku egzekwował ich przestrzeganie u innych. Na swojego następcę niespodziewanie wyznacza kierowcę limuzyny, osobę, której przekazał wszystko, czego zdołał się nauczyć, osobę, której przeszczepił swój kręgosłup moralny. Frank Lucas mimo wszystko zostaje postawiony w niezwykle ciężkiej sytuacji. Młodzi Afroamerykanie dilujący w jego dzielnicy tylko czekali na śmierć jej wodza. Rozpoczynają walkę o hegemonię i, jak łatwo się domyśleć, nie biorą w niej pod uwagę kierowcy limuzyny.

Frank, nie poddając się terrorowi, postanawia postawić wszystko na jedną kartę. W trakcie jednej ze sławetnych przemów prezydenta Nixona – o narkotykach jako głównym wrogu Ameryki i o problemie narkotykowym wśród amerykańskich żołnierzy w Wietnamie – doznaje olśnienia. Podnosi słuchawkę telefonu i dzwoni do Bangkoku – i wkrótce dobija targu z jednym z największych tajlandzkich donów narkotykowych. Zabiera ze sobą sto kilogramów stuprocentowo czystej heroiny i rozpoczyna handel „błękitnym czarem”, narkotykiem najczystszym i najtańszym na rynku. Niedługo po tym na jego trop wpada jeden z ostatnich nieskorumpowanych gliniarzy w Stanach – Richie Roberts.

Advertisement

Głównym atutem American Gangster jest znakomicie rozpisany scenariusz, będący dziełem Stevena Zailliana – laureata Oskara za Listę Schindlera. Scenarzysta nie jest bynajmniej jedyną osobą w ekipie, która może pochwalić się posiadaniem nagrody Amerykańskiej Akademii Filmowej. Denzel Washington (filmowy Frank) posiada dwie statuetki – za Dzień próby i Chwałę, Russell Crowe (Richie) odebrał jak na razie jedną – za pamiętnego Gladiatora. Utytułowana obsada podjudza tłumy widzów, krytyków zresztą też, do budowania ideologii mówiącej, że Scott stworzył film jedynie pod Oskary. Subiektywnie odpowiadam – jeżeli każdy film tworzony w celu zdobycia jak największej liczby pozłacanych figurek ma wyglądać tak, jak American Gangster, będę bardzo kontent, gdy każdemu twórcy będzie przyświecał podobny cel.

Obraz w dosyć przewrotny sposób odwraca nasz system moralny, przedstawiając policjantów – „symbol karzącej ręki sprawiedliwości”, jako kanalie, których zasady są niepomiernie bardziej zdegradowane od tych, którymi w swoim życiu kieruje się największy potentat narkotykowego biznesu. Frank Lucas paradoksalnie jest przez nas odbierany jako człowiek walczący ze światkiem przestępczym „dba o czystość swojego towaru, brzydzi się skorumpowanymi glinami i dilerami afiszującymi się swoim bogactwem. Ponad wszystko stawia rodzinę, której dobrobyt jest dla niego sprawą kluczową.

Advertisement

Ten „ostatni sprawiedliwy”, detektyw Richie Roberts, to niemalże dokładne przeciwieństwo Lucasa. Niepotrafiący odnaleźć się w roli ojca i męża, niestroniący od przygodnych znajomości z pięknymi damami i notorycznie zdradzający własną żonę, dopiero wraz z rozwojem akcji filmu zaczyna zasługiwać na szacunek widza. Przypomnijmy, że jest to najuczciwszy z przedstawionych policjantów – inni, prócz wymienionych wyżej uciech, zarabiają na łapówkach pobieranych od mafijnych rodzin i na kradzieży skonfiskowanych nieoznaczonych banknotów. Ich dzień polega zaś na krążeniu po mieście w sportowym samochodzie, sianiu postrachu i szukaniu sposobu na znalezienie nowego źródła dochodu.

Policja tworzy własną mafię, własny światek przestępczy, jeszcze bardziej okrutny, a już z całą pewnością totalnie pozbawiony zasad, którymi kieruje się wspominany na wstępie „przyzwoity gangster w starym stylu. Gangster, który mimo posiadania swojego starannie pielęgnowanego kręgosłupa moralnego, powoduje śmierć milionów ludzi, w większości dzieciaków, którzy umierają w ciemnych uliczkach na skutek zażycia zbyt dużej dawki „błękitnego czaru. Stawia więc American Gangster pytanie o to, kto zasługuje na większy szacunek, kto jest bohaterem pozytywnym. Boss mafii, który pośrednio morduje miliony, czy stróże prawa – raz skorumpowani, innym razem łamiący wpajane nam od dziecka zasady dobrego postępowania.

Advertisement

Opisane antagonizmy prowadzą do nieuniknionego pojedynku aktorskiego pomiędzy Denzelem Washingtonem a Russellem Crowe. Konfrontację ciężko rozstrzygnąć jednoznacznie na korzyść któregoś z kandydatów. Frank Lucas jest w swoim moralnym konserwatyzmie osobą niezwykle przekonującą – ograniczona ekspresyjność Washingtona doskonale oddaje charakter odgrywanej przez niego postaci. Crowe ze swoją nieporadnością życiową, ciągłym szukaniem odpowiedniego miejsca w świecie, nie pozostaje Denzelowi dłużny. Na zwycięzcę typuję jednak Washingtona, który mimo wszystko jest w American Gangster osobą o większej charyzmie – może ze względu na kunszt aktorski, może chodzi tu o bohatera, którego maskę przyszło mu nałożyć.

Początek roku 2008 okazuje się być dla nas łaskawy. Pan Scott powraca na ekrany polskich kin w doprawdy doskonałej kondycji. Miejmy nadzieję, że kolejne premiery bieżącego roku będą w stanie konkurować z filmem o mafijnych konszachtach. Na zakończenie pragnąłbym postawić pewne pytanie – ciekawe, czy Frank Lucas był na premierze Ojca chrzestnego? W końcu miała ona miejsce u szczytu jego gangsterskiej kariery.

Advertisement

Tekst z archiwum film.org.pl (02.02.2008).

Advertisement
Advertisement
Kliknij, żeby skomentować

Zostaw odpowiedź

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *