Connect with us

Felietony - Cykle

Spowiedź łódzkiego antychrysta, czyli jak ZABIĆ (TO) I WYJECHAĆ Z TEGO MIASTA

W ZABIĆ (TO) I WYJECHAĆ Z TEGO MIASTA przenikniemy do mrocznego świata Łodzi, gdzie życie to tylko cień śmierci, a dusze błąkają się w martwym mieście.

Published

on

Spowiedź łódzkiego antychrysta, czyli jak ZABIĆ (TO) I WYJECHAĆ Z TEGO MIASTA

Tramwaj jadący przez zapadniętą Łódź wygląda jak karoca wioząca drewnianą trumnę na cmentarz. Konduktor, zapewne już od dawna wstawiony, okazuje się biedniejszą wersją biblijnej kostuchy. Nie znajdziemy tu natomiast ciała, które kilka dni wcześniej wydało z siebie ostatnie tchnienie. A jednak tarmoszące wewnętrznie uczucie podpowiada nam, że wokół unosi się przeszywająca nozdrza stęchlizna. Kiedy otworzymy oczy, ujrzymy nie ciało, a ciała, te fizyczne powłoki, które nie leżą jak oszpecony umarlak w trumnie, a siedzą na swoich kilkunastoletnich, rozklekotanych siedzeniach.

Advertisement

Skąd zatem ten zapach? Gnuśność ogarnęła łódzki kondukt śmierci, a my, widzowie, z bezradnością przymykamy oczy. W końcu Mariusz Wilczyński postawił nas przed faktem dokonanym – to miasto nie żyje od dawna.

To Miasto

Advertisement

To nie są ludzie, a nieżywe dusze patrzące pustym wzrokiem przed siebie, zaprogramowane, by przez większość swojego żywota trzymać się tego samego schematu, a następnie umrzeć śmiercią (nie)naturalną. Zwieńczenie żywota następuje gdzieś bliżej czterdziestki. Rachunki, kredyty, zdrady, alkohol, niedzielna msza, płaczące dziecko, choroba matki – brzmi jak gra w bingo, tutaj każda odpowiedź wiąże się z otrzymaniem małego fragmentu kostuchy. Pasażerowie tego tramwaju są personifikacją Faulknerowskiej Addie Bundren – mało kto potrafi prowadzić strumień świadomości, od dawna nie żyjąc.

Ba, mało kto potrafi codziennie wchodzić do tego podniszczonego wagonu, płacić konduktorowi, siadać na krześle, nie poddawać się jakimkolwiek myślom, prawdzie, marzeniom, refleksjom, tylko dzień w dzień machinalnie wykonywać te same tłamszące czynności. Trzeba dwojga, żeby zrobić człowieka, starczy jedno, żeby umrzeć. Tak oto świat się skończy. Jakby podświadomie wzywali kogoś, kto uświadomi im, że może jeszcze nie wszystko stracone.

Advertisement

Zewnętrzna perspektywa rozszerzy naszą percepcję na wydarzenia, które aktualnie mają miejsce. W pustym wzroku konduktora odnajdziemy wyraz twarzy samego Charona. Każde dwa złote zapłacone za przejazd prawdopodobnie mają równowartość jednego obola. Chociaż to nie rodzina, a państwo, niby z przyjemnością, aczkolwiek, koniec końców, łaskawie w tego obola tych wszystkich „bohaterów” Wilczyńskiego zaopatrza. I ten tramwaj to coś w rodzaju zamkniętej łodzi, zaś podniszczone, jakby podtopione tory stają się polskim odzwierciedleniem Acheronu.

Kompletnie nie możemy przyzwyczaić się do tego widoku, a przecież ci ludzie – nie, to już nie są i nigdy nie będą ludzie – nauczyli się tego obskurnego obrazka na pamięć. I słyszą, jak ktoś na dachu bloku, obok neonu z napisem „Sexshop 24/7”, mruczy pod nosem:

Advertisement

Boże Wszechmogący, w Trójcy Jedyny, ześlij deszcz. Boże Wszechmogący, ześlij deszcz, potężny deszcz, deszcz jak bombardowanie. Ześlij deszcz i zatop to miasto. Zrób to szybko, zanim ktokolwiek zdąży zareagować. Niech woda wyleje się ze Styksu, niech rozleje się po obu brzegach. Wysłuchaj mnie, Boże Przenajświętszy. Amen.

Czy Łódź Wilczyńskiego jest wulkanicznym piekłem, czy jednak bliżej jej do greckiego Hadesu? Odpowiedź znajdziemy gdzieś pośrodku – bo choć Styks stał się nieodłączną częścią miejskiego bytu, sam reżyser jest nikim innym, jak twórczym antychrystem. Nie głosi dobrej nowiny. Przepowiada prawdę, a jego modlitwa do Boga to tylko swoista gra z samym sobą. On zdaje sobie sprawę, że Boga nie ma. Prawdopodobnie jest tego pewien, jest też świadom tego, że w tym mieście nie ma kompletnie nikogo, do kogo mógłby się zwrócić. Nie zostanie wysłuchany, ponieważ nikt go nie usłyszy.

Advertisement

Miasto jest głuche, choć przy tym głośne. Pijacki bełkot czy skrzypienie małżeńskich łóżek nie zagłuszają myśli mieszkańców Łodzi. Ich nie ma, pozostała jedynie czarna, pochłaniająca życie pustka. A jednak: antychryst przyjmuje boską konwencję, bo zwracając się do Boga, ma szansę poruszyć te zagubione gdzieś świątobliwe dusze. Bo nieżywe dusze podróżują stadnie, stąd też łódzki Pluton stworzył tramwaje, potrzebował środka transportu na swojej umarłej rzece. Podróżując stadnie, ich (nie)myśli łączą się w pełną (nie)myśl, ich (nie)ciała w jedną całość. Nie zareagują na zaimek osobowy „ty”. Ale mogą, jeśli jeszcze są w stanie, usłyszeć odezwę do Boga, w którego kiedyś zawzięcie wierzyli – w końcu Łódź leży na ziemi święconej, na ziemi katolickiej, pełnej krzyży.

W odpowiedzi ludzkie trupy jednym tchem cytują szarą modlitwę Rafała Wojaczka: Żeby (nam) pozwolono coś mieć / Żeby Ciebie / Żeby chociaż na chwilę / Sekundę zachwytu / Śmiercią co zza Twych pleców będzie wyglądała / Żeby nie zabraniano (nam) zapomnieć o życiu. Czyli jednak – szarzy ludzie wciąż modlą się o zbawienie. W tym podupadłym obrazie jest nadzieja. W głębi nieżywej duszy pragną, choć przez chwilę, wieść zwyczajne życie, inne od tej walki o przetrwanie w miejskiej dżungli. Słyszą dobitną prawdę, ale jak mówi niepisane przysłowie, konfrontacja nawet z najgorszą prawdą jawi się bardziej pociągająco niż nieustanne ciągnięcie kuszącego kłamstwa.

Advertisement

Zachęcony antychryst kontynuuje swój śmiertelny psalm, nie daje za wygraną, ze wzmożoną siłą mówi: Boże, kimkolwiek jesteś. Boże naszej galaktyki albo naszego kosmosu, Boże wszystkich wszechświatów, Duchu Święty wszelakich wymiarów nieskończoności, Synu Boży wszechogarniającego rozumu i powszechnej dobroci, Boże, jeśli jesteś gdziekolwiek w bycie i niebycie, Boże, kimkolwiek jesteś, pochyl się nad tą ziemią, nad tą kulą wystrzeloną nie wiadomo przez kogo, co leci w przestrzeń nieskończoną, pochyl się nad tą grudką materii nie wiadomo ile razy spaloną doszczętnie i odrodzoną nie wiadomo przez kogo, wejrzyj na nas, uczepionych tego odprysku, tego rykoszetu lecącego znikąd donikąd, ogrzej strzępem swojej łaski, nakarm kroplą swojej mądrości, skieruj nas w tę stronę nieskończoności, gdzie jesteś Ty, gdzie są nasi bracia i siostry zagubieni w ciągu wieków, jeśli są, jeśli nie sczeźli w nicości.

I wszyscy słyszą. Ta quasi-litania spełnia swoją funkcję. Pasażerowie tramwaju chcą działać; ubiegają się o życie.

Advertisement

Modlitwą Wilczyńskiego jest ten film, a pozytywnym odzewem… fakt, że wszyscy – ja, ty, on, ona, mieszkańcy Łodzi – zaczynają chcieć zabić to i wyjechać z tego miasta. Pragną nie sekundy, a sekund zachwytu. Sekund, minut, godzin, dni, miesięcy. Lat. I tak do śmierci. Chcą być szczęśliwi. Brzmi jak klisza, ale seans tej animacji udowadnia, że odczuwanie szczęścia w dzisiejszej polskiej rzeczywistości może graniczyć z cudem.

Niemoc wyjazdu, czyli grzeszne przygotowania

Advertisement

Niemy krzyk Mariusza Wilczyńskiego przenika zewnętrzną tkaninę tego filmu. A przecież Zabij to i wyjedź z tego miasta spojone zostało pewnym uczuciem goryczy. Żalu. Smutku. Nieustannego poczucia zawiedzenia kilku osób – w tym siebie. Dzieło to, stojące na najwyższym stopniu autorskiej wrażliwości, już od pierwszych minut sięga po pierwotne emocje, te wyjęte z naszej duszy. Oglądając ten tytuł, musimy mieć pełną świadomość faktu, że Wilczyński oddał tym kadrom część siebie. Czy mamy mu współczuć, skoro wiemy, że już nigdy ich nie odzyska? A może autor zacznie jawić się jako darczyńca? Wilczyński bawi się trochę w małego zbawiciela – cierpi, byśmy my, widzowie, otrzymali kinematograficzne katharsis.

Tak, Mariusz Wilczyński cierpi. Ten film jest dla niego cierpieniem. Jest Jezusową tułaczką, mesjaszowym oddaniem, reżyserskim samozaparciem. Autor przez 14 lat znosił twórcze i osobiste katusze, by uświadomić nas, że pora wyjechać z tego miasta. Że w nawet tak upiornych miejscach jesteśmy w stanie ożywić nasze dusze, a bliskich dotknąć magiczną różdżką miłosnych afektacji. Chodzi tylko o to, by nie było za późno.

Advertisement

Wrażliwość Wilczyńskiego odnajdziemy także w sekwencji na plaży. To miejsce również doścignęło spaczenie – promienie słoneczne, z założenia wywołujące w człowieku ciepło (dosłownie i w przenośni), mają tu wręcz odwrotne działanie. Reżyser znaczeniowość Vardowskiej plaży z La Pointe Courte wyrzuca prosto na śmieci – nawet w tak idyllicznym miejscu znajduje przestrzeń na ukazanie apatycznej grzeszności.

Plażowa sekwencja pokazuje, że Wilczyński potrafi budować frustrację, stosując filmowe dychotomie. Zapoznaje on widza z pewnym ojcem i jego synkiem. Chłopiec bawi się w wodzie, tata rozwiązuje krzyżówkę, cała sytuacja wygląda stosunkowo normalnie (mimo braku zainteresowania ze strony rodzica, które bezskutecznie próbuje wzbudzić dzieciak). W tym samym czasie przy tej samej plaży dzwoni telefon: pewna kobieta, walcząc z niedogodnościami (połączenie i bezduszna odbierająca), próbuje dowiedzieć się na peronie o tego samego mężczyznę, o jej męża, o drugą połówkę. Martwi się, troszczy. Przeczuwa, że jej mąż ją zdradza.

