search
REKLAMA
Zestawienie

Wielki wizjoner. 5 NAJLEPSZYCH filmów WOLFGANGA PETERSENA

Lista pięciu filmów autorstwa Wolfganga Petersena, które na stałe zapiszą się w historii kina.

Jakub Piwoński

17 sierpnia 2022

REKLAMA

Pożegnaliśmy Wolfganga Petersena, jednego z najbardziej znanych i cenionych reżyserów niemieckiego pochodzenia działających w Hollywood. Stworzył niezapomniane obrazy, pracując z wielkimi gwiazdami kina. Najlepiej czuł się w wielkich, wysokobudżetowych widowiskach. Bliskie mu było kino gatunkowe. Oto pięć moim zdaniem najlepszych filmów tego reżysera, które po prostu trzeba znać.

Troja

Troja nie jest widowiskiem idealnym. Ma swoje grzeszki, wśród których tym najbardziej doskwierającym jest ten związany z przesadnym patosem bijącym od filmu. Jego tempo być może także pozostawia wiele do życzenia. Ale jestem zdania, że Troja jest jednocześnie ostatnim wielkim widowiskiem Petersena, który w Hollywood stał się specjalistą od tego rodzaju rozrywki. Troja to też jedno z ostatnich wspomnień czasów, gdy w fabryce snów producenci nie bali się ryzykować wielkich pieniędzy na filmy o charakterze historycznym. W tym wypadku odważnie zakładano, że amerykańska widownia zainteresuje się opowieściami zaczerpniętymi z europejskich mitów. Bo dziś, jak wiadomo, sprzedają się głównie mity amerykańskie, których realizacją są przygody superbohaterów. Przyznaję, że będę w tej opinii trochę nieobiektywny, bo mam do Troi po prostu ogromny sentyment. Raz, że swego czasu na zabój zaczytywałem się w historii tej wojny, a dwa, że brawura i rozmach tego filmu do dziś mnie powalają. Brad Pitt prowadzący korowód gwiazd tego filmu to z pewnością kolejna, duża zaleta filmu. Innym jest to, że to wzorcowy przykład dawnej spektakularności, w których nie chodzi tylko o namnożenie scen akcji, tylko po prostu o zaprojektowanie historii, która sama w sobie jest spektakularna.

Na linii ognia

W podręcznikach historii kina ten film powinien widnieć pod hasłem kino sensacyjne. Akcja rozgrywa się na linii ognia, a my siedzimy praktycznie na krawędzi fotela podczas jej oglądania. Wszystko za sprawą pomysłu, według którego w stanie zagrożenia znajduje się pierwszy obywatel, prezydent USA. Choć fabuła jest fikcyjna, budzi oczywiste skojarzenia ze słynnym zabójstwem JFK. Magia kina działa jednak tak, by pewne rzeczy w świecie ulepszać, więc i historia zostaje naprawiona, gdyż doświadczonemu agentowi ochrony udaje się udaremnić atak na prezydenta, pozostawiając nas z uczuciem zaufania do świata. Świetna, nieustannie trzymająca w napięciu fabuła wsparta została solidnym aktorstwem. Malkovich w roli asasyna to majstersztyk i moim skromnym zdaniem jedna z tych esencjonalnych kreacji aktora, typowych dla jego emploi. Natomiast zupełnie powala energia Eastwooda, który kto jak kto, ale potrafi starzeć się z klasą. Podczas gdy Tom Cruise zdobywa przestworza, wmawiając wszystkim, że wciąż jest nastolatkiem, Eastwood w momencie kręcenia Na linii ognia był zaledwie trzy lata starszy od gwiazdora (miał 63 lata, Cruise ma 60), a ma na twarzy nieporównanie więcej zmarszczek i siwych włosów. Nadaje to jednak jego bohaterowi nieporównanie więcej autentyzmu.

Mój własny wróg

Widziałem Mojego własnego wroga zaledwie raz (szykuję się wkrótce do powtórki), ale bardzo mocno zakodował się on w mojej pamięci. Wiąże się to rzecz jasna z kapitalnym konceptem, realizującym najlepsze tradycje fantastyki naukowej, w tym wypadku traktującej o bliskim spotkaniu człowieka i kosmity. Mój własny wróg to jedna z najbardziej dosłownych historii z zaplecza fantastyki kontaktowej, gdyż bohater nie jest ani porwany przez obcych, ani nie walczy z nimi w oddalonych od siebie statkach kosmicznych, tylko spotyka się z kosmitą face to face i jest skazany na życie z nim na jednej przestrzeni. Trochę słychać tu echa Daniela Defoe i jego Przypadków Robinsona Crusoe, ponieważ relacja z kosmitą przypomina tę z Piętaszkiem. Podkreślić należy, że w sposób analogiczny film stanowi zatem kolejną metaforę społecznych uprzedzeń z tytułu kolory skóry i pochodzenia etnicznego (wszak w dwójkę bohaterów wcielili się biały Denis Quaid i czarny Louis Gossett Jr.). I robi pod tym względem lepszą robotę niż niejeden współczesny film silący się na poprawność polityczną.

