Connect with us

Publicystyka filmowa

TIM ROTH. 170 centymetrów talentu

Ma niezwykłą charyzmę i mimo że od ponad trzydziestu lat regularnie pojawia się w dużych produkcjach i niezależnych projektach, nigdy na dobre nie wszedł do aktorskiej pierwszej ligi.

Published

on

TIM ROTH. 170 centymetrów talentu

Równie często pojawia się w zestawieniach najbardziej szanowanych i wyjątkowo niedocenianych aktorów. Jego role zapamiętuje się na długo, gdyż zwykle gra postaci niedające o sobie zapomnieć – bez względu na to, czy jest wrażliwym geniuszem fortepianu, czy długo wykrwawiającym się na ekranie rabusiem. Ma niezwykłą charyzmę i mimo że od ponad trzydziestu lat regularnie pojawia się w dużych produkcjach i niezależnych projektach, nigdy na dobre nie wszedł do aktorskiej pierwszej ligi. Ale Simon Timothy Roth wydaje się tym zupełnie nie przejmować – ku uciesze swych fanów robi swoje, systematycznie dopisując do swego dorobku kolejne niezapomniane role.

Advertisement

four-rooms-tim-roth-3-rcm0x1920u

Internetowa biblia każdego kinofila, IMDb.com, w aktorskim dorobku Tima Rotha wymienia blisko setkę pozycji. Niewielu spośród jego rówieśników, wśród których znaleźć można choćby George’a Clooneya czy Eddiego Murphy’ego, może pochwalić się podobnymi wynikami, a jednak mają nad Rothem przewagę rozpoznawalności i popularności. Nie ma się bowiem co oszukiwać – mimo większego doświadczenia ekranowego, Tim nie może pretendować do miana gwiazdy wielkiego formatu. Jest raczej jednym z wielu charakterystycznych aktorów, których co prawda pamięta się ze względu na charyzmę i specyficzne fizys, lecz nie zawiesza się ich podobizn nad łóżkami ani nie umieszcza na tapecie domowego komputera.

Daleki jestem jednak od stosowania wobec Rotha miana „solidnego rzemieślnika”, które – jakkolwiek bym się nie starał – byłoby dla niego krzywdzące. Wolę uważać go za zdolnego profesjonalistę o licznych talentach, wśród których zabrakło jedynie umiejętności walki o popularność, choć – jak przyznał w jednym z wywiadów – już w wieku siedmiu lat o niej marzył, bez względu na to, w jakiej dyscyplinie.

Advertisement

Pierwszym filmem, z którego zapamiętałem Tima Rotha, były Cztery pokoje, na planie których po raz trzeci spotkał się z Quentinem Tarantino. Tak się bowiem złożyło, że ich poprzednie dwa wspólne filmy – Wściekłe psy i Pulp Fiction – nadrobiłem już po obejrzeniu nowelowej produkcji wyreżyserowanej przez czterech reżyserów (poza Tarantino byli to Allison Anders, Alexandre Rockwell i Robert Rodriguez). Roth wciela się w rolę boya hotelowego, będącego łącznikiem pomiędzy tytułowymi pokojami, w których dzieją się niestworzone rzeczy. Wystawiony na niejedną próbę młodzian, dla którego jest to dopiero pierwszy dzień w pracy, miota się i szamocze w splocie osobliwych i często niebezpiecznych zdarzeń.

Roth daje swojej postaci wspaniały urok, początkowo opierający się na nonszalancji i humorze, nieco później na nerwowości i poczuciu zagrożenia. Do dziś boy Ted pozostaje jednym z najzabawniejszych i charakterystycznych bohaterów, jakich Roth wykreował na ekranie.

Advertisement

3770_kat_made-in-britain-002

Zbuntowany debiut

Tim urodził się 14 maja 1961 roku w Dulwich, spokojnej dzielnicy Londynu. Rodzice bez większych problemów byli w stanie zapewnić mu dogodne warunki: matka Ann pracowała jako nauczycielka, ojciec Ernie był dziennikarzem i członkiem Brytyjskiej Partii Komunistycznej do lat siedemdziesiątych. Oboje byli także malarzami, co w znacznej mierze tłumaczy artystyczne zainteresowania Simona Timothy’ego. Młodzian szybko zaczął zdradzać przeróżne talenty. Najpierw rozwinął umiejętność naśladowania różnych akcentów, by ukryć pochodzenie, trudne do zaakceptowania dla zbuntowanych kolegów ze szkoły w Brixton.

Advertisement

Nieco później Roth zaczął pielęgnować w sobie miłość do rzeźby, której uczył się w Camberwell Art College. Nie ukończył jednak szkoły plastycznej, gdyż szybko jego pasją stało się aktorstwo, które już w 1982 roku stało się jego sposobem na życie.

Właśnie wtedy wystąpił w wyreżyserowanym przez Alana Clarke’a filmie telewizyjnym Made in Britain. Miał wówczas 21 lat, lecz z powodzeniem wcielił się w rolę szesnastoletniego skinheada Trevora, zbuntowanego w najgorszy możliwy sposób. Jak dostał rolę? Dzięki… pękniętej oponie. Na początku lat osiemdziesiątych grywał w młodzieżowym teatrze w południowym Londynie i właśnie ogolił głowę w ramach przygotowań do roli Kasja w Otellu. Pewnego wieczora, gdy zajmował się naprawą opony w rowerze, na ulicy wypatrzył go ktoś z zespołu Clarke’a i złożył Rothowi propozycję wzięcia udziału w castingu.

Advertisement

Tak zaczęła się przygoda Tima z filmem i nurtem społecznego realizmu w brytyjskiej kinematografii. Kończąc pracę nad Made in Britain, zgłosił się bowiem na casting do kolejnego telewizyjnego obrazu – tym razem wyreżyserowanego przez jednego z najsłynniejszych twórców brytyjskich dramatów społecznych, Mike’a Leigh. W Meantime ponownie zagrał główną rolę, wcielając się w niedostosowanego społecznie, niedojrzałego Colina, żyjącego w biednej angielskiej dzielnicy. Na planie tego filmu Roth po raz pierwszy spotkał się z Garym Oldmanem, z którym kilka lat później stworzy niezapomniany duet w Rosencrantz i Guildenstern nie żyją Toma Stopparda.

Nazwiska reżyserów, u których Tim zagrał w pierwszych latach swojej kariery, mogą przyprawić o zawrót głowy: wspomniani Clarke i Leigh, Stephen Frears, Peter Greenaway, Robert Altman czy Agnieszka Holland to twórcy, z którymi współpracować chciałby każdy aktor, a jednak niewielu się udaje. Roth bardzo szybko wszedł do grona obiecujących młodych aktorów brytyjskich, wymienianych jednym tchem obok Gary’ego Oldmana, Colina Firtha czy Daniela Day-Lewisa, których wspólnie określano mianem „Brit Pack”. Brytyjskie miodowe lata nie trwały jednak długo. Po stworzeniu pamiętnej kreacji w Rosencrantz i Guildenstern nie żyją, przezabawnej trawestacji szekspirowskiego Hamleta, która w 1990 roku została nagrodzonym Złotym Lwem w Wenecji, Roth postanowił opuścić ojczyznę i przenieść się do Stanów, gdzie wielka kariera stała przed nim otworem.

Advertisement

Jak przyznał po kilku latach w wywiadzie dla Esquire, do wyjazdu skłoniły go rządy Margaret Thatcher i Torysów (on sam jeszcze kilka lat temu głosił, że mógłby głosować jedynie na Partię Zielonych). Do dziś jednak ostro wypowiada się na tematy polityczne, a w jego radykalnych pooglądać wciąż brzmią echa wpojonej przez ojca ideologii.

rob-roy

Początek pięknej przyjaźni

Advertisement

Za zrządzenie losu lub szczęśliwy zbieg okoliczności należy uznać fakt, że pierwszy w pełni hollywoodzki film Rotha był jednocześnie pierwszym pełnometrażowym filmem kinowym Quentina Tarantino. Wściekłe psy z 1992 roku są dziś w wielu kręgach dziełem kultowym, a kino gangsterskie rozpisane na zaledwie kilku aktorów dało spore pole do popisu brawurowemu Brytyjczykowi. To chyba wtedy tak naprawdę zaistniał w świadomości zwykłych zjadaczy popcornu, do których perły pokoju Rosencrantz i Guildenstern… czy Vincent i Theo Roberta Altmana mogły nie dotrzeć.