Advertisement

Gdyby tylko wiedział, że ktoś tak bardzo się nim przejmuje… Co gorsza, odbiera to nikt inny jak kochanka, dróżniczka. Widz nawet nie jest pewien, czy ona zdaje sobie sprawę, że rozmawia z zatroskaną żoną. Myślami jest już gdzie indziej. Nakłada czerwoną szminkę, wychodzi, zamyka drzwi, a kobieta wciąż próbuje dowiedzieć się czegokolwiek. Dochodzi do kolejnej tragedii, do zdrady w pociągu, do następnego grzechu wyniszczającego dusze zwyczajnych mieszkańców umierającej Łodzi. A ta mała scenka rozgrywa się w rytmie przeciwieństw: tyle zła w teoretycznie przyjemnym miejscu.

Może dlatego tak trudno każdemu wyjechać z tego miasta? Czy perspektywa tej grzeszności nie wydaje się dla choć odrobinę kusząca? Nasz gatunek uwielbia działać przeciwko sobie. Wystarczy jeden impuls, nieczysta myśl, trochę fantazjowania i teoretyzowania. Człowiek przestaje działać poprawnie, zaczyna być skory do zrobienia czegoś złego, grzesznego, odstającego od normy, w jeden wieczór jest w stanie zburzyć cały dotychczasowy układ. Nic dziwnego, że miasta łódzkiego Mefistofelesa pilnują zwierzęta; bo ludzie działają chaotycznie, burzliwie, nie pomagają sobie, tylko dokładają sobie kolejnych zmartwień.

Advertisement

W filmie Wilczyńskiego antropomorfizacja gra pierwsze skrzypce, cechy ludzkie na każdym kroku przeplatają się ze zwierzęcymi. Najlepszym przykładem może być tu sekwencja, kiedy sklep rybny zamienia się w „sklep ludzki”. Sprzedawcy sami nie są już ludźmi i z pewnego rodzaju apetytem sięgają po pływających w beczce miniaturowych ludzi. Wyciągają ich, ćwiartują, dekapitują, robią im to, co na co dzień nasz gatunek robi rybom. U Wilczyńskiego przemoc goni przemoc, wprawiając nas w obrzydzenie, a przy tym uświadamiając, że sami krzywdzimy… będąc krzywdzonymi. Ach, gatunku ludzki, puchu marny! Czemu jest ci tak źle? Czy to życie naprawdę jest takie tragiczne, że doprowadziło Cię do śpiewania modlitwy szarego człowieka?

Marzycielem być, czyli zabójstwo

Advertisement

Elia Kazan w Układzie napisał: Chciałem zmartwychwstać, wobec tego musiałem się najpierw zabić. A co, jeśli Wilczyński zabił nie tylko siebie, ale i „to”, czyli to podłe „coś” wyniszczające miasto od środka? Trzeba mieć ogromne pokłady odwagi (i personalnego ekshibicjonizmu), by obdarować widza taką spowiedzią. Reżyser spowiada się przed nami. Kino to konfesjonał, ekran jest niczym specjalnie zamontowane kraty, a widownia wciela się w tym wypadku w księdza wysłuchującego przemyśleń autora. Sęk w tym, że nie oczekuje on jakiejkolwiek zdrowaśki. To jego kazania mają być uzdrawiające, pokazujące spaczenie otaczającego nas świata.

Wilczyński dzieli się z nami swoją czułością – pokazuje, jakich błędów, które sam niegdyś popełnił, nie powtarzać. Pokazuje, że jeśli czujemy na sobie setki nieprzyjemnych spojrzeń, a miasto, w którym żyjemy, nie jest naszym ogniskiem domowym, to może pora z niego wyjechać. Opuścić je raz na zawsze, pojechać ku nieznanemu, wreszcie uciec, nim wsiądziemy do tramwaju prowadzonego przez Charona.

