Connect with us

Publicystyka filmowa

Filmy WOJENNE, których NIE ZNASZ, a powinieneś

Odkryj FILMY WOJENNE, których NIE ZNASZ, a powinieneś! Zaskakujące produkcje, które wciągną Cię w świat wojennej grozy i emocji.

Published

on

Filmy WOJENNE, których NIE ZNASZ, a powinieneś

Skonstruowanie podobnego rankingu to zawsze rzecz niełatwa. Wszak jako autorka piszę oczywiście w sposób subiektywny, a gusta są różne. Starałam się jednakowoż polecić kinomanom zagłębiającym się w nasze artykuły filmy, które niezbyt często pojawiają się w tego typu spisach, a które zdecydowanie warte są uwagi. Szczególnie że wiele z nich to perły częstokroć przewyższające pod względem artystycznym czy wizualnym te „klasyczne” lub najczęściej wspominane produkcje. Czy uda mi się was zaciekawić do sięgnięcia po niektóre z nich? Mam nadzieję, że tak, gdyż uważam, że każdy z niżej wymienionych filmów to kino najwyższej próby.

Advertisement

UWAGA: od razu chciałabym uciąć komentarze. Z mojej perspektywy filmy, które „jedynie” dzieją się w czasach konfliktów zbrojnych – a nie tylko obrazują batalie i starcia militarne – również należą do szeroko rozumianego nurtu kina wojennego. I często w o wiele bardziej dosadny sposób ukazują grozę wojny – choćby z perspektywy obserwatorów tych wydarzeń.

Dzieciństwo Iwana (1962)

W 1962 roku jeden z najwybitniejszych rosyjskich twórców filmowych Andriej Tarkowski zadebiutował swoim pierwszym filmem pełnometrażowym pt. Dzieciństwo Iwana. W główną rolę wcielił się utalentowany młody aktor Nikołaj Burlajew. Film ten rozgrywa się w czasie II wojny światowej i jest historią dwunastoletniego chłopca-sieroty Iwana. Kiedy wojska radzieckie toczą walkę z wojskami niemieckimi, Iwan działa jako zwiadowca-partyzant. Liczne retrospekcje pozwalają nam dowiedzieć się, że rodzice chłopca zginęli z rąk Niemców.

Advertisement

Schwytany przez żołnierzy rosyjskich Iwan zostaje przesłuchany przez porucznika Galcewa (Jewgienij Żarikow). I tu po raz pierwszy poznajemy naznaczone wojną oblicze chłopca. Mimo młodego wieku ma silny charakter, nie pozwala sobą rządzić, jest butny i pewny siebie. On nie zadaje pytań, on stawia wymagania. To dorosły, doświadczony żołnierz w skórze dwunastolatka. Jego charyzma jest szokująca nawet dla dorosłych żołnierzy – stoi bowiem przed nimi wątły, niepozorny blondynek. Postura i anielska twarz chłopca niezwykle silnie kontrastują z jego postawą i zamierzeniami. A jednak jest w tym niewinnie wyglądającym dziecku pewien rodzaj arogancji i wściekłości.

To on wydaje rozkazy. Czasy beztroski i szczęścia ujawniane są nam tylko w snach Iwana. Tarkowski lubi zresztą kontrasty. Czyż nie największym jest właśnie zestawienie dziecka i wojny? Zaślepiony nienawiścią i pałający chęcią zemsty i zdeterminowany Iwan za swój cel stawia walkę na linii frontu.

Advertisement

Zatrzymajmy się jeszcze na moment przy wspomnianych kontrastach. Tarkowski dzieli film na dwie sfery – tak drastycznie od siebie różne sferę jawy (wojna) i sferę snu (wspomnienia). W tej pierwszej uśmiech nie pojawia się już na twarzy Iwana, nie licząc spotkania z kapitanem Cholinem (Walentin Zubkow, choć rola ta pierwotnie była przeznaczona dla Włodzimierza Wysockiego). Dramat, który go spotkał, sprawił, że nagle zmuszony został stawić czoła problemom, które dziecka nigdy dotknąć nie powinny. Ale mimo charyzmy, jaką przejawia Iwan, mimo iż, jak sam podkreśla, „sam sobie jest panem”, wciąż jest w nim coś z małego chłopca. Zdarza mu się stracić siły i zapłakać. Nie radzi sobie też zupełnie z nawracającymi koszmarami i wizjami, ale z taką traumą mógłby nie poradzić sobie nawet najbardziej doświadczony dorosły.

Mimo wielu typowo wojennych scen zamierzeniem Tarkowskiego było przede wszystkim pokazanie skutków wojny. I nie chodzi tu o śmierć czy zniszczenie (choć i tego w filmie nie brakuje) Chodzi o zniszczenie ludzkiej psychiki. Sam reżyser tłumaczy, że zestawiając dzieciństwo i wojnę, pragnął wyrazić całą swą nienawiść do niej.

Advertisement

W filmie nie zabrakło tak bliskich twórczości Tarkowskiego symboli chociażby wody, która w późniejszych filmach stała się znakiem rozpoznawczym reżysera, a także odwołań do chrześcijaństwa. Nic więc dziwnego, że ten stworzony na podstawie opowiadania Władimira Bogomołowa film zdobył tak wiele nagród, w tym Złotego Lwa na festiwalu w Wenecji w 1962 roku, oraz stał się inspiracją dla największych twórców światowej kinematografii, takich jak Kieślowski, Bergman czy Paradżanow.

Na koniec chciałabym jeszcze zatrzymać się na moment przy nieszczęsnym polskim tytule – Dziecko wojny. Decyzja o tej zmianie była moim zdaniem fatalna w skutkach. Tytuł oryginalny, Dzieciństwo Iwana, rozumieć można w dwojaki sposób. Z jednej strony dzieciństwem jest to, co poznajemy ze wspomnień chłopca; to, co bezpowrotnie przeminęło. Z drugiej zaś dzieciństwem jest czas wojny, czas zemsty, kiedy to sprawami dorosłych ludzi zmuszony jest zajmować się dwunastolatek.

Advertisement

Film Tarkowskiego z pewnością znany jest większości z was i powyższa analiza zapewne była dla was tylko przypomnieniem. Tym, którzy jakimś cudem jeszcze na to dzieło nie trafili, z całego serca polecam je obejrzeć, bo takich filmów nie tworzy się już prawie wcale.

Advertisement

Shooting Dogs (2005)

W 1994 roku w wyniku ludobójstwa dokonanego przez lud Hutu na przedstawicielach ludu Tutsi zginęło 800 tysięcy ludzi. Pomimo ogromu tej tragedii była to jedna z wojen, o której „biali ludzie” nie mieli pojęcia. Bo, jak udowadnia to w swym filmie Shooting Dogs Michael Caton-Jones, podziały rasowe mają w kwestiach wojennych znaczenie ogromne.

A wszystko zaczyna się niewinnie – od spisywania ludności Tutsi, nazywanej przez Hutu karaluchami. Czy jednak takie spisy czegoś nam nie przypominają? Czyż nie niemal identycznie zaczynało się stygmatyzowanie Żydów? Jak udowadnia Caton-Jones, nic to nas nie nauczyło.

Advertisement

W Ruandzie zaczyna się rzeź. Na ulicach mordowanych jest tysiące ludzi, w tym także dzieci, z plemienia Tutsi. Ci, którym cudem udało się ocaleć, szukają schronienia w prowadzonej przez ojca Christophera (John Hurt) szkole, gdzie stacjonują siły ONZ. Wśród osób tych oprócz czarnoskórych Tutsi znajduje się również czterdziestu Europejczyków. Według ONZ to „białym” należą się godziwe warunki. Zupełnie tak, jak gdyby Tutsi nie byli takimi samymi ludźmi czującymi przerażenie i smutek. Choć po drugiej stronie szkolnej bramy bardzo szybko zbierają się uzbrojeni Hutu, choć mordują niemal na oczach wojskowych z Europy, choć tylko czekają na jeden fałszywy ruch, by zaatakować chroniących się na terenie szkoły Tutsi – przedstawiciele ONZ mają, jak sami podkreślają, związane ręce.

