search
REKLAMA
Felietony

Nowy KRÓL LEW. Disney BOI SIĘ własnej rewolucji

Tomasz Raczkowski

7 czerwca 2019

REKLAMA

Odpowiedzi może być kilka. Przede wszystkim wydaje się, że techniczna innowacyjność Króla Lwa nie spina się z realizowaną od kilku lat kampanią aktorskich remake’ów. Dotychczas inna od pierwotnej, animowanej konwencja nowych filmów mogła służyć za swoiste alibi dla marketingowców Disneya, uzasadniających ową odmiennością powrót do uznanych produkcji. W tym kontekście nakręcenie animowanego remake’u filmu animowanego osłabia argument adaptacji do odmiennych standardów, zbliżając w potocznym odbiorze nowego Króla Lwa z jednej strony do komercyjnego wznowienia dawnego hitu, z drugiej zaś pozostawiając kojarzącą się z produkcjami dla dzieci konotację terminu „animowany” (którego to skojarzenia w szerszej skali Disney stara się od pewnego czasu pozbyć). Inną kwestią może też być złagodzenie rewolucyjnego wpływu Króla Lwa na rynek animacji. Nakręcenie pełnometrażowego filmu w tak dużym stopniu oddającego realizm świata przedstawionego przy użyciu wyłącznie technik animacji komputerowej może mieć istotny wpływ na bardziej „klasyczne” produkcje, zachowujące estetyczny dystans do reprezentowanych obiektów, a pamiętajmy, że nomen omen lwia część rynku animacji w ten lub inny sposób związana jest właśnie z Disneyem. W interesie firmy nie leży więc gwałtowne storpedowanie branżowej pozycji „nierealistycznych” produkcji przez wypromowanie niemalże perfekcyjnej imitacji rzeczywistości na tym polu.

A może po prostu globalna maszyneria marketingowo-promocyjna Disneya zaliczyła potknięcie – bo niezależnie od wysiłków i uników twórców oraz ich szefów kwestia technicznych kulis powstania tego filmu jest i będzie szeroko znana i komentowana. Disneyowskie uniki zdają się w tym układzie nieco puste i skazane na niepowodzenie. Oczywiście, w krótkiej perspektywie strategia udawania, że animacja nie jest animacją, może przynieść pewne efekty – relatywnie mniejsza część odbiorców potraktuje Króla Lwa jako z definicji film animowany w nowej jakości technologicznej (tłumiąc trzęsienie ziemi w przemyśle filmowym oraz głosy krytyczne wymierzone w cyniczny recykling klasyki), pozwoli też na dalsze reprodukowanie hierarchiczności w branży (np. wysoko opłacani dalej będą jedynie dubbingujący postaci aktorzy oraz wąskie grono wykonawcze, podczas gdy odpowiedzialni za większość efektu pracownicy działów VFX pozostaną jeszcze przez kilka lat przy swoich stosunkowo skromnych wynagrodzeniach). Jednak w dalszej perspektywie takie postępowanie może odbić się dla medialnego giganta czkawką. Niezależnie od używanych argumentów za tym, że wygenerowane komputerowo postaci i lokacje nie są animowane, bo wykraczają poza potoczne myślenie o tej technice i są bliższe realnej akcji, chyba mało kto przyjmie bez zastrzeżeń tę narrację, co podważy wiarygodność nie tylko tej, ale i przyszłych kampanii marketingowych, zwłaszcza dotykających niejednoznacznych rejonów innowacyjnej realizacji.

Może się też zdarzyć, że wobec niezdecydowania Disneya i chaosu generowanego wokół technicznej innowacyjności nowej produkcji to ktoś inny przejmie od giganta palmę pierwszeństwa, powtarzając wyczyn specjalistów od efektów z Króla Lwa, ale lepiej wygrywając sprawę medialnie. Bo możliwości, które otwiera ewentualny sukces jakościowy Króla Lwa, są duże – fotograficzny realizm kreacji od podstaw komputerowych może w niedługim czasie doprowadzić do szerokich możliwości (re)konstrukcji postaci ludzkich, poszerzyć pole działania w filmach science fiction i fantasy czy pozwolić na ostateczne zatarcie percepcyjnych granic pomiędzy elementami realnej scenografii a wirtualnymi naddatkami. Czy poniekąd deprecjonująca własne dokonanie strategia promocyjna Disneya może być odczytana jako wyraz mimowolnego lub podświadomego lęku przed taką animacyjną rewolucją, wraz z jej mrocznymi konsekwencjami (np. destabilizacją rynku gwiazd i automatyzacją)? A może jest to tylko amortyzacja na wypadek, gdyby jednak efekt nie spotkał się z pozytywnym przyjęciem, zapewniająca furtkę zarówno do zbagatelizowania fiaska, jak i późniejszego obwieszczenia epokowego dokonania?

Do pewnego stopnia odpowiedzi na te pytania przyniesie nam premiera filmu. Na razie jednak, wobec dostępnych informacji i materiałów oraz wprowadzających zamęt narracji z obozu producenckiego strategię komunikowania technologicznej tożsamości Króla Lwa oceniłbym co najmniej ambiwalentnie. Przede wszystkim dlatego, że wprowadza do naturalnie budowanego wyczekiwania nutę wyrachowanego fałszu, a także arogancji przez mimowolne wmawianie widowni określonych ram rozumienia filmu, ignorując możliwość rozeznania i krytycznego oglądu odbiorców promocyjnych komunikatów. Nie przekłada się to, rzecz jasna, na ewentualną jakość filmu, niemniej jednak dla samej produkcji – jak by nie patrzeć będącej z pewnością imponującym osiągnięciem sztabu specjalistów od technik wizualnych – gdyby wprowadzano nieco mniej zamętu wokół tego, jak należy go klasyfikować. Możliwe jest jednak także, że ów chaos ma w nieoczywisty sposób podkreślić innowacyjność filmu, w przewrotnym geście podwójnego zaprzeczenia kierując uwagę na jego unikatową, całkowicie animowaną formułę. Jednak łaska widzów bywa kapryśna, dlatego tego typu woltyżerka marketingowa może ugodzić rykoszetem.

Avatar

Tomasz Raczkowski

Antropolog, krytyk, praktyk kultury filmowej. Entuzjasta kina społecznego, brytyjskiego humoru i horrorów. W wolnych chwilach namawia znajomych do oglądania siedmiogodzinnych filmów o węgierskiej wsi.

zobacz inne artykuły autora >>>

REKLAMA