Advertisement

Mariusz Wilczyński zabija siebie, zabija starego siebie poprzez ukazywanie SAMEJ prawdy. To bardzo naturalistyczny obraz, Łódź staje się tylko pretekstem do rozrysowania opowieści. Mówi o sobie, o szarych ludziach, o bliskich mu ludziach, którzy wraz z upływem czasu stawali się szarzy. Tym filmem składa im hołd – nie zamierza pozwolić, by świat o nich zapomniał. Przy okazji reżyser pędzi za czasem. Poprzez kadry filmowe marzy, wyobraża sobie, że mógł pożegnać się z matką, że mógł przeżyć życie, w którym jego rodzice zajmowali miejsce tuż obok niego. Żyjące w podświadomości obrazy przenosi na klatki filmowe.

Ratuje tym samym siebie, a przy okazji nas. Właśnie tak, Zabij to i wyjedź z tego miasta ratuje nas od całkowitego zatracenia się w upadku. To film dający dowód na to, że miłość istnieje i ma się dobrze. Paradoksalnie 14 lat zajęło Wilczyńskiemu udowodnienie tej jakby prostej z założenia tezy o uczuciach międzyludzkich. Cytując klasyka: „What a life!.

Advertisement

Wyjazd

Zabiłem to i wyjechałem z tego miasta. Wziąłem ze sobą jedynie zegarek, by przypominał mi o upływie czasu, o tym, że nie stoi on w miejscu, że nieubłaganie leci do przodu, że nie ma litości, że nie może się cofnąć, że oddziela teraźniejszość od przeszłości. Ale czas wsącza się też do naszych ośrodków pamięci. Nie mogę zapomnieć o tym, że zabiłem to i wyjechałem z tego miasta. Czas jest moim przeciwnikiem, pragnie, bym nie pamiętał tego, co zdarzyło się przed wyjazdem. Bo przybywając do nowego miejsca, narażam się nie tylko na siebie samego, na swoje lenistwo, na autodestrukcyjność, na podatność na „spierdolenie sobie życia”, ale i na to „coś”, tym razem w nowej, może o wiele niebezpieczniejszej formie. Wjeżdżam do nowego miasta, ale kto powiedział, że za kilka lat nie stanie się nową Łodzią?

Advertisement

Kto powiedział, że ja/Mariusz Wilczyński raz jeszcze nie będę/będzie musiał wcielić się w humanistycznego mesjasza? Powiernikiem mojego „ja” w tym przypadku jestem ja sam/jest Mariusz Wilczyński. W każdym razie – niepotrzebne skreślić. Komu bardziej ufamy? Sobie czy autorowi? Kto tak naprawdę ratuje nas każdego dnia… przed nami samymi?


Inspiracje literackie – cytaty:

Advertisement

Ślepnąc od świateł. Jakub Żulczyk, 2014.

Kiedy umieram. William Faulkner, 1930.

Advertisement

Rzeka podziemna, podziemne ptaki. Tadeusz Konwicki, 1984.

Układ. Elia Kazan, 1967.

Advertisement

Modlitwa szarego człowieka. Rafał Wojaczek, 1968.

Advertisement

Doktorant ( Film Studies ) na uczelni King's College London w Wielkiej Brytanii, aktualnie pisuje dla portalu Collider, The Upcoming, Talking Shorts, Interii Film, Przeglądu, MINT Magazine, Film.org.pl i GRY-OnLine. Publikował na łamach FIPRESCI, Eye For Film, WhyNow, British Thoughts Magazine, AYO News, Miesięcznika KINO, Magazynu PANI, WP Film, NOIZZ, Papaya Rocks, Tygodnika Solidarność oraz Filmawki, a także współpracował z Rock Radiem i Movies Roomem. Przeprowadził wywiady m.in. z Adamem Sandlerem, Alejandro Gonzálezem Iñárritu, Paulem Dano, Johanem Renckiem, Lasse Hallströmem, Michelem Franco, Matthew Lewisem i Irène Jacob. Publikacje książkowe: esej w antologii "Nikt Nikomu Nie Tłumaczy: Świat według Kiepskich w kulturze" (Wydawnictwo Brak Przypisu, 2023). Laureat Stypendium im. Leopolda Ungera w 2023 roku. Członek Young FIPRESCI Jury podczas WFF 2023.

Advertisement
Kliknij, żeby skomentować

Zostaw odpowiedź

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *