Zestawienie

CZŁOWIEK O ANIELSKICH USTACH. 5 najlepszych ról Jona Voighta

Autor: Odys Korczyński
opublikowano
Wstyd się przyznać, ale bardzo długo nie zdawałem sobie sprawy, że Jon Voight jest ojcem Angeliny Jolie, której fenomenu aktorskiego i wizualnego nigdy zresztą nie rozumiałem. Co innego z Voightem. Ten obdarzony nieco kobiecą urodą blondyn o wzroście przekraczającym 190 centymetrów dał się mi zapamiętać na początku lat 90. za sprawą filmu Uciekający pociąg. Od tamtej pory oglądałem dzieło Konczałowskiego kilkanaście razy, zawsze z tym samym zainteresowaniem i napięciem.
Oskar „Manny” Manheim, Uciekający pociąg (1985), reż. Andriej Konczałowski

To jeden z tych filmów, w których przeszłość bohaterów nie ma znaczenia. Mogą być drobnymi złodziejaszkami albo niebezpiecznymi mordercami (pewnie za wyjątkiem dzieciobójców), a i tak wybaczy się im wszystko, co kiedyś zrobili. Ważne, co dzieje się z nimi teraz. W tym przypadku – jak poradzą sobie z nietuzinkowo rozegraną fabułą, wówczas jeszcze nie aż tak ograną w kinematografii. Pociąg bez hamulców pędzi 160 kilometrów na godzinę gdzieś na zaśnieżonym i mroźnym odludziu. Jon Voight gra u Konczałowskiego rolę skazańca, Manny’ego, pozbawionego skrupułów, doświadczonego przez więzienne życie, a zarazem potrzebującego wolności w najbardziej pierwotny, zwierzęcy sposób. Na ekranie partneruje mu Eric Roberts, młodzik, zafascynowany starym kiciowym wyjadaczem niemal jak syn ojcem. Razem tworzą niesamowity duet, jeden z najlepszych, jakie widziałem w kinie. Są zarazem wrogami, jak i przyjaciółmi; zarówno zwierzętami walczącymi o przetrwanie, jak i zaszczutymi, obłąkanymi strachem ludźmi. Manny uważa się wręcz za coś jeszcze bardziej niebezpieczniejszego i gorszego, zwłaszcza kiedy wypowiada swoją najważniejszą kwestię w filmie („Gorzej! Jestem człowiekiem!”). Wtedy cała ta nieco androgeniczna, wręcz anielska uroda Voighta, za którą widz chciał iść jak zahipnotyzowana ofiara mająca nadzieję na mistyczny ratunek, okazuje się cechą jeszcze bardziej pogłębiającą dzikość bohatera. W rzeczy samej finał Uciekającego pociągu ma coś, co wymyka się racjonalnego osądowi. Bez wątpienia Voight powinien dostać za tę rolę Oscara.

Joe Buck, Nocny kowboj (1969), reż. John Schlesinger

Ilu to facetów przejechało się na myśleniu, że jak zostaną żygolakami, to będą mieli pieniędzy bez liku, a ich klientkami będą wyłącznie najpiękniejsze kobiety? Żyć nie umierać, niemal jak w raju. Rzeczywistość Nowego Jorku okazała się jednak zgoła inna, o czym przekonał się Joe Buck. Na ulicy stało zadziwiająco wielu mężczyzn w kowbojskich ubrankach, zainteresowanych bynajmniej nie tylko wdziękami kobiet. Gdybym miał wybierać, wolałbym, żeby Voight właśnie za jego rolę dostał Oscara. Czasem nie trzeba być na ekranie zbyt mądrym i patetycznie dramatycznym, żeby pokazać talent. Postać kowboja Bucka jest trudna w odbiorze, nie budzi sympatii, może właśnie z powodu niezbyt inteligentnego spojrzenia i prostej intonacji języka. Ogląda się ją raczej z dystansu, z początku w ogóle jej nie kibicując. Schlesinger tak prowadzi fabułę, że oswojenie widza z Voightem następuje opornie, ale jednak nie na tyle, żeby uciec od seansu. Niebagatelne znaczenie ma tu radio, które dla Bucka jest niemal tak ważne jak buty. Traktuje je z czułością godną wymarzonych kobiet-klientek, a im chce tylko robić dobrze – naiwny chłopak z prowincjonalnego Teksasu. Tak też traktują go wielkomiastowi, w tym na początku i widz, do momentu aż pojawia się Dustin Hoffman w roli bezdomnego Enrico. W relacji z nim Buck – a wraz z nim także Voight – staje się wielowymiarowy, stereofoniczny i poruszający.

Ostatnio dodane