Felietony

ZEMSTA SITHÓW. Moje gwiezdne GUILTY PLEASURE

Autor: Janek Brzozowski
opublikowano

Gdyby ktoś zapytał mnie o ulubioną część Gwiezdnych Wojen, to jeszcze nie tak dawno temu (w wieku gimnazjalno-licealnym) odpowiedziałbym najpewniej, że jest nią Zemsta Sithów. To właśnie finał trzeciego z prequeli oglądałem niezliczoną ilość razy, katując nieszczęsne, telewizyjne nagranie do nieprzytomności. To teksty i sceny z Zemsty Sithów wryły mi się najmocniej w pamięć – nie „I have a very bad feeling about this” z Nowej Nadziei, nie „I am your father” z Imperium kontratakuje, ale absurdalne, wybitnie memiczne „Hello there” było swego czasu jednym z moich ulubionych cytatów filmowych.

Czy to powód do wstydu? Nie wydaje mi się – trudno mieć wszak pretensje do własnego dzieciństwa, ówczesnych gustów i wyborów (w jakiejkolwiek dziedzinie). Wczoraj jednak (ze względu na zbliżającą się wielkimi krokami 15. rocznicę premiery) postanowiłem zrzucić różowe okulary, spojrzeć na dzieło Lucasa chłodniejszym, nieco bardziej krytycznym okiem. Obejrzałem Zemstę Sithów ponownie, po porządnej, co najmniej kilkuletniej przerwie. Okazało się, że nadal bardzo ten film lubię, pomimo wszystkich jego wad, które dostrzegam dopiero teraz – dostrzegam i akceptuję.

Bądźmy jednak precyzyjni – o co konkretnie chodzi? Największym problemem filmu Lucasa są, i tutaj raczej nikogo nie zaskoczę, wspólne sceny Christensena i Portman. Sceny mdłe, werbalnie odstręczające (dialogi znajdują tu godne rozwinięcie dla niesławnej rozmowy o piasku z Ataku klonów), zabijające (albo przynajmniej dość poważnie raniące) wartką akcję. Niestety, niezbędne dla odpowiedniego zaakcentowania motywacji bohaterów (zwłaszcza Anakina). Drugim problemem jest sam Christensen, który, co tu kryć, wypada dość blado w zestawieniu z dużo bardziej utalentowanymi kolegami z branży – zwłaszcza McGregorem i McDiarmidem (Palpatine’em doskonałym). Trochę głupio mi pisać o tym młodym aktorze (dzisiaj już prawie 40-letnim!) w tak nieprzyjemny sposób, zważywszy na to, jak sympatycznym wydaje się on człowiekiem na zakulisowych nagraniach z planu (KLIK). Dodam więc, że już po przejściu na ciemną stronę mocy Kanadyjczyk, operujący od pewnego momentu głównie podrasowanym komputerowo spojrzeniem, prezentuje się znacznie lepiej, zdecydowanie bardziej wiarygodnie.

Ewan McGregor jest zdecydowanie najbardziej zabawnym punktem filmu – praktycznie każde jego pojawienie się na ekranie okraszone jest humorystycznym komentarzem, trafnie puentującym sytuację.

Zostawmy jednak Christensena w spokoju, poświęcając nieco więcej miejsca dwóm Szkotom, którzy swoimi rolami absolutnie zdominowali Zemstę Sithów. Ewan McGregor jest zdecydowanie najbardziej zabawnym punktem filmu – praktycznie każde jego pojawienie się na ekranie (poza finałowym pojedynkiem, kiedy aktor, podążając za scenariuszem, uderza w bardziej poważne tony) okraszone jest humorystycznym komentarzem, trafnie puentującym sytuację. Kultowych tekstów jest wśród nich od groma, żeby wymienić tylko te najbardziej znane i najczęściej powtarzane: „Hello there”, „Another happy landing”, „So uncivilized”, „Flying is for droids”, „Siths Lords are our speciality” (po chwili – srogie manto od hrabiego Dooku) czy zagadkowe „I have a high ground”. Doskonały casting, z którego niesłychanie zadowolony był także sam wykonawca (KLIK). Równie dobrze obsadzona została rola Palpatine’a – rola znacznie bardziej poważna, a zatem, w pewnym sensie, komplementarna względem komicznego Obi-wana. Warto zwrócić uwagę na to, że Anakin przez znaczną część filmu miota się właśnie pomiędzy tymi dwoma bohaterami (mentorami), naprzemiennie ulegając ich wpływom. Ostatecznie wybiera znacznie poważniejszego Palpatine’a, który, wychodząc z trudniejszej pozycji (ciemna strona mocy), poświęcił młodemu Skywalkerowi znacznie więcej czasu i uwagi. Poza tym – siła aktorskiej sugestii McDiarmida. Trudno się dziwić, że Anakin w końcu ulega Imperatorowi, skoro sami, dysponując znacznie szerszą perspektywą, mamy na to ochotę.

Anakin, który za wszelką cenę stara się uniknąć urzeczywistnienia wizji sennych, a nieświadomie doprowadza do ich realizacji, to przecież nie kto inny jak zamaskowany Edyp.

Czym jeszcze uwodzi mnie Zemsta Sithów? Na pewno swoją warstwą polityczną (analizowaną niegdyś na lotnisku przez Grzegorza Brauna) – zawiłe machinacje Palpatine’a są dla mnie niemalże tak samo interesujące, co efektowne sceny walk na miecze świetlne. Swobodnymi odniesieniami do mitów greckich, być może niezamierzonymi. Anakin, który za wszelką cenę stara się uniknąć urzeczywistnienia wizji sennych, a nieświadomie doprowadza do ich realizacji, to przecież nie kto inny jak zamaskowany Edyp. Na dodatek zostaje w finale filmu, podobnie jak mityczny bohater, okaleczony fizycznie. Inny przykład – ojcowsko-synowska relacja Obi-wana i Anakina jako odbicie mitu o Dedalu i Ikarze. W ostatecznym rozrachunku Anakina, tak samo jak Ikara, gubi pycha, zbyt duża wiara we własne umiejętności. Próbuje w efektowny sposób przeskoczyć nad Obi-wanem (a zatem unieść się jak najwyżej), za co zostaje surowo ukarany. Co znamienne, tuż przed wykonaniem skoku Kenobi ojcowskim głosem przestrzega swojego ucznia – w podobnym tonie Dedal strofował swojego syna przed zbytnim zbliżaniem się do słońca. Wreszcie, ostatnia rzecz, którą bardzo sobie w Zemście Sithów cenię – znakomity, podporządkowany akcji montaż. To właśnie on przykuwał mnie niegdyś do telewizora, sprawiając, że sekwencję wykonania rozkazu 66 oraz kulminacyjne, równolegle prowadzone pojedynki oglądałem z wypiekami na twarzy. Pierwszorzędna robota filmowa.

Więcej zatem tu zalet niż wad – przynajmniej w mojej perspektywie. Zemsta Sithów już na zawsze pozostanie jednym z moich ulubionych epizodów gwiezdnej sagi, a zarazem definicją filmowego guilty pleasure. Dziełem, którego niedoskonałości dostrzegam na pierwszy rzut oka, akceptując je jednocześnie – tak wielką czerpię bowiem przyjemność z samego oglądania.

Ostatnio dodane