Po Wściekłych psach kariera w Hollywood stała przed Rothem otworem, a jednak kolejną pamiętną rolę zawdzięcza ponownie swemu przyjacielowi Quentinowi, który obsadził go w niewielkiej, ale bardzo charakterystycznej roli rabusia Ringo w Pulp Fiction. Dopiero jedno z najsłynniejszych filmowych dzieł lat dziewięćdziesiątych na dobre rozruszało karierę Tima, który już rok później został wyróżniony pierwszą – i jak dotąd jedyną – nominacją do Oscara za drugoplanową rolę Archibalda Cunninghama, diabolicznego antagonisty w Rob Royu Michaela Catona-Jonesa. Ta sama rola przyniosła mu nominację do Złotego Globa i najbardziej znaczący laur – nagrodę BAFTA. Na podobny sukces Roth musiał czekać do 1999 roku, choć już w nieco innej roli.

Advertisement

Po Rob Royu i Czterech pokojach, dwóch udanych występach Tima z 1995 roku, jego kariera nie stała się nieprzerwanym pasmem sukcesów. Zagrał co prawda u Woody’ego Allena we Wszyscy mówią: kocham cię, gdzie miał okazję popisać się talentem wokalnym, i w Klinczu u boku Tupaca Shakura, jednak kolejna wielka rola przyszła dopiero w 1998 roku za sprawą jeszcze jednego wielkiego reżysera: Giuseppe Tornatore. Słynny włoski filmowiec obsadził Rotha w głównej roli w 1900: Człowieku legendzie, przepięknej opowieści o muzycznym geniuszu, który całe swoje życie przeżył na wielkim liniowcu, ani razu nie schodząc na ląd.

Często wybierany do ról oprychów, przestępców i rzezimieszków, Tim miał okazję wcielić się w postać niewinną i niezwykle wrażliwą, a jednocześnie w pewien sposób tragiczną. Z wyzwaniem tym poradził sobie znakomicie, dodając do swej imponującej filmografii kolejne wspaniałe dzieło i równie udaną rolę. W kolejnym roku natomiast jego aktorski dorobek nie wzbogacił się o ani jeden tytuł – Roth poświęcił rok 1999 na stworzenie i wypromowanie swego debiutu reżyserskiego pt. Strefa wojny.

Advertisement

Debiut bez znieczulenia

Nie sposób dokładnie wyrazić, jak trudny w odbiorze jest jedyny wyreżyserowany przez Tima Rotha film. Adaptacja powieści Alexandra Stuarta, opowiadającej o kazirodczej relacji ojca i córki i jej tragicznych konsekwencjach, to realizm o wiele bardziej brutalny niż ten, którego aktor-reżyser uczył się od Alana Clarke’a i Mike’a Leigh. Strefa wojny nie łagodzi emocjonalnego bólu humorem ani chwilami wzruszeń – to historia opowiedziana bez znieczulenia, w sposób naturalistyczny i dalece przygnębiający. Roth w swoim reżyserskim debiucie dociera do prawdziwego jądra ciemności (co ciekawe, zagrał w telewizyjnej adaptacji dzieła Conrada), uderzając w widza strumieniem ponurych, depresyjnych emocji.

Advertisement

Opowiada o ułomnych relacjach rodzinnych z należną im głębią, poświęcając sporo czasu na zrozumienie uczuć każdego z czwórki bohaterów: ojca (Ray Winstone), matki (Tilda Swinton), córki (Lara Belmont) i syna (Freddie Cunliffe), który dowiaduje się o mrocznym sekrecie swojej rodziny i nie potrafi poradzić sobie ani z tą wiedzą, ani z równie zabronionym uczuciem do siostry. Tim Roth znakomicie opanował nie tylko sztukę prowadzenia debiutujących na ekranie młodych aktorów, ale także budowania napięcia, które po kilkudziesięciu minutach zaczyna być wręcz nie do zniesienia i jasnym staje się, że pogrążone w szarościach kadry Strefy wojny nie będą areną pozytywnego zakończenia.

Debiut Rotha spotkał się ze znakomitym odbiorem ze strony krytyków i jurorów festiwali filmowych. Zdobył Nagrodę Międzynarodowego Stowarzyszenia Kin Artystycznych (CICAE) w Berlinie, sam reżyser został zaś wyróżniony Srebrnym Kłosem na festiwalu w Valladolid i Europejską Nagrodę Filmową dla najlepszego debiutanta. Mimo kontrowersyjnego tematu Strefa wojny zdobyła niemal uniwersalne uznanie, stając się zapowiedzią bardzo obiecującej kariery reżyserskiej. Niestety, pierwszy film Tima w nowej roli był jak dotąd także ostatnim, co może dziwić zwłaszcza w kontekście znakomitego odbioru dzieła.

Advertisement

Czyżby Roth okazał się reżyserem zbyt surowym i radykalnym nawet dla brytyjskiej szkoły społecznego realizmu? Z pewnością jego debiut, stonowany i skąpany w tłumionych latami emocjach, kontrastuje dziś z karierą aktorską, pełną wyrazistych, charakterystycznych ról.

tim-roth-coll

Artysta uniwersalny

Advertisement

Od kilkunastu lat Tim Roth po prostu pracuje jako aktor. Nie wyłuskuje jedynie niepowtarzalnych, genialnych produkcji, które mogłyby przynieść splendor i miejsce w panteonie sław. Pamiętny Guildenstern traktuje aktorstwo jako codzienną pracę, dlatego gra dużo i w najróżniejszych produkcjach. Nie stroni od telewizji, czego dowiódł w popularnym także w Polsce serialu Magia kłamstwa, bo przecież to właśnie na małym ekranie debiutował i to jemu zawdzięcza swą dzisiejszą pozycję. O nieco uśpionej intuicji Rotha świadczy fakt, że wcielił się w postać Seppa Blattera w niemiłosiernie krytykowanym obrazie United Passions, krótko po premierze umieszczonym na wszelkich listach najgorszych filmów wszech czasów.

Wciąż jednak trafiają do niego scenariusze wyjątkowe, takie jak Broken Rufusa Norrisa czy wchodzący do polskich kin z końcem kwietnia 2016 roku Opiekun Michela Franco, gdzie Tim ma okazję do wykazania się aktorskim kunsztem podobnym do tego, jakim zachwycał widzach w pierwszych latach swojej kariery.

Advertisement

Gdyby jednak zawiodła go intuicja, a interesujące propozycje przestały do niego spływać, zawsze może liczyć na swego przyjaciela Quentina, który ostatnio tak udanie obsadził go po raz czwarty w Nienawistnej ósemce. Zawsze także może ponownie spróbować reżyserii, o powrocie do której cały czas wspomina w wywiadach. Jakkolwiek nie potoczyłyby się losy Tima Rotha, możemy być pewni, że nie da o sobie zapomnieć.

korekta: Kornelia Farynowska

Advertisement

Zawsze w trybie "oglądam", "zaraz będę oglądał" lub "właśnie obejrzałem". Gdy już położę córkę spać, zasiadam przed ekranem i znikam - czasem zatracam się w jakimś amerykańskim czarnym kryminale, a czasem po prostu pochłaniam najnowszy film Netfliksa. Od 12 lat z różną intensywnością prowadzę bloga MyśliwiecOgląda.pl.

Advertisement
Kliknij, żeby skomentować

Zostaw odpowiedź

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *