Publicystyka filmowa
5 filmów islandzkich, które TRZEBA znać!
Odkryj MAGICZNY ŚWIAT ISLANDZKIEGO KINA! Poznaj 5 filmów, które wnikają w tajemnice ludzkiej natury w unikalnym, wyspiarskim stylu.
Na florę i faunę Madagaskaru izolacja od świata wpłynęła bardzo pozytywnie. Większości występujących tam gatunków nie znajdziemy w żadnym innym zakątku świata. Islandia to właśnie taki kinematograficzny Madagaskar, nacechowany filmowym introwertyzmem oraz wyspiarskimi problemami Islandczyków, którzy, chociaż samotnie żyjący w oddali od europejskiej cywilizacji, nie przestają myśleć o sobie jak o nowoczesnym społeczeństwie (na co mają lewicowo pachnące dowody). Długie, zimowe dni wręcz prowokują do tworzenia dzieł filmowych naprawdę aspirujących do bycia genialnymi przykładami obrazowych wypowiedzi na temat tego, jaki jest człowiek.
Wybrałem te, które warto znać nie tyle ze względu na jakąś uznaną przez krytyków abstrakcyjną wartość, ile dlatego, że wnikają w istotę po islandzku rozumianego, wyspiarskiego człowieczeństwa.
Kłopotliwy człowiek (2006), reż. Jens Lien
Każdy z widzów zobaczy w tym filmie zupełnie innego typu metaforę, pod warunkiem, że zdążył już w toku swojego życia zaznajomić się zarówno z literaturą antyutopijną (Huxley, Lem, Swift, Sołżenicyn, Vonnegut, Orwell), jak i z filmem, który dotyka kwestii tworzenia nowych, idealnych społeczności oraz końca tych, już nam znanych (np.
Żony ze Stepford, 12 małp, Truman Show). Reżyser pozostawia nam spory zapas niewiadomych oraz niejasne zakończenie. Miesza mocno gatunki, co dodatkowo utrudnia jednoznaczne odczytanie przekazu. Raz stosuje narrację znaną z dramatów science fiction, a następnie zwalnia do poziomu suspensu znanego z komedii obyczajowych. Nie tylko jednak tutaj, w fantastycznych kontekstach, powinno się szukać jakiegoś ogólnego sensu produkcji.
A co wtedy, gdy rozwiązanie jest bardziej prozaiczne niż przedstawienie wynaturzonego obrazu nowej ludzkości po końcu świata? Nie chodzi o żaden model idealnego społeczeństwa przyszłości, do którego nie jest w stanie dojrzeć główny bohater (Trond Fausa Aurvaag jako Andreas).
To jest dokładnie nasza teraźniejsza, wielkomiejska, kapitalistyczna społeczność w najbogatszych krajach, gdzie emocje, potrzeby, a przede wszystkim indywidualne zdanie jednostki przestały mieć znaczenie. Nie jest to przy tym satyra na racjonalnie zorganizowane społeczeństwa skandynawskie. Bardziej dopatrywałbym się inspiracji w odosobnieniu niewielkiej społeczności Islandii, która tęskni za „innym” zapachem życia, nieważne, czy prawdziwym, czy kłamliwym, ważne że odmiennym. Produkcja Jensa Liena może faktycznie ucieszyć ateistów, bo idealne filmowe miasto podobne jest do karykatury nieba, a uciekający zeń człowiek ma ochotę na coś więcej niż schematyczne, idealne szczęście.
Dlatego robi wszystko, by znów upaść, nie w żaden metaforyczny grzech, lecz w konsekwencje swoich własnych, bolesnych wyborów. Wierzący też znajdą w Kłopotliwym człowieku satyrę na pierworodnie napiętnowaną duszę. Nawet mając wieczną i ostateczną idyllę na tzw. górze, istota ludzka woli skrzywdzić się tak bardzo, żeby zakosztować morderczego, zimnego dna.
Na głębinie (2012), reż. Baltasar Kormákur
Współczesne katastroficzne kino akcji przyzwyczaiło nas do głośnej muzyki, mnóstwa efektów specjalnych i dość szkicowo zaprezentowanych bohaterów. Oczywiście w tym rodzaju filmów przodują mistrzowie zza oceanu. Kino europejskie raczej nie ma zamiaru się z nimi mierzyć pod względem technicznym, chyba że przesuniemy nieco akcenty i gatunkową katastrofę obudujemy wciągającą historią zwykłego człowieka. W przypadku dzieła Baltasara Kormákura mamy do czynienia z jeszcze jednym ważnym aspektem, a mianowicie jego film Na głębinie spełnia zadanie edukacyjne. Katastrofa rybackiego kutra i desperacka walka o przetrwanie rybaka Gulliego (Ólafur Darri Ólafsson) posłużyły za oś akcji, jednak nie zdominowały całości produkcji. Pozwoliły, a raczej udostępniły miejsce konieczne dla wielu elementów opisujących zachowanie człowieka w skrajnie trudnych warunkach oraz umożliwiły przedstawienie widzowi ciekawej koncepcji naukowej człowieka z odmiennie zbudowaną tkanką tłuszczową, który potrafił przeżyć w lodowatej wodzie aż 6 godzin, dosłownie jak foka.
Cała historia wydarzyła się naprawdę w 1984 roku. Gulli jako jedyny przeżył zatonięcie statku rybackiego. Wszyscy jego towarzysze nie przeżyli hipotermii. On za to, gadając z krążącymi nad jego głową mewami, dopłynął w nocy do brzegu i jeszcze dotarł do miasta. Ot i cała historia, bez fajerwerków i hucznych przemów. Bohater także nie wygląda na superherosa. Jest zwykłym, prostym rybakiem z nadwagą. Prezentuje jednak cechy pojawiające się czasami u człowieka w granicznych sytuacjach. Poza tym dręczy go wyobcowanie i samotność. Może dlatego, że wokoło niego tak mało światła letniego słońca.
Z geograficznego punktu widzenia raczej nie powinniśmy na tej podstawie wyrabiać sobie opinii o warunkach życia w Islandii, bo to nie do końca prawda. Ciemne barwy w filmie są raczej metaforą życia Gulliego, który, dopóki przypadkowo nie wchodzi w rolę foki, nie wie, że jest aż tak wyjątkowy.
Fúsi (2015), Dagur Kári
Czasem życiowe pasje nie idą w parze z życiowym sprytem w sensie zapewnienia sobie społecznie uznawanej za sukces przyszłości. Tytułowy Fúsi (Gunnar Jónsson) jest gruby, łysy, źle ubrany, ma słabą pracę, wyśmiewają i dręczą go inni, nie ma partnerki, ale za to kocha rekonstruować bitwy z czasów II wojny światowej w postaci szczegółowo dopracowanych modeli i terenowych makiet.
Trzeba mieć naprawdę sporo zdolności manualnych, plastyczną wyobraźnię oraz cierpliwość, żeby uskuteczniać taką pasję. Uważany za półinteligenta, Fúsi z jednej strony nie potrzebuje nikomu udowadniać, że jest kimś więcej niż grubym odludkiem, a z drugiej jego życie tak się poukłada, że to właśnie kobieta zapewni mu szansę wyjścia ze swojej skostniałej pozy samotnika. Niestety ta warstwa świata, którą zwykliśmy uważać za rzeczywistość, naznaczona jest jeszcze ludzką interpretacją, i to właśnie jej czasami kłamliwą osnowę doskonale prezentuje film.
Fúsi jako człowiek nie jest zły, lecz poprzez swoją powierzchowność – uważaną przez dążące do wizualnej doskonałości społeczeństwo za pewnego rodzaju ułomność – może być za takiego uznany. Dostaje kopniaka i za niewinną zabawę z dziewczynką z sąsiedztwa, i za chęć bliskości z niestabilną emocjonalnie kobietą. Paradoksalnie jednak, jak chce to pokrętnie zaprezentować reżyser, dopiero tak traumatyczne doświadczenia umożliwiają mu uświadomienie sobie, że przecież to wszystko, w czym utkwił, jest tylko chwilową formą jego pełnego wolności życia. Dziecięca zabawa żołnierzykami nie mieści się w kategoriach dorosłości, chociaż wcale to nie oznacza, że na zawsze jest z niej wykluczona. Paradoks Fúsiego polega na tym, że odbudować się można dopiero po uświadomieniu sobie, jak istotne jest odważne podejmowanie decyzji – dopiero wtedy można być bezkarnie w oczach innych po trosze dzieckiem. Ten jest nieszczęśliwy, kto nie umie nim być, jak również ten, kto za bardzo tego pragnie. W kinie światowym niewiele jest tak humanistycznie kompletnych obrazów wyobcowania człowieka.
Nói Albinói (2003), Dagur Kári
Niektórzy widzowie zapewne łudzą się, że Noi (Tómas Lemarquis) odnalazł spokój i namiętnie gra w Mastermind o pornopisemka gdzieś w wyimaginowanym świecie zimowych bogów. Nic bardziej mylnego, bo nie zależałoby mu na tym. Tam również byłyby zasady, które nie zmieściłyby się w jego kongenialnym, chociaż niezdyscyplinowanym umyśle. Przez swoją młodość i niedoświadczenie Noi wpada w pułapkę buntu. Wydaje się dla nas zrozumiałe, że nastolatek chce uciec ze skutej śniegiem, niewielkiej mieściny, od monotonii życia z babcią i ojcem alkoholikiem. Zapomina jednak, że ślepy sprzeciw i kontestacja reguł zwykle prowadzą do jeszcze większego odrzucenia, jeśli wpierw nie ma się wyrobionej pozycji w zgodnym z nimi życiu.
Noi jednak nie potrafi być ani tak przebiegły, ani dwulicowy, i w tym sensie jest rzeczywiście opóźniony, a może lepiej go określić młodocianym socjopatą. Los, a raczej umysł reżysera zgotował mu jednak ironiczną kulminację życia. Pozostały mu jedynie zapisane na slajdach marzenia o ciepłych krajach, a wokoło namacalna, prawdziwa otchłań zimnej pustki, nie tej fizycznie rozciągłej, geograficznej, lecz egzystencjalnej, dojmującej wspomnieniami o niespełnionej miłości i onieśmielającej bólem tęsknoty za utraconymi bliskimi, którzy jeszcze chwilę temu wydawali się tak odlegli i znienawidzeni.
Dagur Kári nakręcił film oszczędny, wręcz scenograficznie biedny, z bardzo zdawkowymi dialogami oraz licznymi lukami w akcji, które widz musi sam sobie dopowiedzieć. W filmie zadziwia generalnie spokój, z jakim lokalna społeczność obserwuje narastający oportunizm Noiego, a z drugiej racjonalne i wiwisekcyjne podejście do problemu niedostosowania się młodego człowieka do znajdującej się już tuż za rogiem dorosłości, jeśli nikt z mądrzejszych, którzy ten bunt mają już za sobą, mu nie pomoże. Gdy wyjdziemy poza film na nasze postkomunistyczne podwórko, zobaczymy pod blokami mnóstwo podobnych chłopaków. Nikt im nie pomaga, a później ma pretensje, że podobno są nikim. Przecież jakby mogli.
Barany. Islandzka opowieść (2015), Grímur Hákonarson
Owce są z Islandczykami ponad tysiąc lat. Pomogły im przetrwać i zbudować nowoczesne społeczeństwo. Czas jednak mija swoim rytmem. W filmie Grímura Hákonarsona nieco ironicznym i sugestywnym znakiem współczesnych czasów na Islandii jest wożenie baranów na trójosiowych quadach. Ponadto jest ich więcej niż Islandczyków. Jak widać, zmieniły się środki transportu, ale podejście do tych zwierząt oraz ich historyczne znaczenie dla wyspy raczej nie, przynajmniej u pewnej grupy ludności.
Pewnie ci, co żyją w największych miastach na wyspie (a nie ma ich zbyt wielu), mają inne zdanie, bardziej nowoczesne, lewicowe, stechnicyzowane. Oficjalnie największe dochody gospodarce Islandii przynoszą jednak rybołówstwo, aluminium oraz turystyka. Owszem, hodowla owiec to kluczowa gałąź rolnictwa, jednak nie na tyle rentowna, żeby prześcignąć smaczną zawartość oceanu, z której i my w naszej części Europy korzystamy. Znając chociaż ten szkicowy obraz gospodarki Islandii i rolę owcy w świadomości kulturowej islandzkiego społeczeństwa, dużo łatwiej jest zrozumieć przywiązanie głównych bohaterów filmu do swojego, pasterskiego stylu życia. Bez owiec zginą, podobnie też jak dla owiec byliby w stanie poświęcić stare i samotne życie oraz zasady obowiązujące w nowoczesnym społeczeństwie.
Stare wraz z nowym ściera się podobnie, niezależnie od szerokości geograficznej, kultury, klimatu, poziomu wykształcenia, światopoglądu itd. Nowe jednak nie zdaje sobie sprawy, jaką zaciętość posiada to, co istniało dłużej niż wszelka nowość. Barany. Islandzka opowieść jest znakomitym obrazem o panującym wśród bliskich sobie ludzi radykalnym niezrozumieniu. Zgasić je może dopiero inne, jeszcze radykalniejsze niezrozumienie, sprzeciw, bunt, a raczej ich wszechpotężna przyczyna – śmierć. Nieważne, czy zwierzęcia, czy człowieka. Koniec życia jest paradoksem i absurdalnie łączy ludzi nie tylko w islandzkich opowieściach.
