search
REKLAMA
Felietony

GDY DRUGA POŁÓWKA ŹLE WCHODZI. Filmy, które są dobre tylko do połowy

Szymon Skowroński

19 marca 2018

straznicy galaktyki
REKLAMA

Dlatego właśnie zdarza mi się ostatnio lubić filmy tylko w połowie. Najgorzej jest z kinem akcji, przygody i horrorem. Po prostu po zwrocie akcji mam wrażenie, że scenarzysta jedynie wypełniał swój zawodowy obowiązek nasycenia kolejnych pięćdziesięciu stron maszynopisu wydarzeniami, które doprowadzą do trzeciego aktu. Nierzadko – nawet udanego. Co nie zmienia faktu i bolesnej reguły: pomiędzy świetnym rozpoczęciem a genialnym finałem zawiera się cała esencja filmu. To jest czas na przywiązanie się do bohatera, zrozumienia wagi jego misji, zagrożenia nad nim wiszącego. To wtedy poznajemy ukryte motywacje albo drugie oblicza postaci. To wtedy rozgrywa się cały dramat, który ma nas przygotować na finał. A bywa tak coraz rzadziej.

Świetnie rozkręcali się Strażnicy Galaktyki. Czarujący bohaterowie, zabawne perypetie, dużo one-linerów, klimacik. Potem zwrot akcji, łubudubu i ostatnie trzydzieści minut – kosmiczna napierdzielanka, w której nie mogłem się za bardzo połapać. Przyznam się zupełnie szczerze: obejrzałem ten film dwa razy i nawet nie zapamiętałem, o co tam się ostatecznie rozchodziło i kto był kim wśród wrogów. Wiem, że ten największy Łobuz chciał jakiś kryształ, który coś tam robił, że ktoś kogoś zdradził, czy tam wykiwał, coś takiego. Nieważne, mało mnie to obchodziło i podczas seansu i teraz. James Gunn powołał do życia świetnych bohaterów, których obecność na ekranie jest zabawniejsza i bardziej satysfakcjonująca od słabo skonstruowanego i wyreżyserowanego spektaklu w drugiej połowie. Kolejny przykład: horror W sieci zła. Fenomenalny klimat osiągnięty w dużej mierze przez zdjęcia Newtona Sigela, ciekawe podbudowanie akcji, tajemniczy motyw z nuceniem piosenki. Do połowy – wyborny film. Mniej więcej w połowie następuje dialog, który w dużej mierze wyjaśnia, z jakim zagrożeniem mamy do czynienia. Ale tak po całości, karty idą na stół. Wróćmy na chwilę do Obcego: tam potwór od drugiej połowy dopiero się rozkręcał – rósł, stosował nowe techniki, bez przerwy się zmieniał. Zagrożenie rosło. W filmie Gregory’ego Hoblita (solidny reżyser, który ma słabość do połowicznie udanych scenariuszy) od połowy zaczyna się już tylko ucieczka. Klimat niepewności znika, bo  zagrożenie zostaje rozpoznane, opisane i wręcz podręcznikowo obdarte z tajemnicy.

Spectre. Valerian i miasto tysiąca planet. Life. Księgowy. Filmy M. Nighta Shyamalana. Czy to aż tak bardzo złe, że wiele filmów w połowie traci impet, świeżość i przestaje porywać? Dla mnie – tak. Wiem, że nie każdy oczekuje od filmu równego poziomu od początku do końca, ale postawmy się na chwilę w roli scenarzysty. Wydaje mi się, ba – jestem pewien, że każdy z nas – filmomaniaków – nosi w głowie kilka naprawdę ciekawych, obiecujących pomysłów na filmy. Stąd zresztą wynika statystyka, że wiele filmów dobrze się zaczyna. Ale gdyby tak usiąść do tych pomysłów i zastanowić się, w jaki sposób przez dwie godziny utrzymają uwagę widza, nie popadając w absurd, nie uciekając się do rozwiązań typu deus-ex machina, nie podając wszystkich faktów na tacy, ograniczając do minimum ekspozycję w dialogach i zamykając to wszystko w równo rozłożonych akcentach dramaturgicznych, może okazać się, że początkowy pomysł jest jedyną dobrą rzeczą, a atrakcji starcza ledwie na… połowę.

Scenariuszowa „papa” przykrywająca ubytki na budowie to nie jedyny problem filmów dobrych w połowie. Jeśli spodobały wam się powyższe teoretyczne rozważania – w drugiej części omówimy źle napisanych antagonistów, a w kolejnej przyjrzymy się jak scenom, które nie posuwają akcji do przodu.

REKLAMA