Ich zadaniem bowiem jest tylko monitorowanie porządku, a nie jego zaprowadzanie. Kpina? Tak, i to jawna, jednak jak wynika z jednej z rozmów przeprowadzonej z zamartwiającym się sytuacją nauczycielem przez pozbawioną całkowicie emocji dziennikarkę, to przecież tylko „sterty czarnoskórych”. A skoro to nie „nasi”, to ciężko się nimi przejmować. Shooting Dogs, znany również pod tytułem Beyond the Gates, to wstrząsający film nie tylko o masakrze dziejącej się tak niedawno, to także film o rasizmie i bezradności ONZ oraz innych organizacji, które w razie podobnych sytuacji tak naprawdę niewiele mogą (chcą?) zrobić.

Advertisement

Braterstwo broni (2004)

Jest rok 1950. Trwa wojna między Koreą Północną a Koreą Południową. W wyniku łapanki pod przymusem do wojska zostają wcieleni dwaj całkowicie przeciwni wojnie bracia – Jin-tae (Dong-gun Jang) i Jin-seok (Won Bin). Zanim zostali powołani do wojska, Jin-tae był ciężko pracującym szewcem. Poświęcał się, aby pomóc finansowo młodszemu bratu, ten bowiem potrzebował środków materialnych na edukację. Ale nawet w wojsku braterska miłość nie słabnie. Jin-tae przysięga sobie, że za wszelką cenę będzie chronił brata i zrobi wszystko by ten został oddalony do domu, nawet jeśli ceną poświęcenia miałoby być życie. Jednak dotychczas przeciwny wojsku Jin-tae z biegiem czasu i pod wpływem sytuacji, w jakiej się znajduje, zaczyna się zmieniać, a między braćmi zaczyna dochodzić do konfliktów.

Advertisement

Film w reżyserii Je-gyu Kanga niczym nie odbiega od najbardziej znanych amerykańskich filmów wojennych. Jest w nim nawet coś, co je przewyższa, a mianowicie skala okrucieństwa, spirala nienawiści, która zostaje pokazana bez zbędnego emanowania przesadnym patosem. Kang pokazuje wojnę realistycznie. Krew leje się tu strumieniami. Mamy samobójstwa poprzez postrzał w głowę, a więc i także widoki przestrzelonej czaszki i wypływającego mózgu, mamy całe masy zamordowanych żołnierzy, mamy amputowane w wyniku działania min przeciwpiechotnych kończyny, mamy paskudne rany, którymi żywią się larwy.

Reżyser nie stara się niczego upiększać, niczego ukrywać ani chronić nas przed tymi okrutnymi obrazami, których wolelibyśmy nie oglądać. Kang nie oszczędza widza. Na ekranie mamy śmierć, ból, cierpienie i strach. Mamy także głód i walkę o pożywienie. Aspekty fizycznego cierpienia to jednak nie wszystko – Kang nie zapomina o tym, aby ukazać kondycję wyniszczonego wojną ludzkiego ducha. I aby pozostać uczciwym, pokazuje nam nie tylko zbrodnie komunistycznego reżimu, ale również brutalność własnego narodu, chociażby w sposobie traktowania jeńców wojennych.

Advertisement

Film uzmysławia nam, że ludzie na wojnę reagują bardzo różnie. Jedni żołnierze od samego początku byli pogodzeni ze śmiercią. Nie próbowali nawet mieć nadziei na to, że mogą przeżyć i wrócić do swych rodzin. W innych natomiast odzywała się potężna wola walki i chęć przeżycia za wszelką cenę. Jak mówi jeden z nich: „będę zabijał nawet dzieci, aby przeżyć”. Różnie też odbierana jest kwestia honoru. Dla jednych celem lub wręcz zaszczytem jest zginąć, inni wprost zadają pytanie: czy warto dać się wyrżnąć za głupią ideę walki?

Reżyser filmu pokazuje nam także, jak wojna zamienia ludzi w bestie. Jak potrafią być zawzięci, fałszywi i przebiegli, czego dowodzi chociażby scena, w której pod zwłoki wymordowanej ludności podłożone zostają ładunki wybuchowe. Wojna wciąga w swój wir ludzi, którzy z początku nie chcą brać w niej udziału, lecz pod wpływem zdarzeń potrafią zmienić się nie do poznania.

Advertisement

Dużym atutem filmu są też występujący w nim aktorzy. Nie mogło niestety zabraknąć jednego dość znaczącego minusa, którym w tej produkcji jest muzyka – tak bardzo rzewna i tendencyjna, że trudno nie westchnąć, lecz nie z żalu, a irytacji. Ale cóż – mało kiedy coś jest idealne, a ścieżka dźwiękowa, choć faktycznie bardzo zła, nie przekreśla wartości filmu.

Advertisement

Czekista (1992)

„Rozstrzelać, rozstrzelać, rozstrzelać…” – ten beznamiętny wyrok pada raz po raz z ust czekistów. To właśnie do siedziby Czeka, czyli tajnej radzieckiej policji utworzonej przez Lenina po rewolucji bolszewickiej, przenosimy się we wstrząsającym filmie Czekista w reżyserii Aleksandra Rogożkina.

Chociaż powody oskarżenia bywają kpiną, a czasem wystarczy już samo nazwisko, nie ma miejsca na dyskusje i rozmyślanie. Wyrok jest zawsze ten sam – rozstrzelać. Jednym z wydających ten rozkaz jest pozbawiony skrupułów, emocji i sumienia szef gubernialnego Czeka Andriej Srubow (Igor Siergiejew). To on bez zająknięcia wydaje skazujące wyroki na wszelkiego rodzaju wrogów klasowych, których zdaniem czekistów należy unicestwić. Ludzie oskarżeni o różne pretekstowe przewinienia, przetrzymywani w podziemiach siedziby Czeka, zmuszani są do rozbierania się. Nikt nie przejmuje się tu wstydem. Nie ma na to czasu.

Advertisement

Kobiety i mężczyźni idą ramię w ramię, po czym zostają ustawieni piątkami w szeregu twarzą do ściany, a w tył ich głowy zostaje oddany strzał. I tak kolejni, i kolejni. Mamy wrażenie, że szeregi skazanych nie mają końca, o czym dobitnie przypominają nam zapisane na ścianach kreski. I być może nie byłoby to tak straszne, gdyby nie świadomość, że film Rogożkina opowiada o prawdziwych wydarzeniach z czasów wojny domowej, kiedy to w Związku Radzieckim wszelkich wrogów systemu traktowano bez litości (swoją drogą szacunek dla reżysera, że jako Rosjanin nie bał się zmierzyć z prawdą). Wszystko to odbywa się w szarych, zbryzganych krwią korytarzach.

Następnie zwłoki wyciągane są na linach do góry nogami i załadowywane na ciężarówkę. Widzimy przerażające stosy nagich ciał. To jedna wielka machina śmierci. Jak mówi jeden z bohaterów – to nie widowisko jak w egzekucjach, gdzie mordu dokonywano na oczach całego ludu, tu wszystko odbywa się po cichu. W ukryciu. I trwa krótką chwilę. To bardzo prosta zasada: był człowiek i nie ma człowieka. Ani nawet śladu po nim.

Advertisement

Ale film Rogożkina to nie tylko pokazanie hipokryzji czekistów i zastraszającego mordu wykonanego na tysiącach ludzi, wśród których mamy między innymi duchownych, intelektualistów czy Żydów. Reżyser zostawia też miejsce na przemyślenia. Między kolejnymi egzekucjami możemy posłuchać rozmów i rozważań głównego bohatera, Srubowa. Pytany o to, czy czuje żal i strach z powodu rozstrzelanych ludzi, twardo opowiada, że nie. Ale nie tylko on jest pozbawiony sumienia. Do Srubowa przychodzą też donosiciele, którym nawet na chwilę nie przychodzi na myśl, że ich donos prawdopodobnie pozbawi życia jakiegoś człowieka.

Podejście Srubowa z czasem się zmienia. W innym dialogu od jednego z wykonawców wyroku słyszymy taką oto wypowiedź skierowaną do Srubowa: „Ja jestem robotnikiem, a ty inteligentem. U ciebie jest filozofia, a u mnie nienawiść”. Jaki jest sens ludzkiego życia dla drugiego człowieka? A może nie ma go wcale? Przecież, jak wychodzi na jaw, w trakcie odczytywania oskarżeń czekiści nawet nie słuchają ich treści. Bez wątpienia reżyser podejmuje tu temat mordowania w imię chorej idei i pokazuje, że działanie to nie ma w sobie ani odrobiny patosu.

Advertisement

Aleja Snajperów (1997)

Kolejnym filmem na temat wojny, przy którym należy się zatrzymać, jest dramat w reżyserii Michaela Winterbottoma – Aleja Snajperów, którego akcja rozgrywa się w oblężonym przez Serbów Sarajewie. Reżyser w doskonały sposób pokazuje nam ludzką obojętność. Tym razem nie dotyczy ona ani żołnierzy, ani osób wydających wyroki, ale pracujących na terenie Sarajewa korespondentów wojennych. Kiedy akurat nie zajmują się kręceniem szokujących materiałów, czas upływa im na zabawach, imprezach, wesołych rozmowach i piciu drogich alkoholi. Tuż obok trwa wojna.

Advertisement

Ludzie żyją w obawie o własne życie, gdyż na każdym kroku czają się snajperzy. Nie mają tez pieniędzy nawet na jedzenie. Nikt nigdzie nie może czuć się bezpiecznie. Ale dla dziennikarzy nie ma to znaczenia. Kiedy wznoszą toasty, za oknami słychać kolejne wybuchy, na ulicach giną kolejni ludzie. Na domiar złego szokujące zdjęcia i materiały, do których chcą dotrzeć za wszelką cenę, wcale nie mają na celu pomóc temu miastu. Jak nietrudno się domyślić, chodzi o zwiększenie oglądalności programu i rozwój kariery. Obojętnością wykazują się też politycy, używając niedorzecznych argumentów. Ich zdaniem sytuacja w Sarajewie nie jest wcale najgorsza w porównaniu z innymi państwami, a jednak zapytani o to, jakie konkretnie państwa mają na myśli, nie potrafią odpowiedzieć.

Mówią też, że trzeba cierpliwości. Nic to, że na ulicach giną cywile, że giną też dzieci, nic to, że zaczyna się mordowanie muzułmanów – patrząc na rosnącą liczbę trupów i straszliwe rany, trudno mieć jakąkolwiek cierpliwość. Łatwo rzucać tak puste słowa, kiedy ma się zapewnione bezpieczeństwo i wszystko, co potrzebne do życia. Łatwo tak uspokajać, kiedy nie ma się w swoim pobliżu stosu zmarłych, krzyczących z bólu rannych czy płaczących z przerażenia dzieci. Bezczynność polityków i decydentów jest zatrważająca.

Advertisement

Ale wśród zobojętniałych korespondentów wojennych na szczęście znajduje się jeden, którego uczucia nie wygasły. Michael Henderson (Stephen Dillane) z zaangażowaniem zaczyna pomagać dzieciom z jednego z sierocińców. Na ile jednak w tej pomocy będzie gotów się posunąć?

Ogromnym atutem tego dramatu jest fakt, że jego twórcy do realizacji filmu wykorzystali prawdziwe zdjęcia. Dzięki temu zabiegowi wydarzenia z tamtego czasu zyskują znacznie bardziej dosadny wydźwięk. Nie możemy wzruszyć ramionami i powiedzieć sobie: „to tylko fikcja”.

Advertisement

Ostatnim, na co chciałabym zwrócić uwagę, jest muzyka. W scenach, kiedy widzimy zabitych, rannych oraz polityków którzy za wszelką cenę chcą uniknąć odpowiedzialności i nie mają zamiaru udzielać jakiejkolwiek pomocy, w tle słychać na przekór szyderczo wykorzystaną piosenkę Bobby’ego McFerrina „Don’t Worry, Be Happy”. Ogromne brawa dla twórców filmu.

Advertisement

Ziemia niczyja (2001)

Konfliktu między Serbami a Bośniakami dotyczy też komediodramat w reżyserii Denisa Tanovicia – Ziemia niczyja. W wyniku przypadku ranny bośniacki żołnierz Čiki (Branko Djurić) dostaje się do okopu leżącego na tak zwanej ziemi niczyjej między terenami, na których stacjonują wojska bośniackie i serbskie.

