Publicystyka filmowa
VERSUS. Szpan żywych trupów
W filmie VERSUS. SZPAN ŻYWYCH TRUPÓW japońska partyzantka łączy horror z akcją, oferując gore i absurdalny humor w niepowtarzalnym stylu.
Na przełomie stuleci japoński horror wdarł się przebojem do kin całego świata, a Hollywood przyjęło go z otwartymi ramionami; również po to, aby jak najszybciej zrimejkować niemal wszystkie znaczące tytuły tego boomu. Powstał wówczas Versus, film przetwarzający amerykańskie schematy na swoją modłę. Mamy zatem żywe trupy atakujące ludzi w lesie i historię pojedynku, który ciągnie się od kilku wieków pomiędzy dwójką władających mieczami wojowników, a wszystko to w sosie gore, tak gęstym, że na filmie Ryūheia Kitamury łatwiej się śmiać niż bać.
Najmocniej jednak uderza podczas seansu wrażenie obcowania z kinem zrobionym chałupniczymi metodami, istną filmową partyzantką, potrzebą popisu, po to tylko, aby udowodnić wszystkim dookoła, że można. Pod tym względem ten japoński mariaż horroru, kina akcji, fantasy i czarnej komedii jest nieoszlifowanym diamentem, który śmiało można porównać do innych splatterowych (choć głośniejszych) debiutów – Martwego zła Sama Raimiego oraz Złego smaku Petera Jacksona.
Zanim pewien anonimowy samuraj rozpłata swoją ofiarę na pół na początku prologu, otrzymamy informację, że na świecie istnieje 666 portali, które łączą nasz świat z „drugą stroną”, i że w Japonii znajduje się portal nr 444, zwany Lasem Zmartwychwstania. Chwilę później wspomniany samuraj stanie naprzeciw grupki żywych trupów z mieczami, rozprawiając się z nimi bez najmniejszego problemu (bo pomimo tego, że japońskie zombie są uzbrojone, to jednak poruszają się jak te z Nocy żywych trupów), ale z tajemniczym, wyglądającym jak szaman wojownikiem już sobie nie poradzi.
Tyle tytułem wstępu, całkiem efektownego, choć w dalszej części drugorzędnego dla opowieści jak najbardziej współczesnej. Z piętnastowiecznej Japonii przenosimy się bowiem pięć stuleci do przodu i obserwujemy ucieczkę dwójki więźniów przez las. Odebrać ich mają gangsterzy, znajomi jednego z nich, ale sytuacja komplikuje się, kiedy drugiemu ze skazańców (bez imienia, za to z więziennym numerem – KSC2-303) nie podoba się, że jego nowi towarzysze porwali również młodą dziewczynę. Dość powiedzieć, że najpierw robi się nerwowo, a później krwawo. Wkrótce jednak wszyscy przekonują się, że las ma moc wskrzeszania zmarłych, a że gang lubił zakopywać tam swoje ofiary, bohaterom przyjdzie się zmierzyć nie tylko ze sobą, ale i z żywymi trupami.
Jak sam tytuł wskazuje, tematem filmu jest walka i przez długi czas wydaje się, że twórców nie interesuje, kto bije się z kim i po co. Sensu w tym nie ma za grosz, bo i postaci nie mają czasu, aby zastanowić się nad sytuacją, w której się znaleźli, gdy co chwilę ktoś ich atakuje. Zwłaszcza pierwsza godzina Versus jest bardzo głośnym, niesamowicie efekciarskim, ale pełnym energii oraz specyficznego poczucia humoru festiwalem akcji i horroru w tej najbardziej „wnętrznościowej” odmianie. Dosłownie wywraca na drugą stronę, zwłaszcza kiedy widzimy, jak cios w twarz robi w głowie pechowca dziurę na wylot – ostają się tylko zęby.
Kitamura nie zna umiaru, wrzucając do jednego worka strzelaniny, pojedynki wręcz i na miecze, yakuzę, żywe trupy i nieśmiertelnych wojowników. Burzy nawet czwartą ścianę, gdy główny bohater „pozuje” do kamery. Ale i realizacja jest tu równie szalona, z wiecznie wirującą dookoła postaci kamerą i zdjęciami sugerującymi okres dużo wcześniejszy niż rok 2000, kiedy film miał swoją premierę. Faktura obrazu jest zwyczajnie brzydka, a kolorystyka uboga, co wydobywa na wierzch niemal amatorski charakter dzieła. Mimo to Versus od początku do końca jest filmem, w którym czuć pasję robienia kina przez kogoś, kto doskonale wie, co robi, nawet jeśli nie wszystko ze sobą współgra.
To sprawia, że kręcony przez blisko dwa lata Versus (początkowo planowany jako kontynuacja średniego metrażu Kitamury, Down to Hell) łatwo porównać do kultowych wczesnych filmów Raimiego i Jacksona. Z tym pierwszym łączy Kitamurę szalona energia i uczynienie z gore narzędzia do niemal slapstickowych żartów; z tym drugim niepoważna stylistyka i śmiałość w zestawieniu elementów kompletnie do siebie niepasujących. Japończyk nie ma problemu, aby jedne wątki zamykać w sposób jawnie komediowy (cytując nawet powstałego rok wcześniej Matrixa), a inne traktować z graniczącą z kiczem powagą. To, czym Versus wyróżnia się na tle tamtych filmów, jest szpanerstwo, zwłaszcza w kreacji postaci, przesada, która przejawia się w zbyt dużej liczbie bohaterów, walk, a nawet czasu projekcji (prawie dwie godziny to co najmniej o pół godziny za dużo), oraz zawiłość fabuły, niby prostej, a jednak – zwłaszcza w finale – nie do końca zrozumiałej.
Kiedy po ponad godzinie projekcji dowiadujemy się, że KSC2-303 i porwana dziewczyna znaleźli się w Lesie Zmartwychwstania nieprzypadkowo, a za wszystkim stoi szef gangu, który jest również tym samym szamanem z prologu filmu, napisany przez Kitamurę i Yūdaia Yamaguchiego scenariusz zaczyna coraz mniej przypominać Martwe zło, a coraz bardziej Nieśmiertelnego. W gruncie rzeczy dostajemy klasyczną opowieść o pojedynku dobra ze złem, walczącym ze sobą w kolejnych reinkarnacjach – po jasnej stronie debiutujący w kinie Tak Sakaguchi, którego Kitamura poznał podczas ulicznej bijatyki; po ciemnej charyzmatyczny Hideo Sakaki z postawionymi na sztorc włosami.
Ich finałowy pojedynek jest rewelacyjnym popisem zarówno reżyserskiej sprawności Kitamury, jak i choreograficznej precyzji podpartej zaangażowaniem ze strony aktorów. Zdjęcia Takumiego Furuyi oraz muzyka Nobuhiko Morino wydobywają dynamizm tej sceny, nie zapominając, aby była ona (a zwłaszcza jej bohaterowie) tak efektowna, jak to tylko możliwe.
Szkoda zatem, że ostatnie minuty nie tylko kompletnie odklejają się od reszty filmu, ale wywracają narrację do góry nogami, sugerując dużo bardziej skomplikowaną relację między dobrem i złem. Miała to być furtka do kontynuacji, która jednak do dziś nie powstała, choć ta ambiwalencja moralna pojawiła się u Kitamury jeszcze kilkakrotnie, choćby w jego amerykańskich produkcjach. W Nocnym pociągu z mięsem (2008), ekranizacji opowiadania Clive’a Barkera, pobudki seryjnego mordercy są bardziej złożone, niż można początkowo przypuszczać, a i pozytywny bohater, grany przez Bradleya Coopera fotograf, zmuszony jest w finale przyjąć perspektywę szaleńca. Natomiast Nie przeżyje nikt (2012), moja osobista guilty pleasure, skonstruowany jest wokół bardzo wczesnego twistu, który sprawia, że pozorna ofiara (Luke Evans) staje się jeszcze bardziej niebezpieczna i zwichrowana niż banda zwyrodniałych złodziei i morderców. Dylemat widza, czy ma trzymać kciuki za bohatera, który w potwornych czynach dopatruje się większego dobra (albo my dopatrujemy się za niego), wydaje się być podstawą kina Kitamury – nie bez powodu wybranego również na reżysera filmu o najsłynniejszym potworze w dziejach, Godzilli: Ostatniej wojny z 2004 roku – choć akurat w przypadku Versus finałowa scena sprawia wrażenie zwyczajnie zbytecznej.
To nie przeszkadza przez większość seansu bawić się znakomicie, bo i celem reżysera jest szalona jazda bez trzymanki, chęć nakręcenia takiego dzieła, który on sam miałby ochotę obejrzeć. Ponoć powodem jego powstania był brak w japońskich kinach filmów rozrywkowych (właśnie o kina chodzi, a nie produkcje z bezpośrednim przeznaczeniem na rynek wideo), a przynajmniej takich, które rozerwałyby Kitamurę. I być może właśnie dlatego, przez tę szczerość pasjonata oraz prawdziwy talent twórcy chcącego zaimponować widzowi, Versus nawet po blisko 20 latach od powstania jawi się jako dzieło poniekąd spełnione.
Niedoskonałe – bo za długie, bo z nierównym tempem, bo fabularnie niezbyt oryginalne – ale w swej kanciastej formie bliskie celuloidowemu absolutowi. Zwłaszcza dla tych, którzy najbardziej w kinie nienawidzą nudy. Tej w Versus brak.
