Felietony - Cykle
Gdzie SENS, gdzie LOGIKA? GŁUPOTA w filmie NIE MUSI BYĆ WADĄ
W filmie Gdzie SENS, gdzie LOGIKA? GŁUPOTA odkrywamy, że absurdy mogą być nie tylko zabawne, ale i istotne w sztuce filmowej. To zaskakująca podróż!
Ponad sto lat rozwoju kinematografii doprowadziło do – wcale nie oczywistej od zarania dziejów X muzy – sytuacji, w której prymarną wartość w sztuce filmowej ma realizm i wiarygodność świata przedstawionego. Do utrwalenia tego rdzenia postrzegania kina przyczyniły się w dużym stopniu powojenne europejskie „nowe fale” (poprzedzone przez trudny do przecenienia neorealizm włoski), ale także szeroko pojęty, globalny mainstream, zdominowany, jak by nie patrzeć, przez realistyczne dramaty. Miarą tego paradygmatu może być fakt, iż nawet nurt fantastyczny (czy to baśniowe fantasy, czy futurystyczne science fiction) opiera się w znacznej mierze na naturalistycznym, wiarygodnym sposobie przedstawienia wytworów wyobraźni scenarzystów. Tak ugruntowane postrzeganie filmu jako sztuki reprezentującej życie i rzeczywistość rzutuje na głębokie przywiązanie widzów do przymiotów prawdy i racjonalnej konstrukcji dzieła kinowego.
Rozumny bohater
Przywiązani do przyczynowo-skutkowej spójności i koherentności zdarzeń, lubimy zatem wytykać rozmaitym filmom „absurdalność”, „idiotyzmy” – wszystko, co można by zamknąć w określeniu „brak logiki”. Zarzuty w tym tonie można spotkać bardzo często i niekiedy bywają one uzasadnione (np. gdy frakcja naszych bohaterów postanawia wybrać widowiskową, ale zupełnie bezsensowną szarżę kawalerii na otwarcie bitwy). Wydaje mi się, że jako fani wręcz lubimy kręcić nosem na „niezrozumiałe zachowanie postaci”, „nielogiczny przebieg intrygi” i ogólne niespójności scenariusza, sprawiające jakoby, że staje się mniej realistyczny, prawdziwy.
Czasem nawet odnieść można wrażenie, że dla niektórych widzów – szczególnie w przypadku tych najgłośniejszych produkcji filmowych – wychwytywanie tego typu mankamentów jest wręcz podstawową czynnością podczas seansu, a z kolei twórcy zadziwiająco często są niekompetentni jako narratorzy, opowiadając dziurawą, nielogiczną historię.
Rzeczywiście logiczna spójność narracji to w ogromnej większości filmów (pomijając te surrealistyczne) czynnik niebagatelnego znaczenia. Niekonsekwentne budowanie intrygi i zdarzeń może skutecznie popsuć przyjemność z seansu – niezależnie od gatunku, jeśli do realności opowiadanej historii nie zostaniemy dostatecznie przekonani, to nie zaangażujemy się w nią i w konsekwencji film okaże się nam obojętny (a to bodaj największy kinowy grzech). Brak fundamentalnej logiki na poziomie ekranowego dziania się – jeśli nie mamy do czynienia z filmem z założenia prezentującym wrażenie niezrozumiałości i zagubienia – odbiera wiarygodność pokazywanej nam historii i w wielu przypadkach produkuje ciężkostrawny chaos.
Co do tego nie mam wątpliwości. Te żywię jednak co do tego, czy logiczność zdarzeń to aż tak niepodważalny dogmat, który zero-jedynkowo warunkuje jakość filmu. Innymi słowy, czy czasem nie przesadzamy z atakowaniem filmów za nielogiczność?
W różnych gatunkach i bardzo odmiennych od siebie strukturach narracyjnych jednym z najważniejszych aspektów dzieła filmowego jest warstwa psychologiczna pojawiających się na ekranie postaci. Powiedziałbym, że wiarygodność charakterologiczna jest jednym z całościowo najistotniejszych elementów filmowej opowieści. Zasadniczo to na bohaterach opiera się opowieść, więc większość zdarzeń na ekranie jest zapośredniczana przez ich podmiotowość. Często można natknąć się na przytyki do scenarzystów w tym zakresie – dana postać zachowała się nielogicznie, niezgodnie ze swoim charakterem itp.
I to w tym miejscu zaczynam mieć zasadniczy problem z argumentem logiki w odniesieniu do filmowej opowieści. O ile bowiem człowiek jest istotą rozumną, racjonalną, to czy zawsze zachowuje się logicznie, według chłodnej kalkulacji i jednorodnego systemu zachowań (zwanego charakterem)? Nie jest czasem tak, że jako z jednej strony jednostki rozumne, ale z drugiej emocjonalne, podatne na irracjonalne impulsy zachowujemy się czasem w sposób niezrozumiały, nielogiczny i po części przypadkowy, zależny od sytuacji? Skoro zaś prawdziwi ludzie zachowują się nie zawsze w zgodzie z twardymi zasadami racjonalnej konsekwencji, to czy powinniśmy tego wymagać od bohaterów i bohaterek na ekranie?
Podam jeszcze świeży przykład z niedawno zakończonego, (nie)sławnego sezonu 8 Gry o tron [UWAGA, SPOJLERY!] – w 5. odcinku, pt. The Bells (Dzwony), w którego finale dotychczasowa protagonistka Daenerys Targaryen w jednej chwili przemieniła się w ostatni czarny charakter sagi, masakrując Królewską Przystań po kapitulacji miasta. W Internecie z miejsca sypnął grad oskarżeń pod adresem tego zwrotu akcji – zachowanie Dany było niezgodne z charakterem (przecież zawsze broniła ludzi), nieuzasadnione (właśnie wygrała), nielogiczne (bo mogła zniszczyć tylko Czerwoną Twierdzę, zabijając Cersei).
O ile w tym wypadku przez zawrotne tempo akcji mogliśmy faktycznie odnieść wrażenie, że jest to moment średnio podprowadzony, to nie zgadzam się, że zachowanie Daenerys było nierealistyczne w rozumieniu wiarygodnego zbudowania postaci. Nie to nawet, że co najmniej od 4. sezonu widać było w niej zwiastuny przemiany w tyrankę. W decydującym momencie jej postać zadziałała pod wpływem narastającego od odcinka napięcia i impulsu chwili, w której MOGŁA wykorzystać swoją potęgę do zniszczenia i symbolicznej zemsty. Czy to nielogiczne? Tak. Czy niewiarygodne? W żadnym wypadku.
Ogólnie rzecz ujmując, chodzi mi tu o odróżnienie podstawowej logicznej spójności akcji od jej wiarygodności. Oparcie filmu na czynniku ludzkim – a w przypadku opowieści o bohaterach z krwi i kości powinien to być cel twórców – musi pociągać za sobą wprowadzenie do świata przedstawionego irracjonalności i przypadku, wymykających się standardom klasycznej logiki. Koherencja powinna zatem dotyczyć przede wszystkim podłoża psychologicznego i przekonujących realiów (niekoniecznie dosłownie), a nie bezwzględnego podporządkowywania działań postaci twardej logice. Widzowie mogą analizować filmowe sytuacje na chłodno i z łatwością dostrzegać właściwe z racjonalnego punktu widzenia reakcje i rozwiązania – ale tego komfortu nie mają często sami bohaterowie, bo tak jak każdy człowiek uwikłany w daną sytuacje, ich ogląd jest subiektywnie wewnętrzny i zniekształcany przez emocjonalne impulsy i nastrój chwili.
Nieracjonalny realizm
Tutaj posłużę się ilustracją z całkiem odległego czasowo i gatunkowo od Gry o tron nurtu kina. Filmom Jeana-Luca Godarda można zarzucić wiele, w tym momentami bełkotliwą abstrakcyjność i umowność świata przedstawionego. Jednakże w swoim najlepszym okresie (czyli w latach 60.) Francuz zasadniczo wierny był przykazaniu cinéma-vérité (kina prawdy), odnoszącemu się do adekwatnego oddawania rzeczywistości w medium filmu.
Godard celował przy tym nie w skrupulatny realizm, a w obrazowanie atmosfery, nastroju emocjonalno-intelektualnego swoich postaci. I dlatego, chociaż bohaterowie Szalonego Piotrusia (który to film uważam za kwintesencję tego mechanizmu) zachowują się całkowicie nielogicznie, w sposób dziwacznie impulsywny i niekonsekwentny, film ten oddaje rozgorączkowany klimat wrzących od erotycznego i politycznego napięcia lat 60. widzianych oczami dwudziesto- i trzydziestolatków. To ekstremalny przykład tego, jak powierzchowny brak logiki służy wzmocnieniu adekwatności reprezentacji impulsywnej, sprzecznej rzeczywistości. Pokazuje jednak idealnie, na czym polega rozdzielność wiarygodności świata przedstawionego od jego koherencji logicznej – u Godarda pierwsza jest niemal wzorcowa, przy radykalnym podważaniu drugiej.
Dlatego też argument niezrozumiałego zachowania postaci zasadniczo uznałbym za nietrafiony. Osobną kwestią jest to, czy owo zachowanie jest właściwie przedstawione, tak by wpasować nieracjonalność w całościowo spójny obraz. Niemniej nie dotyczy to zachowania jako takiego, a jedynie jego ukazania. Wiarygodni bohaterowie filmowi powinni być tacy jak prawdziwi ludzie, a więc podatni na subtelne i płynne niuanse wpływające na ich decyzje, podążający za intuicjami, przypływami namiętności. Do pewnego stopnia takie uzasadnienie można znaleźć też dla klasycznej „głupoty” z filmów grozy – po co bohaterka/bohater idzie na strych/do lasu, skoro prawdopodobnie czai się tam zagrożenie i śmierć? Pomijając, że jest to nadużywana klisza narracyjna, wiele takich sytuacji można uzasadnić sytuacją stresową, magnetyzmem nieznanego i zwyczajnie złą oceną sytuacji. To kontekst, a nie uniwersalna logika warunkuje adekwatność zachowania i powinien stanowić dlań punkt odniesienia.
Nielogiczność jest więc środkiem osiągania realizmu i odkrywania w filmach życiowej prawdy. Gdyby podporządkować ekranowe światy żelaznym zasadom racjonalnej przyczynowo-skutkowości, odebrałoby to zdarzeniom część życiowej energii i organiczności. Przy tym warto pamiętać, że obcując z przekazem filmowym, niejako z miejsca godzimy się na pewne uproszczenia czy nagięcia. Skoro akceptujemy na ekranie obecność smoka, magicznych kamieni czy pozwalających oszukiwać prawa fizyki kostiumów, to chyba nie jest aż tak trudno zaakceptować to, że bohater czy bohaterka w pewnej sytuacji zachowają się głupio czy niekonsekwentnie.
Powiedziałbym nawet, że tę ostatnią sytuację można zaobserwować w codziennym życiu częściej niż ziejące ogniem jaszczury. Skąd zatem pojawia się w nas ortodoksyjne przywiązanie do nienaruszalności logiki, nawet w dziełach otwarcie mieszających realizm z elementami fantastycznymi?
Zapewne źródeł tego niemal dogmatycznego przywiązania do logiki zachowań, którą reprezentują niektórzy widzowie, należy doszukiwać się w ogólnej mentalności współczesnej kultury, sprofilowanej przez tradycję euroatlantyckiego intelektualizmu z jego oświeceniowym i pozytywistycznym kręgosłupem poznawczo-światopoglądowym. Do świata filmu ów logocentryzm odnosiłby się właśnie niechęcią do wprowadzania i naturalizacji w ekranowej rzeczywistości elementów irracjonalnych – intuicji, gwałtowności uczuć oraz czysto zmysłowych (impulsywnych) uwarunkowań niektórych działań.
Chcemy, by świat był poukładany według ścisłych wytycznych i elegancko rozkładalny na czynniki pierwsze, podświadomie odrzucamy więc to, co się takiej precyzyjnej analizie wymyka. Przywiązani do realizmu, mimowolnie poszukujemy więc w filmie klarownych i wytłumaczalnych motywacji, zapominając, czy też nie chcąc pamiętać, o pozalogicznym aspekcie rzeczywistości.
Sam kiedyś chętnie używałem argumentu o nielogiczności scenariusza w krytykowaniu poszczególnych filmów. Później nabrałem dystansu do tego typu zarzutów z powodów wyżej opisanych. Nie twierdzę, że scenariusz filmowy nie powinien być logicznie spójny i że logika nie ma odniesienia do medium filmowego. Jest to w końcu jedna z ważniejszych podstaw zrozumiałej i efektywnej komunikacji. Jednak nie powinniśmy się zbyt mocno przywiązywać do absolutnej weryfikowalności logicznej wszystkich wydarzeń oferowanych nam przez twórców filmowych. W ramach wewnątrznarracyjnej rzeczywistości działania, na wzór tych realnych, nie zawsze są przemyślane, a racjonalna motywacja nie powinna dla nas stanowić ostatecznego punktu odniesienia przy odbiorze opowieści.
Wyposażeni w komfort zewnętrznego podglądacza, który może sobie pozwolić na „zapauzowanie”, skrupulatną analizę i obiektywizm oceny z dystansu, nie odmawiajmy więc bohaterom Godarda, Altmana czy Pawlikowskiego prawa do działań impulsywnych, pod wpływem chwili, i ograniczonego przez subiektywną pozycję pola widzenia.