Do przeszukania tego okopu zostają z kolei wysłani dwaj żołnierze serbscy, w tym początkujący, nieobeznany jeszcze z bronią Nino (Rene Bitorajac). Na miejscu natrafiają na zwłoki zamordowanego Cery (Filip Šovagović), pod którego ciałem postanawiają umieścić minę wyskakującą. Działanie takiej miny polega na tym, że eksploduje ona nie w momencie, kiedy przyciśnie ją ciężar, ale kiedy się go z niej zdejmie. Serbowie liczą, że bośniaccy żołnierze wrócą po ciało swojego kolegi, a poruszenie go spowoduje eksplozję. Ukrywający się do tej pory Bośniak wychodzi ze swej kryjówki, morduje jednego z wrogich żołnierzy i staje twarzą w twarz z drugim z nich, darując mu jednak życie.

Advertisement

Między żołnierzami dochodzi do pokazu sił, gdzie górą jest ten, kto akurat ma broń. I chociaż obaj zaczynają się wzajemnie oskarżać, obwiniać i kłócić o to, kto zapoczątkował tę wojnę, mimo wzajemnej niechęci, która wszak nie wydaje się być nienawiścią, pojmują wnet, że muszą na moment zawiesić broń i zacząć ze sobą współpracować – tylko to pozwoli im bowiem przetrwać. Okazuje się jednak, że są w gorszej sytuacji, niż początkowo myśleli – leżący na minie żołnierz wcale nie jest martwy, a najmniejszy jego ruch może oznaczać tragiczną śmierć całej trójki.

Choć film Tanovicia ma w sobie liczne elementy komediowe, moim zdaniem od początku do końca więcej w nim dramatyzmu. Uwięzionych żołnierzy obserwują z dwóch stron wojska serbskie i bośniackie, nie mając najmniejszego pojęcia, że w okopie jest mina. Kiedy dochodzi do wezwania pomocy (ONZ), mamy niemal identyczną sytuację, jaką mogliśmy oglądać w filmie Shooting Dogs – organizacje pokojowe jedynie obserwują, nie mogą się jednak angażować. I chociaż w filmie pada zdanie: „wobec mordu nie należy pozostawać obojętnym”, dokładnie tak się dzieje.

Advertisement

Każdy, kto mógłby pomóc, umywa ręce i wycofuje się, nie bacząc na to, że zagrożone są trzy ludzkie życia. Podobnie jak w Alei Snajperów, padają tutaj wielkie słowa, obietnice, a także usprawiedliwienia, które tak naprawdę nie mają pokrycia i nic nie znaczą. Tanović także krytykuje w swoim filmie pazerność dziennikarzy. Zupełnie nie przejmują się oni ludzkim życiem i tragedią trójki żołnierzy – liczy się tylko pozyskanie ciekawego materiału. W pamięci pozostaje scena, w której dziennikarka prosi swego kamerzystę, by zrobił zbliżenie na twarz leżącego na minie żołnierza, w trakcie gdy saperzy będą rozbrajać minę.

Czyż nie jest objaw całkowitego odczłowieczenia? Tanović pokazuje nie tylko całkowity bezsens wojny, ale również bezduszność ludzi z różnych środowisk oraz potrzebę troszczenia się tylko o własne interesy. Zdradzę jeszcze, że film pozostaje tragicznym do samego końca i nawet jeśli kilka razy uśmiechniecie się podczas seansu, to zakończenie skutecznie zdejmie wam ten uśmiech z twarzy.

Advertisement

Wyspa kukurydzy (2014)

Na ziemi niczyjej rozgrywa się też akcja filmu Wyspa kukurydzy w reżyserii George’a Owaszwilego. Jest rok 1992. Trwa wojna między Gruzją a chcącą uzyskać niezależność Abchazją. Abchaski starzec (Ilyas Salman) wraz ze swoją wnuczką (Mariam Buturiszwili) osiedlają się na powstałej wczesną wiosną na rzece Inguri wyspie, na której niezwykła żyzność gleby pozwoli im na zasianie kukurydzy – głównego źródła pożywienia tamtejszych ludzi podczas zimy. Życie na wyspie płynie niespiesznie. Jej mieszkańcy praktycznie ze sobą nie rozmawiają, a ich głównym zajęciem jest ciężka praca.

Advertisement

Od podstaw budują drewniany domek, od podstaw sadzą kukurydzę. Są całkowicie zdani na naturę, która bywa okrutna. Ale nie mają innego wyboru. Ich wyspa znajduje się między terenami należącymi do Gruzji i Abchazji. Obok nich wciąż przepływają łodzie, raz należące do jednej, raz do drugiej strony konfliktu, ale ani starzec, ani dziewczyna nie wydają się tym przejmować. Oni mają swoją własną wojnę. Wojnę z naturą, która jest tak samo wyczerpująca jak konflikty zbrojne.

Pewnego dnia ich życie ulega zmianie. Na wyspie zaczyna bowiem ukrywać się zbiegły gruziński żołnierz. Czy starzec i dziewczyna w końcu zaangażują się w dziejący się tuż obok konflikt? Czy pomogą żołnierzowi, narażając własne życie? Wielu z was może zastanawiać się teraz, co ten film robi w rankingu filmów wojennych. Słychać wszak huki i wystrzały, mamy dwie strony konfliktu, mamy rannego żołnierza, ale nic poza tym. Przecież w głównej mierze jest to film o walce o przetrwanie. O tym, że wiatr czy ulewa może przekreślić wielomiesięczną pracę. Ale czy tylko? Wojny przecież nie trzeba pokazywać wprost, by o niej mówić.

Advertisement

Nie musi być też głośno i na bogato, jak mają to w zwyczaju robić Amerykanie. Może być kameralnie i niskobudżetowo, a będzie tak samo ekscytująco. A może nawet lepiej? Gwarantuję, że okraszony niesamowitymi zdjęciami film w reżyserii Owaszwilego dostarczy wam wielu emocji.

Advertisement

Miasto życia i śmierci (2009)

Chińczycy również mają swojego Spielberga. I nazywa się on Chuan Lu. Podobały się wam pod względem realizatorskim takie produkcje jak Szeregowiec Ryan, Dunkierka czy 1917? Ten kapitalnie zrealizowany film wojenny nakręcony został z takim rozmachem, że trudno sobie wyobrazić, że nie wyszedł spod ręki Nolana czy innych specjalistów od widowiskowego kina. Jest to przy tym obraz niesłychanie wstrząsający, niemal dokumentalny.

Lu z dokładnością (i uczciwością, co było dla mnie ogromnym zaskoczeniem) dobrego dokumentalisty ukazuje nam bodaj najbardziej niechlubną część historii narodu japońskiego – tzw. masakrę nankińską, nie bez przyczyny określaną „gwałtem Nankinu”.

Advertisement

W 1937 roku Nankin był stolicą Chin, do której wkroczyła Cesarska Armia Japonii, by przez następne sześć tygodni dokonywać nieopisywalnych aktów ludobójstwa, gwałtów i grabieży – głównie na ludności cywilnej, wliczając w to kobiety i dzieci (według badaczy w mieście nie ostała się ani jedna niezgwałcona kobieta) – które pochłonęły ponad 300 tysięcy ludzkich istnień.

Oczywiście w centrum historii znajduje się krwawiące, płonące miasto, ale obserwujemy je oczami kilku bohaterów: nazistowskiego urzędnika Johna Rabego (John Paisley), który (co może brzmieć nieco abstrakcyjnie) uratował tysiące Chińczyków w zorganizowanym przez siebie obozie bezpieczeństwa, japońskiego żołnierza targanego wątpliwościami i przerażonego okrucieństwem towarzyszy (Hideo Nakaizumi) oraz chińskiego partyzanta (Ye Liu), desperacko walczącego o przetrwanie pośród ruin miasta.

Advertisement

To widowisko przerażające, jednak bezsprzecznie warte uwagi każdego miłośnika kina wojennego, choćby dla obłędnej sceny „tańca zwycięstwa” japońskich wojsk pośród zgliszcz i ciał mieszkańców Nankinu. Bardzo mocna rzecz.

Advertisement

Ognie polne (1959)

A skoro już o mocnych produkcjach mowa… Upał, wilgoć, głód, zobojętnienie, wędrówka zdająca się nie mieć końca – i wszechobecna śmierć. Śmierć niemalże banalna, na którą bohaterowie Ogni polnych reagują wręcz apatycznie. Zrealizowany przez Kona Ichikawę film na podstawie słynnej autobiograficznej książki Shōheia Ōoki to chłodne (choć skąpane w głębokim żarze słońca) studium rozkładu człowieczeństwa, upadku moralności oraz rodzącego się powoli i stopniowo – acz nieuchronnie – szaleństwa.

Szeregowiec Tamura (Eiji Funakoshi) zostaje wydalony ze swojego oddziału walczącego na Wyspach Filipińskich z powodu zapalenia płuc. Po opuszczeniu szpitala przedziera się przez wyspę w poszukiwaniu swoich kompanów. Pozbawiony zapasów, wyniszczony chorobą i samą wojną, ma niewielkie szanse na przeżycie. Szybko jednak okazuje się, że od śmierci gorszy jest głód…

Advertisement

Mimo że film ma już ponad 60 lat, nie stracił nic ze swojej siły rażenia i bezkompromisowości – a jego antywojenny przekaz aktualny jest po dziś dzień. Powolne tempo i właściwie brak spektakularnych scen akcji tylko potęguje wrażenie beznadziei, pustki, strachu.

Absolutna klasyka kina światowego. Trudno o drugi taki obraz, który w równie sugestywny sposób ukazuje grozę i bezsens wojny.

Advertisement

BONUS

Wszystko jest iluminacją (2005)

Film niekoniecznie stricte wojenny, ale zdecydowanie wart umieszczenia na tej liście.

Advertisement

Znakomity, nieoczywisty debiut reżyserski popularnego aktora drugoplanowego i serialowego Lieva Schreibera nie jest typowym filmem wojennym, choć wydarzenia z nią związane mają kluczowe znaczenie dla losów wszystkich bohaterów. Oto bowiem kolekcjoner rodzinnych pamiątek Jonathan (jedna z najlepszych ról Elijaha Wooda), Amerykanin żydowsko-ukraińskiego pochodzenia, wyrusza w sentymentalną podróż na wschód Europy, by odnaleźć tajemniczą Augustynę – kobietę, która uratowała jego (nieżyjącego już) ukochanego dziadka przed nazistowskim pogromem na Ukrainie. Tropów ma niewiele, bo ledwie strzępek informacji od babci, starą fotografię i naszyjnik – świerszcza zatopionego w bursztynie.

W tej osobliwej podróży towarzyszyć mu będą Ukraińcy z Odessy: tłumacz Alex (w tej roli wspaniały Eugene Hutz, lider słynnego gypsypunkowego zespołu Gogol Bordello) oraz jego dziadek – niewidomy („tylko on tak myśli”, uspokaja Jonathana Alex) kierowca, grany przez Borisa Leskina. No i oczywiście przecudowny Sammy Davis Junior Junior, czyli piesek mianowany „oficjalną suką przewodnią” naszego szofera. Będzie to słodko-gorzka podróż pełna zabawnych sytuacji (Jonathan jest wegetarianinem i cierpiącym na zaburzenia kompulsywne introwertykiem, co przysporzy mu w trakcie wyprawy wielu kłopotów) oraz radości, ale również bólu i melancholii. A za wszystkim kryje się dodatkowo wiele tajemnic rodzinnych uczestników eskapady. Iluminacja dosięgnie wszystkich, każdego na swój sposób.

Advertisement

Film Lieva Schreibera to przejmujący obraz o przełamywaniu barier międzykulturowych, o akceptacji samego siebie i innych ludzi, a także o tym, czym i jak ważna jest przeszłość oraz pamięć o niej. A w tle przejmująca historia, której korzenie sięgają do wydarzeń II wojny światowej. Czy wspominałam o fantastycznej folkrockowej muzyce?

Advertisement

Absolwentka Filologii Polskiej ze specjalizacją Filmoznawstwo i Teatrologia. Kocha zwierzęta i podróże - ale przede wszystkim nietuzinkowe kino z wszelkich (nawet tych najbardziej abstrakcyjnych) stron świata. Święta Filmowa Trójca: Pasolini, Bałabanow, Kubrick.

Advertisement
Kliknij, żeby skomentować

Zostaw odpowiedź

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *