Publicystyka filmowa
5 światów WOJCIECHA HASA. O człowieku, który nigdy nie zbaczał z drogi
WOJCIECH HAS to reżyser, który tworzył surrealistyczne światy pełne emocji i niedopowiedzeń, w których człowiek wciąż poszukuje sensu.
Człowiek w światach Wojciecha Hasa zdaje się podobnie wyobcowany co sam reżyser w otoczeniu innych twórców kina. Im bardziej jego filmowa rzeczywistość taka jest, tym odbieram ją jako prawdziwszą. Has zawsze był niedoceniany, nie tylko jeśli chodzi o środki finansowe na swoje produkcje, ale i w kwestii nagród na naszym polskim rynku kinematograficznym. Chciał znacznie więcej, bo uważał, że robi kino lepsze od średniej współczesnych mu kolegów, z unikalnym dla polskiej sztuki rysem surrealistycznym. Za te starania obiektywnie dostał jednak mniej.
Zarówno tę pretensję do stworzenia kompletnego obrazu człowieka, jak i niespełnienie czuć w jego filmach. Zawiedziony otoczeniem Has mimo wszystko uparcie kreował świat wedle swoich zasad, stawiając go ponad bohaterami. Inni zaś skupiali się na bohaterach tak bardzo, że zapominali o świecie, lecz prościej im było dotrzeć do widza. Cena tak stworzonej przez Hasa własnej niszowości zaprocentowała z opóźnieniem. Czytajmy więc dzisiaj jego filmy poprzez światy, w których mieści się, albo i nie, człowiek – niespójny, a czasem piękny do nich dodatek.
ŚWIAT WOJNY – Szyfry (1966)
Wojna dlatego jest możliwa, że nikt do końca nie wie, co mu grozi. Nie zna prawdy, nie w sensie jakiejś teoretycznej zgodności bytu z myślą. Prawda w tym wymiarze, której nigdy świadomy nie będzie główny bohater Szyfrów, Tadeusz (Jan Kreczmar), jest doświadczeniem fizycznym rzeczywistości, a potem jej słownym opisem, a nie słownym opisem na podstawie innych słownych opisów. Jak mówi jego syn, Maciek (Zbigniew Cybulski): „Nie szukaj winnych. Jeżeli są, to według prawa, które wtedy nie obowiązywało”. „Jakiego prawa?” – pyta naiwnie Tadeusz. „Wedle prawa zachowania każdego życia za wszelką cenę!” – wykrzykuje Maciek. – „Taka była nasza wojna!” Tadeusz wrócił z zagranicy po to, żeby odnaleźć zaginionego syna, Jędrka.
Nie doświadczył wojny. Zostawił swoją rodzinę na jej pastwę. To tak, jakby oddał ich wojnie, żeby zrobiła z nimi najgorsze rzeczy, jakie tylko potrafi. Tak się stało. Maciek wegetuje przy obłąkanej matce, a jego brat zniknął. Między nimi a ojcem, Tadeuszem, powstał szyfr nie do przebycia. Tadeusz nie posiadł formuły do rozkodowania gry językowej używanej w powojennej Polsce przez ludzi, którzy znają wojnę. Kluczem jest doświadczenie, a nie tylko racjonalne zrozumienie. Tadeusz uświadomi to sobie dopiero po spotkaniu ze starym leśniczym, który hołubi fotografię swojego rozstrzelanego dziecka, jakby była największym skarbem, jaki mu pozostał.
Wojciech Has kontrowersyjnie separuje stan wojny od moralności, jakby wojna zawieszała wszystkie prawa oprócz powinności ratowania życia. W praktyce było tak nie tylko po stronie agresorów. Ofiary również dokonywały zbrodni według prawa egzekwowanego i obowiązującego w czasie pokoju. Czy więc powinno się ich wszystkich rozliczyć za wojenne czyny? Według Hasa nie, ale to oznacza, że na przykład Naziści pozostaliby bezkarni? A może właśnie ciągły powrót wojen jest możliwy, bo nikt nie myśl jak Has, tylko ciągle chce dociekać, szukać przyczyn, rozliczać i karać za przeszłość. Przecież w praktyce nic to nie daje i niczego już nie zmieni. Nawet gdyby to Polacy zamordowali syna Tadeusza, lepiej dalej żyć dla Maćka niż stracić życie w ślepym poszukiwaniu zemsty.
Wojny ciągle wybuchają. Wojnę prowadzą ludzie na prawdziwym froncie, a kiedy wojna się kończy, w czasie pokoju inni ludzie prowadzą wojnę, żeby ukarać tych, którzy ją prowadzili kiedyś. Jedna narracja uzasadniająca wojnę jest zastępowana inną, wszczynającą wojnę z tymi, którzy kiedyś wykoncypowali, że nie da się żyć w pokoju. Wojna zatem jest permanentna. A chodzi o to, żeby wydostać się z tego zaklętego kręgu, nawet za cenę usprawiedliwienia zbrodni, zapomnieć i żyć, co jednak nie oznacza braku wyraźnego wskazania, kto był i jest winny. To jedyny sposób – wybaczyć, nie z litości do wrogów, ale ze względu na szacunek i miłość do siebie.
Niewyobrażalne? A komory gazowe są w jakimkolwiek etycznym sensie wyobrażalne? A dzisiejsze wykluczanie z życia społecznego osób LGBT, podobnie jak w latach 30. w Niemczech Żydów, najpierw delikatnie, z metodyczną pieczołowitością, a potem z dymem w miejscu, które zwano anus mundi, jest wyobrażalne? Jak mówił nie tak dawno profesor Marian Turski: „Auschwitz nie spadło z nieba”. Wojny również nie powstają przez niepokalane poczęcie. Nic tak nie powstaje. To jedynie pobożne życzenie ludzi, którzy nie chcą być odpowiedzialni za nasz ziemski dom.
ŚWIAT WOJNY Jerzego Hasa nie jest jakąś oderwaną od człowieka, wyestetyzowaną dla kina rzeczywistością, która od czasu do czasu nas dotyka, a kiedy akurat tego nie robi, można o niej całkowicie zapomnieć i beztrosko delektować się pokojem. Wojna to stan wytworzony przez ludzi dla innych ludzi, albo mentalny, albo czysto namacalny. Wydaje się jednak, że Has położył w Szyfrach nacisk raczej na tę formę wojny dziejącą się już poza okopami i realnym frontem.
Sama wojna jest straszna, lecz jej konsekwencje niejednokrotnie jeszcze gorsze, bo dotykają nawet tych, którzy z wojną nie mieli nic wspólnego. Tadeusz na własne życzenie nie miał i gdyby był sam w życiu, dałoby się jego pokojowy świat jakoś obronić, usprawiedliwić. Miał jednak dzieci, a jedno z nich stracił, jak na ironię może nawet zamordowali je sami Polacy. Bo to okropna przegrana życia z wojną dla ojca, kiedy jedyna znana prawda o własnym dziecku zamyka się w kilku znakach zapytania i mglistych wspomnieniach sprzed wielu lat. Lecz pokrętny Has i tu chciał, żeby Tadeusz nie szukał winnych.
Wojna zatem idzie za ludźmi jak stado hien za zranioną ofiarą. Nic nie poradzimy, bo jak uczy historia, ludzkość jako stado nigdy nie zbacza z drogi.
ŚWIAT CZASU – Sanatorium pod Klepsydrą (1973)
Świat namalowany słowami tak precyzyjnie jak 32-bitowa fotografia HDR – w ten sposób można opisać prozę Brunona Schulza, przez część filmowców i krytyków ocenianą jako niemożliwą do przetransponowania na ruchomy obraz, a przynajmniej nie wtedy, gdy zrobił to Wojciech Has. Jemu to się jednak udało. Rzecz jasna, nie bez stylistycznych niewprawności, lecz również bez kolosalnych błędów, które dyskwalifikowałyby obraz obecnie, czyli w czasach, gdy kino surrealistyczne zrobiło w stosunku do lat 70.
ogromne postępy – przynajmniej wizualnie. Brak dyskwalifikacji nie oznacza jednak, że obecnie film całkowicie się broni. Proza Schulza zasługuje na nową, o wiele mniej poetycką prezentację, bo inaczej ten jeden z najwspanialszych pisarzy XX wieku zostanie całkiem zapomniany. Dlatego chciałbym zobaczyć godny remake Sanatorium…
CZAS – niektórzy twierdzą, że nie istnieje, a dla naszej wygody ustaliliśmy miary jego upływu na podstawie obserwacji procesów rozkładu. W którymś momencie swojej twórczości Has musiał wrócić, rozliczyć się z owym ŚWIATEM CZASU, kreując rzeczywistość na nowo. Zanim jednak nastąpił ten moment, powstały Szyfry, Rękopis znaleziony w Saragossie i Jak być kochaną. Has przygotowywał się do realizacji swojego największego dzieła, czekając na tąpnięcie w środowisku go otaczającym.
