search
REKLAMA
Biografie ludzi filmu

WILLEM DAFOE. Genialny brzydal

Dawid Myśliwiec

26 listopada 2017

REKLAMA

Rola w Plutonie przyniosła mu pierwszą nominację do Oscara, ale podczas gali w 1987 roku zarówno Dafoe, jak i jego kolega z planu Tom Berenger musieli uznać wyższość Michaela Caine’a, który zdobył statuetkę w kategorii najlepszy aktor drugoplanowy za Hannah i jej siostry Woody’ego Allena. Willem nie zamierzał się jednak obrażać na ten rezultat – zamiast tego postanowił jeszcze intensywniej pracować na sukces w zawodzie aktora. Udało mu się osiągnąć to już po kilkunastu miesiącach, w 1988 roku, kiedy to na Willema spłynął splendor wcielenia się w postać samego Jezusa. Ostatnie kuszenie Chrystusa w tamtych czasach było absolutnym szczytem aktorskich dokonań – Martin Scorsese, uskrzydlony szeregiem udanych projektów komercyjnych, postanowił sięgnąć po tematykę, której z definicji bała się większość reżyserów. Jeżeli ów projekt był ryzykowny dla uznanego reżysera, łatwo wyobrazić sobie, jak wielkim wyzwaniem Ostatnie kuszenie… było dla samego Dafoe. Co prawda chłopak z Wisconsin nie był pierwszym wyborem reżysera – przed nim w kolejce byli Aidan Quinn, Eric Roberts (!) i Christopher Walken – ale oferował maksimum zaangażowania i poświęcenia – ponoć scenę wtargnięcia węży do chaty Jezusa Willem odegrał z najwyższą starannością mimo obezwładniającej gorączki. Niewielu aktorów z ówczesnego Hollywood byłoby w stanie wziąć na barki tak obciążoną kulturowo i symbolicznie rolę, tymczasem dziś oglądając Ostatnie kuszenie… nie sposób wyobrazić sobie, by w filmie Scorsese Chrystusa mógł zagrać ktoś inny niż Dafoe.

Rok 1988 był dla Willema szczególny, bowiem zagrał wówczas jeszcze jedną bardzo ważną rolę, dziś wymienianą wśród jego najlepszych dokonań. W Missisipi w ogniu Alana Parkera wcielił się w rolę agenta FBI, usiłującego rozwiązać zagadkę zabójstwa na tle rasowym. W thrillerze Parkera partnerował Gene’owi Hackmanowi, który za swoją kreację otrzymał nominację do Oscara. I choć Dafoe nie został wyróżniony w podobny sposób, ta rola miała dla niego niezwykłą wartość – dowodziła bowiem, że Willem przekonująco wypada nie tylko jako szwarccharakter. Dekadę lat 80. zamknął ponowną współpracą z Oliverem Stone’em na planie Urodzonego 4 lipca oraz rolą greckiego Żyda, który „wyboksował” swoje ocalenie z obozu koncentracyjnego w Triumfie ducha Roberta M. Younga (oba filmy z 1989 roku). O ile tamto dziesięciolecie było dla Dafoe niemal nieustannym pasmem sukcesów i konsekwentną pracą na nazwisko w Hollywood, ostatnie lata XX wieku nieco wyhamowały rozwój jego kariery. Jeszcze w 1990 roku w Dzikości serca Davida Lyncha wcielił się w jedną z najbardziej charakterystycznych postaci w swoim dorobku, obrzydliwego gangstera Bobby’ego Peru, ale w kolejnych latach – mimo regularnego pojawiania się na ekranie w głośnych produkcjach i małych projektach – stworzył mniej pamiętnych kreacji. Ktoś wspomni żołnierza Johna Clarka z klasycznego sensacyjniaka Stan zagrożenia (1994) Phillipa Noyce’a, inni wymienią postać hakera-złoczyńcy z niesławnego Speed 2: Wyścig z czasem (1997) Jana de Bonta, ale nie były to role pokroju sierżanta Eliasa z Plutonu. Chyba dopiero kreacja w skądinąd kultowych Świętych z Bostonu (1999) Troya Duffy’ego, gdzie wcielił się w szalonego, homoseksualnego agenta FBI, wydobyła z Dafoe właściwe mu pokłady charyzmy.

Przełom tysiącleci był zresztą wyjątkowo udanym okresem w karierze, gdyż właśnie wtedy – a dokładnie w 2000 roku – stworzył najbardziej docenioną przez najróżniejsze gremia rolę. W Cieniu wampira mało znanego reżysera Edmunda Eliasa Merhigego wykreował postać Maxa Schrecka, człowieka, który wcielił się w rolę hrabiego Orloka w klasycznym dziele grozy Nosferatu: Symfonia grozy Friedricha Wilhelma Murnaua. Cień wampira jest fabularyzacją procesu tworzenia tego filmu, a postać Schrecka została tu ukazana jako istna fantasmagoria, wampiryczne wcielenie rzeczywistego aktora. Dafoe brawurowo wydobył z tej kreacji całą grozę i gotycki charakter, a wraz z Johnem Malkovichem jako F.W. Murnauem stworzyli znakomity duet aktorski. W nowe tysiąclecie dobiegający do pięćdziesiątki Willem wkraczał więc z podniesionym czołem, z optymizmem patrząc w przyszłość. Wkrótce ponownie trafił do świadomości masowej widowni (Cień wampira miał bardzo wąską dystrybucję) za sprawą swego komiksowego wcielenia – w Spider-Manie (2002) Sama Raimiego stworzył demoniczną postać głównego złoczyńcy Normana Osborna vel Green Goblina, dopisując do swego dorobku jeden z największych sukcesów kasowych. Dwa lata później Podwodnym życiem ze Stevem Zissou zapoczątkował współpracę z Wesem Andersonem, z którym zrealizował dotąd trzy filmy – dokładnie tyle, ile do dziś udało mu się zrealizować z Larsem von Trierem, u którego debiutował w 2005 roku w Manderlay, by cztery lata później stworzyć znakomitą kreację w kontrowersyjnym Antychryście. Ostatnich kilka lat to w zasadzie ciągłe potwierdzanie klasy przez Dafoe – bez względu na to, czy jest Pasolinim u Abla Ferrary, poluje na tygrysa tasmańskiego w eko-thrillerze Łowca (2011) Daniela Nettheima czy jest podejrzanym o Morderstwo w Orient Expressie (2017), Willem to aktor, który nie pozwala sobie na słabszą formę.

Jego aktorskich losów nie sposób streścić w kilu zdaniach – od momentu debiutu zagrał w ponad 90 filmach pełnometrażowych, kilku krótkich formach, wielokrotnie użyczając także swojego głosu w animacjach i grach komputerowych – wśród tych pierwszych wymienić należy przede wszystkim Gdzie jest Nemo? (2003) oraz Gdzie jest Dory? (2016), z tej drugiej kategorii wart wspomnienia jest przede wszystkim tytuł Beyond: Two Souls, najbardziej filmowa z gier, w której Willema można nie tylko posłuchać, ale także „obejrzeć”, bowiem Beyond to jedno z najwspanialszych dokonań techniki motion capture (główną rolę w grze zagrała Ellen Page). Nie można też zapominać o wyczynach Dafoe w reklamach, w których zagrał m.in. samego diabła, a nawet… Marilyn Monroe. W dorobku chłopaka z Wisconsin, który niegdyś wyleciał z liceum za próby nakręcenia filmu porno, znajdują się dziesiątki fenomenalnych ról – także tych niewielkich, kilkuminutowych. Ów brzydal z Appleton ma w sobie pewną rzadko spotykaną cechę – wystarczy, by jedynie przemknął przez ekran, a bezpowrotnie zapada w pamięć każdego widza.

Avatar

Dawid Myśliwiec

Zawsze w trybie "oglądam", "zaraz będę oglądał" lub "właśnie obejrzałem". Gdy już położę córkę spać, zasiadam przed ekranem i znikam - czasem zatracam się w jakimś amerykańskim czarnym kryminale, a czasem po prostu pochłaniam najnowszy film Netfliksa. Od 12 lat z różną intensywnością prowadzę bloga MyśliwiecOgląda.pl.

zobacz inne artykuły >>>

REKLAMA