Connect with us

Plebiscyt

NAJLEPSZE FILMY 2018 ROKU według CZYTELNIKÓW film.org.pl

W NAJLEPSZYCH FILMACH 2018 ROKU znajdziesz zaskakujące wybory czytelników, wśród których króluje piękna animacja WES ANDERSONA.

Published

on

NAJLEPSZE FILMY 2018 ROKU według CZYTELNIKÓW film.org.pl

W tym roku po raz pierwszy do przyznania naszych tradycyjnych nagród redakcyjnych zaprosiliśmy również was. To wy w głosowaniu zdecydowaliście, który film otrzyma Złotego Kraba czytelników. To było bardzo przekonywające zwycięstwo – tytuł z miejsca pierwszego zdobył niemal dwa razy więcej punktów niż miejsce drugie. Prawdziwy nokaut. W dalszej części rankingu różnice były już jednak znacznie mniejsze – trzeba przyznać, że dwudziestka waszych ulubionych filmów A.D. 2018 prezentuje się naprawdę okazale, jest ciekawa i różnorodna. Oto wasz wybór:

Advertisement

20.

Wyspa psów

Wesowi Andersonowi po raz kolejny udało się stworzyć urzekający wizualnie spektakl. W swoim filmie ukazał Japonię opisaną w krótkich i treściwych wersetach haiku oraz namalowaną japońskim pędzlem. Monumentalna poklatkowa animacja, nasycona kolorystyka i dbałość o najmniejszy szczegół nadały filmowi niepowtarzalny, surowy, ale i zjawiskowy charakter. W tym również klimatyczna, nadająca rytm ścieżka dźwiękowa Alexandre’a Desplata oraz prosta, ale wciąż urzekająca historia odrzuconych psiaków stały się cennymi akcentami w podróży w nieposkromiony świat wyobraźni Wesa Andersona. Świat, który oddaje hołd wiernym czworonożnym przyjaciołom człowieka. Bo czyż angielski tytuł Isle of Dogs nie brzmi trochę jak „I love dogs”? [Maja Budka, fragment recenzji]

19.

Anihilacja

Anihilacja dla jednego będzie wspaniałym dziełem prowokującym liczne refleksje, a dla innego chaotycznym filmem o niczym. Fani klasycznego science fiction powinni jednak czuć się dopieszczeni zarówno przedstawianymi motywami, jak i fascynującą wizją Strefy. Reżyser wykreował rzeczywistość intrygującą pomysłem i zachwycającą obrazem – wielka szkoda, że nie dysponował większym budżetem, dzięki któremu udałoby się uniknąć pewnej wizualnej umowności. Jednakże nawet pomimo ograniczonych środków Alex Garland potrafi zaimponować prawdziwie wizjonerską inscenizacją. Po premierze Anihilacji staje się zupełnie jasne, że powoli wyrasta nam mistrz gatunku, który nie pozwoli zginąć poważnemu science fiction w morzu kasowych blockbusterów. [Mikołaj Lewalski, fragment recenzji]

Advertisement

18.

Lady Bird

Lady Bird to historia pełna uroku, miejscami lekka jak motyl, momentami ciężka zaś niczym los rodziny McPhersonów. Greta Gerwig triumfuje jako narratorka, ale dzięki aktorskiemu zapleczu znakomicie prowadzi swoje bohaterki. Bohaterki, zaznaczam, bo Lady Bird to film bardzo kobiecy: z jednej strony delikatny, wrażliwy, a z drugiej potrafiący zaskoczyć ciętą ripostą. Kino potrzebuje takich twórców, a widzowie potrzebują takich filmów: bystrych i niepowtarzalnych. [Dawid Myśliwiec, fragment recenzji]

17.

Narodziny gwiazdy

Reżyserski debiut Bradleya Coopera, który zdecydował się nie tylko zagrać jedną z głównych ról, ale także sam wykonał utwory, to kino hollywoodzkie pierwszej klasy. Być może nie pasuje do festiwalowych realiów, ale raczej na pewno sprawdzi się na repertuarowych seansach jako poruszająca historia o blaskach i cieniach sławy oraz miłości. Dzięki angażowi Lady Gagi ma szansę namieszać także na światowych listach przebojów. [Karolina Dzieniszewska, fragment recenzji]

Advertisement

16.

Mission: Impossible – Fallout

Trudno będzie przebić tę część. Fallout imponuje akcją, realizacją oraz ciągłym podbijaniem stawki – kiedy myślisz już, że bohaterowie osiągnęli swój cel, nagle okazuje się, że muszą zrobić coś jeszcze, ryzykując jeszcze bardziej. Widmo atomowej zagłady obecne jest od początku seansu przy jednoczesnej świadomości, że oglądamy film rozrywkowy najwyższej próby. Ale kino przyzwyczaiło nas już do przekraczania granic, ustanowienia nowych. Cykl ten zaś doszedł do granicy własnej wytrzymałości, czyniąc ze swojego głównego bohatera kogoś więcej niż człowieka. Można się kłócić, czy już poprzednie części tego nie sugerowały, ale Cruise i McQuarrie stawiają kropkę nad i. Nie będzie misji bardziej niemożliwej nad tę nową. [Krzysztof Walecki, fragment recenzji]

15.

Spider-Man Uniwersum

Strzałem w dziesiątkę są zarówno głosy, którymi aktorzy obdarowali tę produkcję (kto wiedział, że pojawia się tutaj Liev Schreiber czy mistrz cringe’u, sam wielki i niepowtarzalny Nicolas Cage, no kto?), jak i ścieżka dźwiękowa. Motywy muzyczne oraz wykorzystane utwory, czyli trochę rapu, trochę indie-rocka, trochę elektroniki, zdają się nawiązywać do każdej epoki z popkulturowej obecności Spider-Mana. (…) Siłą tej produkcji są wybory producenckie – niecyniczne, nietrzymające reżyserów oraz scenarzystów na smyczy, a przede wszystkim wyróżniające się tonem oraz wyglądem.

Advertisement

To trochę tak, jakby Sony postanowiło wykorzystać poprzez animację wszystkie pomysły, na które czekaliśmy po kontynuacjach aktorskich wersji, ale nigdy z różnych przyczyn nie doszły do skutku. Zaskoczenie roku? Na razie największego kalibru. [Jakub Koisz, fragment recenzji]

14.

Disaster Artist

O tym filmie było głośno, jeszcze zanim na planie zdjęciowym padł pierwszy klaps. Nie ze względu na postać reżysera i odtwórcy głównej roli w jednej osobie – James Franco realizuje takie ilości projektów, że już chyba nikt za nim nie nadąża – ale na głównego bohatera The Disaster Artist. Tommy Wiseau, autor jednego z największych popkulturowych fenomenów XXI wieku, to postać ze wszech miar nietuzinkowa. Trudno oczywiście uznać go za filmowego geniusza, ale swoją charyzmą i determinacją bezapelacyjnie zasłużył, by ktoś tak utalentowany jak bracia Franco przyjrzał się procesowi powstawania opus magnum Tommy’ego Wiseau, niesławnego The Room.

Advertisement

Siła filmu Franco nie tkwi w jego świeżości czy rewolucyjności – to w gruncie rzeczy bardzo zwyczajnie opowiedziane, niespecjalnie rewolucyjne kino – lecz w brawurowym odtworzeniu pasji, jaka towarzyszyła powstawaniu The Room. Jakkolwiek nieudany był bowiem debiut Tommy’ego Wiseau i jego przyjaciela Grega Sestero, jego powstawaniu towarzyszyła taka sama magia jak u Charliego Chaplina czy Eda Wooda. [Dawid Myśliwiec, fragment recenzji]

13.

Ciche miejsce

Seans Cichego miejsca będzie cudownie ożywczym doświadczeniem, nie tylko dla fanów horroru. Oto film, który swą siłę znajduje w prostocie punktu wyjścia, ale również samego procesu opowiadania, logicznego przebiegu wydarzeń. W rękach Johna Krasinskiego, znanego do tej pory głównie z komedii – zarówno jako aktor (Jim z amerykańskiej wersji Biura), jak i reżyser (Hollarsowie) – strach jest czymś naturalnym, konsekwentnym, pierwotnym, od którego nie ma ucieczki. Jest pewną stałą dla bohaterów, bezpowrotnie związaną ze zmysłem słuchu, i na czas trwania seansu również widzowie utożsamią jedno z drugim, wzdrygając się na fotelu za każdym razem, gdy coś usłyszą. [Krzysztof Walecki, fragment recenzji]

Advertisement

12.

Deadpool 2

Deadpool 2 może nie bije na głowę Avengers: Wojna bez granic, ale z pewnością oferuje bardziej niekonwencjonalne podejście do tematyki. To przepełnione czarnym humorem i bezwstydną zgrywą widowisko na mniejszą skalę niż zwykle. Paradoksalnie, dzięki temu ostatniemu pojedyncze walki i strzelaniny nierzadko imponują bardziej niż sceny masowej destrukcji w innych produkcjach (podejrzewam, że to głównie zasługa reżysera mającego na koncie Johna Wicka Atomic Blonde).

Oczywiście znajdzie się tu kilka wad – niektóre żarty nie są tak błyskotliwe, jak wydawało się scenarzystom, CGI bywa bardzo nierówne (fatalny Juggernaut!), a całość miejscami czerpie zbyt wiele z pierwowzoru. Jeśli jednak musiałem dłużej się zastanowić, żeby przypomnieć sobie problemy filmu (oprócz tego przeklętego Juggernauta), to chyba nie warto sobie zawracać nimi głowy, prawda? Warto natomiast mieć na uwadze, że wiele z seansu straci widz, który nie orientuje się w realiach współczesnej popkultury i kina komiksowego – to właśnie ta znajomość jest gwarantem przedniej zabawy. [Mikołaj Lewalski, fragment recenzji]

Advertisement

11.

Bohemian Rhapsody

Fani Freddy’ego Mercury’ego i Queen długo musieli czekać na ten film. Ale chyba dobrze się stało, że powstał dopiero teraz. Inaczej Rami Malek nie miałby szans wcielić się w główną rolę, a okazał się on idealnym ekranowym wcieleniem Mercury’ego. Bohemian Rhapsody być może nie jest bezbłędną produkcją, ale zapomina się o tym dzięki nieśmiertelnym piosenkom Queen oraz właśnie kreacji Maleka. Jest to występ uczciwy i wiarygodny – a grając tak charakterystyczną postać, przecież łatwo o karykaturę. Choć część widzów podkreśla, że film mija się z prawdą, jego największe zalety wychodzą poza gatunek hollywoodzkiej biografii. [Karol Barzowski]

10.

Pierwszy człowiek

Damien Chazelle wyrasta na prawdziwie wybitnego reżysera. Whiplash La La Land pokazały, że doskonale rozumie on każdy aspekt tworzenia filmu – od angażującego i błyskotliwego scenariusza, przez doskonałą warstwę audiowizualną, aż po wybitne popisy aktorskich umiejętności. Chazelle czuje rytm, wyprawia cuda z montażem, ma oko do kadrów i wrażliwość do przejmujących historii. Pierwszy człowiek początkowo wydawał się dość nietypowym wyborem dla autora przebojowego La La Land.

Advertisement

Odejście od tematu muzyki? Film biograficzny według cudzego scenariusza? Poniekąd całkiem słusznie obawiano się, że tak obiecujący reżyser będzie marnować czas na historyczne laurki. Po premierze filmu staje się jednak jasne, że to nie zamiłowanie do muzyki jest wspólnym mianownikiem dzieł Chazelle’a. Stanowią go odważne podążanie za marzeniami i związana z tym samotność. Bohaterami tych obrazów są osoby pełne pasji i oddania – marzyciele naznaczeni wewnętrznymi demonami. Zamiast banalnej laurki dostaliśmy zaś najlepszy film roku. Przynajmniej w mojej opinii. [Mikołaj Lewalski, fragment artykułu]

9.

Dziedzictwo. Hereditary

Dziedzictwie za potwora nie robi ani duch babci, ani tajemnicza dziewczynka. Potwory są u Astera dwa. Pierwszym jest sama narracja, za pomocą której reżyser z premedytacją i upiorną złośliwością uniemożliwia nam złapanie się czegokolwiek, co byłoby znane i oswojone. Im dalej w film, tym więcej tu narracyjnego obłędu. Jeśli początkowo rzeczywistość i wyobrażenia bohaterów są od siebie oddzielone, to pod koniec wszystko miesza się w jednym piekielnym garze – cięcia montażowe przenoszą nas z nocy w dzień lub z budowanej przez Annie makiety do rzeczywistości.  Sposób opowiadania historii przyjmuje w Dziedzictwie formę wiru, który wciąga wszystko w piekielną otchłań.

Advertisement

Drugim potworem jest rodzina. To o tyle przewrotne, że w większości współczesnych amerykańskich horrorów właśnie rodzina jest źródłem pocieszenia, a jej konsolidacja pozwala na pokonanie zła. U Astera narracyjne przewrotki łączą się natomiast z przerażającą sztafetą – matka przekazuje fabularną pałeczkę córce, córka synowi itd. Każdy akt filmu ma innego bohatera, ale postaci nigdy nie działają razem, funkcjonują obok siebie, tworzą rodzinę skrajnie dysfunkcyjną, pozbawioną rdzenia, a co za tym idzie – szans. [Grzegorz Fortuna, fragment recenzji]

8.

Kler

Kler jest zupełnie inny, niż to sugerował zwiastun. To jest też film absolutnie niepotwierdzający obaw wszystkich tych protestujących, zakazujących, obawiających się, wymodlonych. Pomimo skupienia na oczywistych patologiach, o których wszyscy wiedzą, celem Smarzowskiego nie jest uderzenie w kościół/Kościół/wiarę/katolicyzm/dogmaty, ale skupienie na zwyczajnych ludzkich słabościach, od których noszenie koloratki nie ratuje. W początkowo czarno-biały sposób przedstawienia postaci szybko wlewane są szarość, niejednoznaczność, a co za tym idzie, wiarygodność i zrozumienie, dlaczego są, jacy są.

Advertisement

Nie jest to oczywiście usprawiedliwienie, bo szczególnie trudno akceptować zło w tych, którzy uczą innych, jak ze złem walczyć, ale Kler jest bardzo humanistycznym filmem w podejściu do ludzi, których przedstawia. Tak, jest zrobiony „pod tezę” i nie jest dokumentalnym przedstawieniem rzeczywistości. Jest po prostu dramatem o grzechach pojedynczych ludzi, wytknięciem bezdyskusyjnych niegodziwości i czymś w rodzaju społecznej akcji, która ma wywołać reakcję. To zdrowe podejście, oczyszczające i nieoczywiste – powinno być szczególnie wartościowe dla tych, którzy są wewnątrz Kościoła. [Rafał Oświeciński]

7.

Roma

Romie nawet rozwieszone na dachu białe pranie nabiera znaczeń i nasącza film metafizyką. Bezpretensjonalną, bo fabularnie uzasadnioną, a wizualnie podkreśloną jakby przy okazji. Konotuje ono ze spokojem ducha, który Cleo musi kilkukrotnie zachować, ale również wyraża czystość jej sumienia i czystość jej czynów.

Advertisement

Najmocniej poruszył mnie w Romie jeden niezwykle efemeryczny moment. Znając jednak perfekcjonizm meksykańskiego reżysera, scena ta musiała byś wymierzona co do milimetra. Zdezorientowana Cleo wychodzi z kina, rozgląda się za swoim partnerem, który niespodziewanie gdzieś uciekł. Przed kinem tłoczą się widzowie, sprzedawcy eksponują swoje towary, wrzask i ścisk. Miejskie godziny szczytu. Cleo szuka wśród tłumu Fermína. W końcu, zrezygnowana, przysiada na schodach.

To moment przejścia. Rozpoczyna się nowy rozdział w jej życiu. Wtedy zza kadru, dokładnie przed zamyśloną bohaterką, przelatują bańki mydlane. Cuarón chwyta okiem kamery ulotność i tragizm chwili. Filmowa magia w stanie czystym. Wirtuozeria Romy zamknięta w jednym ujęciu. [Maciej Niedźwiedzki, fragment felietonu]

Advertisement

6.

Jestem najlepsza. Ja, Tonya

Historia słynnej niegdyś łyżwiarki to kawał niesamowitej biografii: z despotyczną matką, niestabilnym emocjonalnie mężem, samozwańczym i wątpliwej jakości ochroniarzem, a przede wszystkim ogromnym talentem, który napędzał życie Harding od trzeciego roku życia aż do nieszczęśliwego zakończenia pewnej kryminalnej historii, w którą uwikłali ją mąż i jego kumpel, ochroniarz-mitoman. Przede wszystkim jednak Ja, Tonya to opowieść o kobiecie, którą wykorzystywano od najmłodszych lat, której kariera służyła spełnianiu ambicji innych ludzi – ludzi, przez których potem owa kariera się załamała.

Harding, gdyby nie pochodzenie i otaczający ją toksyczni ludzie, mogła stać się prawdziwą legendą. Nie taką, która przeszła do historii za sprawą jednego osiągnięcia – wykonania potrójnego aksla jako pierwsza Amerykanka i zaledwie druga kobieta w historii – ale taką, która seryjnie zdobywa medale, przełamuje bariery i bije rekordy. O tym, co powstrzymało Tonyę przed wielkością, opowiada właśnie film Craiga Gillespiego. [Dawid Myśliwiec, fragment recenzji]

Advertisement

5.

Nić widmo

Anderson kompleksowo buduje psychologiczny portret Woodcocka, w totalny sposób oddając jego charakter. Reżysera zajmują przyziemne sprawy, jak choćby odgłos obieranego jajka. Dźwięk rozprasza i nie pozwala pracować głównemu bohaterowi. W innych przypadkach mierzymy się z sytuacjami znacznie większego dramatycznego kalibru: tajnymi rozmowami z siostrą Cyril (ich dwuznaczne dialogi, wzmocnione grą spojrzeń, nadają tej relacji intrygujący podtekst) czy małżeńskim kryzysem. Każdy z tych planów dodaje nowy odcień w wizerunku Woodcocka – pedanta, pasjonata i perfekcjonisty, bardzo poważnie traktującego siebie i swoją pracę, nadającego jej wręcz metafizyczny wymiar.

Bohaterowie Andersona definiowani są nie tyle przez momenty przełomowe, ile szczegóły, detale i drobne gesty. W dużej mierze to one świadczą o strukturalnej wielkości Nici widmo. [Maciej Niedźwiedzki, fragment recenzji]

Advertisement

4.

Zimna wojna

Pawlikowski maluje w swoim filmie nostalgiczny obraz tragicznej, toksycznej miłości. Obsesji i uzależnienia, które uparcie sprawiają, że po każdym rozstaniu Wiktora i Zuli ich ścieżki ponownie muszą się skrzyżować. Film przedstawia burzliwy związek bohaterów na przestrzeni 15 lat. Przez zrządzenia losu kochankom nie dane jest doświadczyć stopniowo dojrzewającego uczucia, powolnie rodzącej się namiętności. Reżyser zatem pozwala sobie na skondensowanie historii, ukazując jedynie wybrane, przełomowe etapy ich związku. Śledzimy ich zatem żyjących w polskiej, szarej rzeczywistości, występujących w Berlinie w szeregach polskiego Mazurka czy, już dojrzalszych, brylujących na salonach w Paryżu.

Pawlikowski ucina sekwencje nagle i bez wyjaśniania, dzięki czemu film działa na zasadzie ciągłych niedopowiedzeń. To od widza zależy, jakim spoiwem połączy owe sceny. Dzięki tej narracji możemy zaobserwować, jak związek kochanków rozwija się w różnych okolicznościach – historycznych, obyczajowych, jak zmieniają się w końcu sami bohaterowie. Jedynie ich upór i temperament wydają się nienaruszone, co złowróżbnie wisi nad ich związkiem. [Maja Budka, fragment recenzji]

Advertisement

3.

Tamte dni, tamte noce

Włoska prowincja u Guadagnino to miejsce, w którym niejedno z nas chciałoby spędzić swe wakacje. To słońce jest najlepszym przyjacielem człowieka, a niespiesznie płynący czas równie przyjemnie spędza się na jeździe na rowerze, co lekturze klasycznych filozofów. Ten prowincjonalny pejzaż jest tyleż romantyczny, co nierealny – istnieje tylko przez chwilę, dopóty, dopóki trwa szczęśliwe uczucie Elio i Olivera. Gdy przychodzi czas rozstania, Tamte dni, tamte noce z miejsca stają się filmem chłodniejszym, bardziej rzeczywistym. A gdy wydaje nam się, że po zniknięciu Hammera z ekranu już nic lepszego w filmie Guadagnino się nie wydarzy, ojciec głównego bohatera daje nam jeden z najpiękniejszych monologów w historii kina, a już na pewno najwspanialszy wśród monologów ojcowskich.

Finalna sekwencja Tamtych dni, tamtych nocy różni się od zakończenia powieści, ale ma też inną rolę – ma być ostatecznym wejściem Elio w dorosłość i gorzkim podsumowaniem całego roku w życiu nastolatka. Gdy w końcowym ujęciu Timothée Chalamet patrzy prosto w kamerę, wiemy już, że bohater tej znakomitej opowieści wraz z odejściem Olivera utracił także swą niewinność. [Dawid Myśliwiec, fragment recenzji]

Advertisement

2.

Avengers: Wojna bez granic

Nie ukrywam, że jestem miłośnikiem Kinowego Uniwersum Marvela, wobec czego na Wojnę bez granic czekałem z niecierpliwością i niepokojem. Balonik oczekiwań miał przed seansem rozmiar niebotyczny i gdyby pękł, to huk niósłby się jeszcze długi czas. Na szczęście nic takiego się nie wydarzyło. Wojna bez granic to opus magnum MCU, emocjonalna bomba, znakomita przygoda i kombinacja wszystkiego, co najlepsze w filmach z tej serii. Wspaniałe doświadczenie. [Łukasz Budnik]

1.

Trzy billboardy za Ebbing, Missouri

McDonagh znakomicie balansuje pomiędzy poważnymi i komediowymi elementamiz powodzeniem unikając pastiszowości. Dzięki temu film ogląda się z ogromnym zainteresowaniem i choć wiele scen mogłoby funkcjonować jako samodzielne skecze, wszystkie ujęcia niosą znaczenie, a z pozoru błaha wypowiedź okazuje się mieć niebagatelne znaczenie dla tożsamości bohatera. Działania Mildred nastawione są w dużej mierze na prowokację i destrukcję, ale przyświecający jej cel zdaje się uświęcać wszystkie środki. Niczym samotny mściciel bohaterka brawurowo kreowana przez McDormand walczy z systemem, stając się uosobieniem przekonania, że sprawiedliwość to najwyższa wartość. Jej niezłomna postawa wpłynie zresztą na niemal każdą postać w Trzech billboardach…, doprowadzając do całkiem zaskakujących przemian.

Advertisement

W filmie Martina McDonagha nie ma ani jednej fałszywej nuty. Jeśli istnieje gdzieś perfekcyjne dzieło filmowe, Trzy billboardy za Ebbing, Missouri mogłoby nim być. Ogląda się je tak, jak czyta się genialną powieść – od deski do deski, chłonąc każdy moment tego wyjątkowego doświadczenia. [Dawid Myśliwiec, fragment recenzji]

Trzy billboardy… po mistrzowsku grają na emocjach. Wciągają w stu procentach, pochłaniają i angażują. Śmiejemy się z sytuacyjnych żartów, z zabawnych wypowiedzi, sekundę później płaczemy z bezsilności i żalu. Wzdrygamy się z odrazą, współczujemy, wściekamy się. Niemal instynktownie sięgamy po dłoń kogoś, kogo kochamy, żeby poczuć, że jest blisko, jak bardzo go potrzebujemy i jak bardzo chcielibyśmy chronić przed wszystkim, co złe. Aż tak mocno identyfikujemy się z kalejdoskopem uczuć przewijających się na ekranie. [Karolina Chymkowska, fragment artykułu]

Advertisement

Już wcześniej było wiadomo, że Martin McDonagh ma wyjątkową umiejętność łączenia pozornie nieprzystających estetyk, prowadzenia aktorów i wkładania w ich usta ciętych i celnych dialogów oraz tworzenia niezwykle udanej groteski. Trzy billboardy… to jak dotąd jego najdoskonalsze dzieło, z wyważonymi proporcjami śmiertelnej powagi i czarnego humoru, wyrazistymi postaciami i atmosferą prowincji środkowych Stanów Zjednoczonych na pograniczu przerysowania i absurdów realizmu. W filmie McDonagha wszystkie elementy są dobrane niezwykle starannie i precyzyjnie ułożone na swoich miejscach. [Dawid Konieczka, fragment zestawienia]

Advertisement

film.org.pl - strona dla pasjonatów kina tworzona z miłości do filmu. Recenzje, artykuły, zestawienia, rankingi, felietony, biografie, newsy. Kino klasy Z, lata osiemdziesiąte, VHS, efekty specjalne, klasyki i seriale.

Advertisement
Kliknij, żeby skomentować

Zostaw odpowiedź

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *