nowości kinowe

SPIDER-MAN UNIWERSUM. W sieci wielu światów i kilku Spider-Manów

Siłą tej produkcji są właśnie wybory producenckie – niecyniczne, nietrzymające reżyserów oraz scenarzystów na smyczy, a przede wszystkim wyróźniające się tonem oraz wyglądem.

Autor: Jakub Koisz
opublikowano

W sieci wielu światów i kilku Spider-Manów

Nietypowa jak na współczesne standardy w animacjach liczba klatek na sekundę, oczotrzepne kolory i kuriozalny pomysł na fabułę… Jeśliby kierować się wyłącznie zwiastunem oglądanym jednym okiem, można popełnić błąd i uznać Spider-Mana: Uniwersum za niegodne uwagi odcinanie kuponów od popularnej marki. I popełnić przy tym ogromny błąd, przegapiając najlepszą tegoroczną animację, którą fani opowieści superbohaterskich wkrótce pokochają całym swoim serduszkiem. Tym, które ostatnio przysypiało nieco na podobnych produkcjach.

Zaczyna się to tak: jest sobie wiele światów, wiele Nowych Jorków i równie dużo Brooklynów. Bo nieskończenie wiele. W jednym z nich żyje Miles Morales, nastolatek, który otrzymuje supermoce, dokładnie takie same jak przed laty Peter Parker, też żyjący w NY. Mamy więc nie jednego Człowieka Pająka, ale dwóch. Gdy Parker zostaje wyłączony z gry, Morales musi wbić się w czerwone wdzianko i pobujać między wieżowcami jako nowy obrońca uciśnionych. Nie będzie w tym osamotniony, ponieważ z innego wymiaru przybywają inni spider-ludzie, a dokładna ich liczba to cztery. Jednym z nich jest Peter Parker, który przekroczył już czterdziestkę (i bardzo przypomina wersję, w którą przed laty wcielił się Tobey Maguire) i z miejsca staje się mentorem dla czarnoskórego dzieciaka. Dopóki maszyna do przechodzenia między wymiarami jest w rękach potężnego bogacza, czyli Kingpina, nikt w tym multiwersum nie jest bezpieczny. Jeden pajączek, w dodatku jeszcze świeżak, to za mało, aby pójść na bary z paradoksami fizyki kwantowej. Pięciu to też wciąż mało, aby okiełznać ten fantastyczny koncept, ale chłopaki i dziewczyny przynajmniej się starają.

A to wszystko wygląda w tej animacji utrzymanej w klimacie street artu obłędnie. Największym jej plusem są bowiem sceny akcji, design postaci, a także wizualna kreatywność rysowników oraz reżyserów. Wprawdzie oko nieco długo przyzwyczaja się do mniejszej liczby klatek niż zazwyczaj w kreskówkach, ale gdy wchodzą naprawdę widowiskowe sceny rozgrywające się przy zderzaczu cząsteczek, Spider-Man: Uniwersum iskrzy od cudowności, przy której warto zatrzymać spojrzenie nieco dłużej, a specyficzny frame-rate to umożliwia. Animacja zresztą jest spójna z propozycją scenariuszową. Styl Phila Lorda (tym razem jego kompan Chris Miller zasiadł w gronie producenckim) nazywany jest kontrolowanym chaosem i choć brzmi to jak oksymoron – idealnie oddaje narracyjną gonitwę, która choć wypełniona jest dialogami i zwrotami akcji, ani razu się nie rozsypuje od nadmiaru atrakcji. Wprawdzie obraz został wyreżyserowany przez kogoś innego, m.in. Rodneya Rothmana, ale to właśnie przyprawy scenarzysty czuć w tej pożywnej zupce najwyraźniej.

Twórcy wzbijają się na wyżyny kreatywności szczególnie wtedy, gdy próbują na szybko wyjaśnić widzowi reguły rządzące tymi światami, a jednocześnie nie tracąc przy tym chęci do zabaw narracyjnych korespondujących z medium opowieści graficznych. Nawet jeśli ocierają się o psychodelię, jest ona przejrzysta i przypomina odcinki serialu animowanego Rick i Morty. Na dokładkę mamy bardzo zgodne z duchem komiksowego oryginału postacie, więc finalnie wychodzi projekt, który nie jest w stanie rozczarować ani fanów uniwersum Marvela, ani tych, którzy do tego wieloświata pajęczego weszli przez przypadek. Produkcja bowiem nawet przez chwilę nie wstydzi się komikoswego rodowodu, zachowując przy tym zarówno powagę, jak i lekkość wszystkich poznanych dotychczas wersji Spider-mana.

Strzałem w dziesiątkę są zarówno głosy, którymi aktorzy obdarowali tę produkcję (kto wiedział, że pojawia się tutaj Liev Schreiber czy mistrz cringe’u, sam wielki i niepowtarzalny Nicolas Cage, no kto?), jak i ścieżka dźwiękowa. Motywy muzyczne oraz wykorzystane utwory, czyli trochę rapu, trochę indie-rocka, trochę elektroniki, zdają się nawiązywać do każdej epoki z popkulturowej obecności Spider-Mana. Pozostaje więc jeszcze pytanie, jak poradzą sobie aktorzy w polskiej wersji językowej, ale na odpowiedź musimy poczekać do drugiej połowy grudnia. W tej, która została pokazana dziennikarzom, wszystko jest zapięte na ostatni guzik. Siłą tej produkcji są właśnie wybory producenckie – niecyniczne, nietrzymające reżyserów oraz scenarzystów na smyczy, a przede wszystkim wyróżniające się tonem oraz wyglądem. To trochę tak, jakby Sony postanowiło wykorzystać poprzez animację wszystkie pomysły, na które czekaliśmy po kontynuacjach aktorskich wersji, ale nigdy z różnych przyczyn nie doszły do skutku. Zaskoczenie roku? Na razie największego kalibru.

Ostatnio dodane