Doczekał się – rok 1968. Bez tej daty Sanatorium… nigdy by nie powstało. Józef (Jan Nowicki) nie mógłby wyruszyć w podróż, by odszukać ojca Jakuba. Drogę, podobnie jak my przez nasz CZAS, musiał odnaleźć sam. Ślepy konduktor nie mógł mu w tym pomóc. Zapewne życzyłby sobie, żeby mieć chociaż szkic najważniejszych dróg. Wtedy jednak po trosze znałby przyszłość. Mógłby na nią wpłynąć, a raczej na swoją w niej rolę.
Has pod tym względem nie był całkowitym fantastą. Przestrzegał zasad życia, nawet jeśli chwilami naginały zdrowy rozsądek. Dlatego finalnie Józef nie mógł wrócić. Byłoby to karkołomne złamanie zasad CZASU. Dałoby się wtedy odwrócić nawet Szoah, a przecież cała ironia naszego doświadczenia i jego sensu polega na tym, że nie można. Jesteśmy skazani na patrzenie z przerażającą refleksją, że mogliśmy, ale nie daliśmy rady zapobiec temu wszystkiemu, wtedy w 1939 i teraz, w 1968 roku, i pewnie jeszcze wiele razy w historii ludzkiego gatunku. Holokaust dzieje się wciąż, dzisiaj, na Żydach, czarnych, małych, białych, niepełnosprawnych, na każdym, kto jest w aktualnej chwili słabszy. Nasza refleksja zawsze jest wtórna, identycznie jak ta obecna, gdy patrzymy na współczesne dzieje Polski.
ŚWIAT CZASU jest potężny niemal tak samo jak śmierć. Prezentuje nam pouczającą wizję, jak nie popełniać błędów, lecz scalając przeszłość z teraźniejszością oraz czyniąc niewiadomą przyszłość, uniemożliwia nam jakąkolwiek zmianę, naprawę. Możemy jedynie obserwować i marzyć, co chcielibyśmy zmienić, gdybyśmy mieli tę całą wiedzę. Nie mamy jej – nikt jej nie ma. Ma ją za to kierujący entropią CZAS, a żebyśmy ostatecznie nie zwątpili w sens rzeczy, od czasu do czasu podrzuca nam tak zwane motywatory, na przykład MIŁOŚĆ.
Koniec i tak jest wiadomy. Józef w poszukiwaniu ojca wyruszył w drogę bez powrotu, bo swoją wolą i odwagą sprzeciwił się porządkowi bezdusznego otoczenia, w którym ludzie bez żadnego powodu giną milionami. Stąd cała Hasowska sceneria Sanatorium… na naszych oczach w trakcie seansu powoli się rozpada.
Jakim cudem wyszliśmy z tego cało? I czy już zawsze będziemy rybami w głębi morskiej? Więc rumowisko problemów znajduje się na dnie morskim i nasz spacerowicz wędruje, jak krab po mieliznach dna, oświetlając sobie drogę fosforescencją swego mózgu? Jak zdołał przeżyć katastrofę, jak doszedł do tej beztroskiej symbiozy z pasożytem agnostycyzmu? […]
Nowa tęsknota za przygodą, za nieznanym i niewypróbowanym rozpiera im pierś dziwnym westchnieniem.
I może dobrze się stało, że wszystko legło w gruzy, że nie ma żadnych świętości, więzów, praw, dogmatów, że wszystko jest dozwolone i wszystkiego można się spodziewać, że wolno raz według swego kaprysu odbudować się z gruzów – według swego widzimisię, według chimery, której się jeszcze nie przeczuwa.
Bruno Schulz, Wędrówki sceptyka „Tygodnik Ilustrowany” 1936, nr 6.
ŚWIAT MIŁOŚCI – Jak być kochaną (1962)
„Jestem siostrą samotnych i żoną owdowiałych. […] Wiemy, kim jesteśmy, lecz nie wiemy, co się z nami stanie”. Skoro nie wiemy, nie umiemy także uniknąć wszystkiego tego, czego nie chcemy, chociaż jak na ironię pragniemy – szczęśliwej lub nieszczęśliwej miłości, a także niezawinionego, lecz naturalnego tchórzostwa. Has zręcznie wykorzystał gatunek melodramatu, żeby jeszcze na początku lat 60. wyzwolić polskich artystów z obowiązku snucia bez przerwy tej samej martyrologicznej historii o wielkich zwykłych Polakach mających obowiązek walczyć z okupantem.
Miał rację, że z punktu widzenia rozrywkowej roli kina trzeba było nareszcie zmodyfikować pewne założenia szkoły polskiej. Natomiast z punktu widzenia moralności i prawdy historycznej – jak długo w polskim filmie jego twórcy mieli rozliczać się z II wojną światową za pomocą półprawdy, a więc jawnie obciążając za wojenną grozę jedynie Niemców. Rok 1962 był zatem dobrą datą na skończenie z tym martyrologicznym samogwałtem, bo wtedy jeszcze pamięć o wojnie była niesamowicie żywa, a komunistyczna odwilż do końca wciąż nie nastąpiła. Mało tego, za kilka lat komuniści wraz z kibicującą im sporą częścią społeczeństwa mieli pokazać, że niemiecki pomysł wysłania Żydów na Madagaskar wcale nie był taki fantastyczny.
Konwencja melodramatu pomogła złagodzić sprzeciw Hasa wobec idei bohaterstwa zaprezentowanej w Popiele i diamencie. Mam wrażenie, że niektórzy widzowie dali się nawet nabrać, że Jak być kochaną jest filmem o miłości, a nie politycznym manifestem zdychającej w boleściach polskiej szkoły filmowej, której fundamenty Has podgryzał jak opętany surrealizmem demon. Chwała mu za to. Ubocznie jednak, gdzieś obok krytyki polskich zrywów niepodległościowych w stylu Popiołu…, skonstruował tak koherentnie melodramat, że stworzył osobliwą wizję miłości, sugestywną w takim stopniu, że można było z niej skonstruować ŚWIAT.
ŚWIAT MIŁOŚCI według Hasa przypomina więzienie. Uczucie zakochania zdaje się rodzajem psychozy, opętania, zresztą współczesne badania neurologiczne potwierdzają, że fenyloetyloamina, dopamina, noradrenalina i serotonina oddziałują na nas, burząc racjonalny osąd i wpływając na zachowanie często tak bardzo, że zakochany, który jest oglądany „z zewnątrz”, przypomina osobę z zaburzeniami psychicznymi. Stan ten nie jest nieskończony – trwa od 8 do 48 miesięcy. U głównej bohaterki Jak być kochaną, Felicji (Barbara Krafftówna), nieco się przeciągnął, bo jej uczucie nie było spełnione.
Ukrywała swoją miłość, patriotę-niedołęgę (Zbigniew Cybulski jako Wiktor Rawicz), przez całą wojnę, kochała go także przez całą wojnę i jeszcze po niej, już w zupełnie innym świecie, kiedy on został uznany za szpicla, a ona za dziwkę. Taka była cena jej miłości, lecz nawet to nie spowodowało, że przestała go kochać – bo miłość niespełniona niekiedy przybiera formę racjonalnego zgorzknienia. Da się tak żyć w miłości, ale bez niej, śpiąc z innymi, nawet się tym ciesząc, lecz bez szaleństwa tego uczucia, które daje ów narkotyczny sens istnienia, jakby się szybowało w innej rzeczywistości.
Złuda w czasie – mógłby stwierdzić Has – tym jest w rzeczy samej miłość. ŚWIAT MIŁOŚCI jest więc zespołem przemijających w ciągu kilku lat wrażeń. Trzeba je tylko przetrwać i nie zrobić nic tak nieracjonalnego, żeby nie dało się z tego później, już na trzeźwo, wyjść. Na pewno nie można zapomnieć, kim się jest. Bo miłość, często właśnie ta niespełniona, z łatwością może zepchnąć nas do ŚWIATA CIERPIENIA, gdzie stracimy poczucie tożsamości, indywidualności i siły decydowania o sobie.
Felicja w czasie wojny zapomniała, kim jest, jaką ma wartość jako człowiek i na co może pozwolić wobec siebie innym, bo gdzieś w jej mieszkaniu ukrywał się obiekt jej westchnień. Chodząca na dwóch nogach nadzieja nie na wygraną wojnę, ocalenie ojczyzny czy zemstę na okupancie, lecz na zaspokojenie pragnienia bycia z kimś, odepchnięcia samotności. To jest najważniejsza cecha ŚWIATA MIŁOŚCI zgodnie z zamysłem Wojciecha Hasa. Miłość ma siłę wyprzeć wszelkie patriotyczne dążenia, zamienić je w coś drugorzędnego i wręcz nieważnego, bo…
„Kto z nas się szanuje, kiedy naprawdę kocha [lub popada w ten jedyny w swoim rodzaju obłęd]?”
ŚWIAT SNU – Rękopis znaleziony w Saragossie (1964)
Jak znajomość realnego miejsca, gdzie był kręcony film, wpływa na odbiór świata w nim przedstawionego. Rękopis znaleziony w Saragossie oczarował zagranicznych widzów i filmowców między innymi dlatego, że zaprezentował interesujące, a przede wszystkim naturalne plenery Jury Krakowsko-Częstochowskiej, które udawały aragońską Saragossę i jej okolice.
Trudno fanów z Zachodu podejrzewać o wcześniejszą znajomość szlaku Orlich Gniazd i tej części Polski, skoro nawet Polacy często jej nie znają, zwłaszcza ci, którzy nie mieszkają w Małopolskiem lub na Śląsku. Znając je jednak i często bywając w tych okolicach (co piszę z doświadczenia), a dodatkowo uświadamiając sobie, że owe regiony geograficzne udają w Rękopisie gorącą Hiszpanię, gdzieś ta magia filmu Hasa jakby gaśnie. Może faktycznie dałoby się ocalić znacznie więcej metafizycznych wrażeń, gdyby reżyser aż tak nie obawiał się złej jakości negatywu ORWO. A tak czerń i biel wapiennych ostańców trochę nuży, bo między nimi jest jedynie bura ziemia, niebo nie przypomina tego aragońskiego, a na horyzoncie brakuje charakterystycznych wzniesień geograficznej forpoczty Pirenejów, czyli masywu Sierra de Guara.
Stąd można wysnuć wniosek – pasujący zresztą do charakterystyki ŚWIATA SNU, który reprezentuje Rękopis… – że jako twór filmowy oszukuje widzów, udając inną rzeczywistość, żerując na ich niewiedzy, podszywając się pod ich wrażenia zaczerpnięte z zupełnie innych rzeczywistości i do odmiennych niż pokazana się odwołujących. A gdy się owo dzieło artystyczne pozna bliżej, na przykład poprzez znajomość lokalizacji zdjęć, świadomość mistyfikacji, w przypadku technicznego przedstawienia świata, spowodowana brakiem środków finansowych na realizację, wpływa na ocenę jego artystycznej wartości.
Ten ŚWIAT SNU jest jednak interpretacyjnym dodatkiem do całej wielkiej historii skompilowanej przez Hasa na podstawie wielowątkowej awanturniczej powieści Jana Potockiego, a właściwa senna rzeczywistość powstała dzięki zamiłowaniu reżysera do surrealizmu. Co by na to powiedział autor Rękopisu…, który na przełomie XVIII i XIX wieku zapewne jeszcze nie zdawał sobie sprawy z życiowego „odjechania” surrealistów?
Zapewne byłby podobnie ukontentowany co Luis Buñuel, biorąc pod uwagę wszystko to, co działo się w jego życiu (na przykład walki z piratami na Morzu Śródziemnym), bo przecież Potocki oczekiwał od swojej powieści najprawdziwszego awanturnictwa, a Has wtłoczył do niej radykalny, wręcz ontyczny sprzeciw wobec zastanej rzeczywistości, ubogacając ją o charakterystyczną dla śnienia niejasność poznania. Buñuelowi zaś produkcja Hasa tak przypadła do gustu, że stracił ochotę na ekranizowanie Potockiego.
Pokrętny ten Hasowski ŚWIAT SNU, również i dla mnie. Istnieje na dwóch płaszczyznach – jednej obiektywnej, dotyczącej krytycznej oceny dzieła, jakim jest produkcja Rękopis znaleziony w Saragossie. A w tym wypadku mam wątpliwości, czy, podobnie jak nasze sny, popularność filmu nie jest przeceniona (nierealna) za granicą, tylko ze względu na czas, miejsce i formalną inność, którą niewątpliwie Has do swoich wizji potrafił wtłoczyć.
Nie zapominajmy również, że w polskiej rzeczywistości Rękopis… w sobie współczesnych czasach nie przyjął się wśród widzów. Polska wizja Nowej Fali wtedy już zmierzchała, a ludzie przestali chodzić do kina tylko po to, żeby ciągle wspominać II wojnę światową. Trzeba było czegoś więcej, jakiejś nowej epopei narodowej, która odświeżyłaby społeczeństwo, nim zrozumie ono w latach 70., że kino znów może przejąć rolę patriotyczną i antykomunistyczną. Z tym nurtem Has starał się popłynąć, by wpisać się w historię naszej kinematografii jakimś wielkim, ponadczasowym dziełem. Natrafił jednak na zbyt niejasną, a przede wszystkim nie naszą, niesłowiańsko umocowaną opowieść.
Najwidoczniej przeznaczone mu było osiągnąć surrealistyczną wielkość dopiero za kilka lat, gdy nakręcił Sanatorium pod Klepsydrą.
Druga z tych twarzy ŚWIATA SNU jest nie mniej senna, lecz tym razem czysto subiektywna. W snach często zdarza się nam, że nawet gdy śnimy coś bardzo rzeczywistego, to do końca nie potrafimy wchodzić w interakcje z otoczeniem, które nam się śni. Bardzo chcemy, lecz nie dajemy rady. Przedmioty są osobliwie daleko, a zarazem blisko, ludzie mają swoje twarze, a naraz mogą stać się kimkolwiek tylko tajemniczy kierownik snu sobie zażyczy. Kim on jest? Bogiem, fatum, losowym ułożeniem atomów? Ani we śnie, ani później na jawie nie jesteśmy w stanie się tego dowiedzieć, podobnie jak Alfons Van Worden (Zbigniew Cybulski), przemierzając jak w malignie groteskowe okolice zamku w Olsztynie, a dla niego Hiszpanii, usiane symbolami od wieków przerażającymi ludzi. Kruki, czaszki, spragnione miłości księżniczki, bajarze, potwory i przemożna chęć stania się pośród nich największym bohaterem.
W ŚWIECIE SNU wszystko jest możliwe – z tego też powodu nie należy mu ufać. On jest chwilowy i tak powinniśmy go traktować. ŚWIAT SNU działa jak lignokaina. Tylko na chwilę pozbawia bólu, ale nie usuwa jego przyczyny. W końcu znieczulenie przestanie działać i będziemy musieli skonfrontować się z ostatnim z Hasowych ŚWIATÓW, którego liczne forpoczty zjawiały się w Rękopisie – ŚWIATEM CIERPIENIA.
ŚWIAT CIERPIENIA – Pętla (1958)
Kto jak nie Marek Hłasko wiedział w owych czasach więcej o alkoholizmie? Powiedzieć jednak, że Pętla jest tylko wiwisekcją uzależnienia, to z kolei odebrać Hasowi miano wizjonera, a przecież bez wątpienia nim jako reżyser był. Owszem, głównym motywem Pętli jest trwająca zaledwie kilka godzin walka głównego bohatera, Kuby Kowalskiego (w tej roli fenomenalny Gustaw Holoubek), z potrzebą napicia się. Tak naprawdę pod maską tej walki kryje się wszelako coś znacznie ważniejszego – próba docieczenia, co sprawa, że pić się zaczyna, a potem nie można przestać.
Analiza psychologiczna i medyczna, co się dzieje w organizmie człowieka, że w pewnym momencie jest się już uzależnionym, schodzi na drugi plan, jest tłem dla bezpardonowego oskarżenia rzeczywistości, a dokładnie samych ludzi tworzących społeczeństwo, o skonstruowanie takiego świata, który nie daje spełnienia, nieważne, jak człowiek by się o nie starał. Ludzie w nim żyją i walczą o zdobycie egzystencjalnego minimum poprzez wypełnianie narzuconych obowiązków, nie dla przyjemności, lecz po to, żeby nie cierpieć, żeby wytrzymać jak najdłużej, aż śmierć naturalna będzie na tyle blisko, że nie trzeba będzie jej drastycznie przyspieszać.
Alkohol pomaga dotrwać do momentu, gdy więzy z życiem puszczają, a siła, by je ponownie złączyć, nie jest już taka, jak wtedy, gdy się miało jeszcze młodzieńczą nadzieję. Taki ŚWIAT CIERPIENIA opisał Hłasko, a sfilmował Has.
Polega on na niekończących się oczekiwaniach i krytyce, w przypadku filmu Hasa wyrażanych głównie przez telefon. Aparat telefoniczny jest bez wątpienia najbardziej symbolicznym elementem wpływu rzeczywistości na głównego bohatera, który łudzi się, że „minie rok i wszyscy zapomną, że byłem pijakiem, prawda?” Na te słowa w słuchawce rozlega się beznamiętne słowo „tak”, jakby ktoś wiedział lepiej, jak będzie i nie wierzył, że może być inaczej, mało tego, nie chciał przyłożyć ręki, żeby cokolwiek się zmieniło. Bo taki pokrętny i dwulicowy jest w Pętli ŚWIAT CIERPIENIA.
Jeśli Kuba akurat decyduje się, że wytrzyma te kilka godzin, aż przyjdzie po niego Krystyna (Aleksandra Śląska), telefon dzwoni, a rozmówca w słuchawce nie wierzy, że Kuba da radę i wypomina mu, co po pijaku nawojował. Kiedy kilkanaście godzin później już wyraźnie pijany Kuba ponownie odbiera telefon, kolejny głos w słuchawce utyskuje, że znów się spił. W postępowaniu ludzi na zewnątrz intymnego, poranionego nałogiem świata Kowalskiego nie ma równowagi – widać jedynie ich własny interes, służebność, którą odczuwają wyłącznie w stosunku do mrocznej i smutnej rzeczywistości zrujnowanego miasta lat 50.
A przecież Kuba, żeby sobie poradzić, nie potrzebuje wymówek przez telefon. Żeby wytrzymać, musi poczuć stabilizację bijącą z zewnątrz. Czy więc tylko on jest do końca winien, że się poddał, czy może inni zawiedli go na granicę załamania, doprowadzając do śmierci swoim egoistycznymi strofowaniami i bezpłodnymi oczekiwaniami?
ŚWIAT CIERPIENIA jest tworem wyłącznie ludzkim. Nie zależy od żadnej wyższej instancji, jakkolwiek chcielibyśmy usprawiedliwić nią nasze moralne dziwkarstwo. Odpowiadamy za niego, za to, czym jest i jaki ból powoduje. Szkoda, że wolimy uciekać w nałóg, a później rozpaczliwie leczyć z niego siebie i innych zamiast zmienić otoczenie, żeby nikt nie musiał cierpieć. Zadziałać prewencyjnie. Może nawet byłoby taniej w ogólnym rozrachunku.
Bo tak naprawdę trzeba jedynie trochę odwagi. Alkoholicy jej nie mają – zwykle to tchórze, ale nie zawsze w tym pejoratywnym sensie. Tchórzostwo często jest ich jedyną obroną własnej tożsamości, a paliwem dla niego środek odprężająco-znieczulający w postaci etanolu. Wymówką zaś bywają słowa, które dzwoniący dla spokoju własnych sumień wkładają im w usta:
„My, którzy pijemy, wiemy, że to nieważne dlaczego. Może jestem samotny, może zdradziła mnie dziwka, bez której nie mogę oddychać. Nieważne. Nie ma takiego nieszczęścia, samotności, kobiety, dla której warto byłoby pić, ale o tym wiedzą dopiero ci, co przepili wszystko – ci, co muszą pić. Wódka jest prawdą, którą rozumie się zawsze zbyt późno”. Podobnie jak ŚWIAT CIERPIENIA. On też jest prawdą, namacalną, realną i potężną, skonstruowaną w system. Jego bezsens objawia się wtedy, gdy zabrał nam na tyle, że bez pomocy już tego nie odzyskamy. Telefon jednak uparcie dzwoni, a po drugiej stronie drutów siedzą w świecie Hasa świnie dbające wyłącznie o swój interes.
„Tu jesteś, kurwo. [Wypiję cię do dna, a później sczeznę]”.
Wojciech Has – fantasta
Wielu reżyserów w latach 50. i 60. próbowało stworzyć spójny obraz człowieka po wojnie – człowieka mówiącego po polsku, z własną tożsamością, która nie uległa totalnej destrukcji w ramach wielkiego nazistowskiego planu eksterminacji Słowian. Has również próbował, aż w końcu zrozumiał, że zapisze się w historii kinematografii tylko wtedy, gdy odrzuci założenia polskiej interpretacji Nowej Fali, szkoły polskiej, zaangażowanego kina socrealistycznego i wszelkie inne zasady opracowane jako ramy, w które trzeba wejść i tak już trwać.
Has wykreował własne. Do dzisiaj pozostał jedynym prawdziwym surrealistą w polskim kinie. W jakimś sensie próbowali kontynuować jego dzieło Piotr Szulkin i Bodo Kox, ale ich filmowe światy wciąż pozostały niekompletne. Osobliwą, niefantastyczną wręcz fantastykę Szulkina ostatecznie pochłonęło niedofinansowanie i przeintelektualizowana filozoficzność. Nietuzinkowe eksperymenty Bodo Koxa wciąż są znane przez zbyt małe grono widzów, żeby wzbudziły powszechny i kultowy zachwyt. Być może Kox po prostu ma jeszcze czas na artystyczną sławę.
Tylko więc Wojciech Has odniósł na tyle niekomercyjny, a jednak w świadomości później urodzonych miłośników kina masowy sukces, że stał się ikoną polskiego filmu nadrealistycznego. I to nie tylko tego powojennego, który nareszcie wyrwał się szponom opowieści pokolenia wojnę pamiętającego i bez przerwy rozważającego sens istnienia wszystkiego, co nastąpiło po niej. Owa Hasowa narracja traktująca o człowieku jako takim, a nie powojennej istocie osadzonej w totalitarnym świecie, jest najprawdziwszą opowieścią o nas w historii polskiego kina. Wojna jest w niej wtórna. Najpierw jest człowiek jako twórca wszystkiego i tegoż beznadziejna ofiara.
Wszystko zaczyna się od ŚWIATA CZASU. Nie prosimy o niego, a jest nam dany wraz z narodzeniem. A później uczymy się, że jest dla nas wszystkim. Nie możemy się go pozbyć, bo za bardzo pragniemy się nim napawać, opóźniać jego bieg przez całe życie, nawet chwilę przed śmiercią. Kiedy jednak znajdujemy się na samym początku drogi, nic nas CZAS nie obchodzi. Nie jest dla nas częścią świata. Upływa zbyt wolno, żebyśmy zwrócili na niego uwagę. Zmyślnie się ukrywa, żeby dopuścić do głosu inny ŚWIAT – ten pełen MIŁOŚCI, bezpamiętnej lub spowszedniałej, niespełnionej lub szalonej i trwałej, pełnej słodyczy lub bólu, namiętnej lub rodzicielskiej…
…ŚWIAT MIŁOŚCI, od którego nie możemy się uwolnić, chociaż bardzo pragniemy. Według Hasa jest koniecznością, pokusą nie do odrzucenia, ciągłą pasją, nieważne, ilekroć przez nią upadniemy. Często wydaje się, że potrafi zatrzymać czas, lecz to jedynie złuda, potrzebna, żebyśmy zdołali replikować życie w imię instynktu zachowania gatunku. Gdy inaczej potraktujemy miłość, czeka nas to, co Felicję. Jak więc być kochanym i samemu nie kochać? Odpowiedź znajdziemy w…
…ŚWIECIE CIERPIENIA, który bardzo często mylimy z karą za to, co zrobiliśmy lub czego zaniechaliśmy. Podczas gdy jest on w Hasowym rozumieniu albo tworem człowieka, albo właściwością naszej substancji – rodzajem skłonności, atrybutu nieodzownego w tym, czym jesteśmy. Dlatego nie protestujmy, bo nigdy się to nie zmieni. Ile wódki wypije Kuba, zawsze będzie cierpiał, bowiem nie nauczył się bezpiecznej ucieczki w…
…ŚWIAT SNU, tylko że jeśli funkcjonuje się w nim nie na trzeźwo, sukinsyn lubi przemienić się ponownie w ŚWIAT CIERPIENIA – zadręczający niespełnionymi oczekiwaniami. miłościami, obowiązkami, winami. Kiedy jednak zachowamy miarę, ŚWIAT SNU będzie nam osłoną, nim przyjdzie ten właściwy CZAS. Kruki i kościotrupy u Hasa właśnie to symbolizują – nieodwracalność. Każda, nawet najbardziej awanturnicza przygoda, ma swój kres. Zatem uważajmy, co robimy we wszystkich tych światach i na wszelki wypadek zostawmy w nich coś dobrego po sobie…
…żeby nigdy nie narodził się ŚWIAT WOJNY.
Każdy z nich po swojemu trzeba przejść. Nie jest to wcale surrealistyczne, a jak najbardziej prawdziwie i spotykane. Surrealizm jest tylko maską, którą trzeba zedrzeć, żeby dotrzeć do prawdy. Człowiek Wojciecha Hasa jest tak kompletny i sugestywny, ponieważ rozumie, że pewnego dnia cała ta nasza powstrzymująca ŚWIAT CZASU retoryka upadnie, gdy wszystkie te światy zjednoczone przez moc Hypnosa zabierze będąca ich zwieńczeniem ŚMIERĆ.