Niekończąca się opowieść

Nie wiem, czy istnieje w historii kina obraz, który byłby bardziej magiczny, baśniowy, niezwykły. Gatunek fantasy ma swoją bogatą realizację w kinematografii, ale większość z tych filmów opiera się jednak na zasadzie pozornego realizmu. Fantastyczny świat zostaje tak drobiazgowo zaprojektowany, że zadaniem widza jest uwierzenie w to, że faktycznie istnieje. Natomiast Niekończąca się opowieść to coś, co wyjęte zostało jak żywo z marzeń sennych i ani na chwilę nie odrywa się od tej onirycznej stylistyki, a także od założenia, jakoby wszystko, co widzimy na ekranie, było całkowicie nierealne. Właściwością człowieka jest jednak skłonność do snucia niewyobrażalnych, fantastycznych wizji, niekoniecznie związanych z rzeczywistością, niekoniecznie zdolnych do zaistnienia. Mówi się, że gdy surrealistyczny malarz lub pisarz tworzący fantastykę roztoczy swą wizję, to jest to wówczas najwyższy wymiar sztuki, bo nie kopiuje niczego z tego, co widzi, tylko tworzy nowe. Patrząc na Niekończącą się opowieść pod tym tylko względem, jest ona dla mnie najwyższym wymiarem sztuki właśnie, a dodać należy, że jej przenikliwy, unikalny baśniowy klimat nie jest jedyną jej zaletą. Cudowna rzecz.

Okręt

Nie wiem dlaczego, ale mam wrażenie, że paradoksalnie najlepsze filmy wojenne to te, które nie chwalą wojny jako sposobu rozwiązywania konfliktów. Gatunek ten charakteryzuje się tym, iż w dużej mierze podważa ona sens głównego czynnika stojącego u swych podstaw. W Okręcie nie chodzi przecież o to, by fetyszyzować narzędzia zniszczenia, by pokazywać uczestników wojny jak nieskazitelnych bohaterów. To raczej opowieść o skołowaniu zarówno sytuacją wojenną, jak i ograniczoną przestrzenią, na której przyszło członkom niemieckiego U-Boota wojować. Ta łódź podwodna poszła wyraźnie pod prąd, gdyż w sposób jawny zrelatywizowała wizerunek złego Niemca, agresora. Ale odważne przesłania to jedno. Okręt stoi przede wszystkim znakomitą realizacją, za sprawą której Petersen został dostrzeżony w Hollywood. W swoim tekście z 2014 roku poświęconym filmowi Petersena pisałem: „za wyjątkowością Das Boot przemawiają nie tylko przesłania ukryte w solidnej podstawie fabularnej, ale także fakt, iż film wypadł znakomicie od strony realizacyjnej. Efektem tego było nominowanie filmu do Oscara nie tylko za scenariusz (adaptowany), ale także w takich kategoriach jak: reżyseria, zdjęcia, dźwięk, montaż i montaż dźwięku. Na uwagę zasługują szczególnie zdjęcia autorstwa Josta Vavano, charakteryzujące się brawurową jazdą kamery przez ciasne korytarze okrętu. W wypadku wszelkich wyróżnień, jakie spadły na obraz Petersena, pominięto jednak pracę wykonaną przez Klausa Doldingera – kompozytora muzyki. Nie ulega wątpliwości, iż słynny motyw muzyczny jest jednym z tych elementów filmu, który potrafi wyróżnić się na tle innych i silnie oddziaływać na widza. Motyw ten poniekąd zaczął później żyć własnym życiem”. Jak i sam film, stając się wzorem dla wszystkich tworzących filmowe opowieści o łodziach podwodnych.

Jakub Piwoński

Jakub Piwoński

Kulturoznawca, pasjonat kultury popularnej, w szczególności filmów, seriali, gier komputerowych i komiksów. Lubi odlatywać w nieznane, fantastyczne rejony, za sprawą fascynacji science fiction. Zawodowo jednak częściej spogląda w przeszłość, dzięki pracy jako specjalista od promocji w muzeum, badający tajemnice początków kinematografii. Jego ulubiony film to "Matrix", bo łączy dwie dziedziny bliskie jego sercu – religię i sztuki walki.

zobacz inne artykuły >>>

REKLAMA