Connect with us

Publicystyka filmowa

SZEKSPIR W KINIE

SZEKSPIR W KINIE odkrywa ponadczasowe arcydzieła, które wciąż fascynują. Od „Hamleta” po „Romea i Julię” – sztuka żyje w nowym blasku.

Published

on

SZEKSPIR W KINIE

shakespeareOd śmierci Szekspira minęło czterysta lat. Przez ten czas zmieniały się definicje sztuki i powstały jej nowe dziedziny. Świat nieporównywalnie przyspieszył i zaroił się od nowoczesnych wynalazków i zagrożeń. I choć dzisiejsza rzeczywistość ma niewiele wspólnego z tą sprzed czterech wieków, autor Hamleta cieszy się niegasnącą popularnością, która właśnie teraz przechodzi swój renesans. Brytyjczycy ogłosili program Shakespeare Lives. Pod tym szyldem odbywają się (także w Polsce) pokazy ekranizacji dzieł pisarza, wystawia się spektakle, organizuje wystawy i nagrywa nowe aranżacje jego sonetów.

Najbardziej niesamowite jest to, że mimo upływu lat treść Romea i Julii czy Ryszarda III pozostaje zrozumiała i wciągająca, a język utworów nadal potrafi zachwycić. Filmowcy dostrzegli ten potencjał, chętnie przenosząc dzieła na duży i mały ekran. Nie sposób wymienić wszystkich tytułów, a poniższe zestawienie to raczej redakcyjny wybór, który obrazuje bogactwo i różnorodność w podejściu do twórczości Szekspira, która nie zestarzała się i od czterystu lat inspiruje i budzi emocje.

Advertisement

tumblr_o5ng80w0lq1qhlx6do1_r1_1280

Burza (1982) reż. Paul Mazursky

W Burzy Paula Mazursky’ego, uwspółcześnionej wersji (uważanego za ostatni) dramatu Szekspira, rozpoznajemy postaci oraz sytuacje, lecz znaczą one zupełnie coś innego niż w oryginale.

Advertisement

Historia znużonego życiem nowojorskiego architekta, który ucieka od swojej żony, pracy i świata na grecką wyspę, aby pędzić prosty żywot wraz z nastoletnią córką i przypadkową piosenkarką, ma w sobie sporo humoru i typowej dla Mazursky’ego obserwacji mieszczańskiej mentalności. Tematem filmu staje się kondycja ludzka w momencie negacji wartości w swoich dotychczasowym życiu, ale oczywiście zakwestionowanie wszystkiego jest niemożliwe; człowiek zawsze pozostanie człowiekiem, wraz ze swoją cielesnością, popędami i uczuciami. Wpisanie w to tytułowej burzy oraz konsekwencji, jakie pociąga za sobą, nie jest do końca wygrane, a nawet wiarygodne. Mimo to całość broni się jako oryginalna adaptacja szekspirowskiego dzieła, starająca się oddać jej sprawiedliwość, jednocześnie pozwalając sobie na wyjątkowo luźne potraktowanie pierwowzoru.

Co jest również dobre w tym obrazie to role, zwłaszcza Johna Cassavetesa jako głównego bohatera oraz Raula Julii, którego prymitywny Kalibanos wspaniale kontrastuje z cywilizowanymi przybyszami. Ostatecznie okazuje się, że i on, i oni, zbudowani są z tej samej gliny. [Krzysztof Walecki]

Advertisement

johnny-hamlet

Johnny Hamlet (1968), reż. Enzo G. Castellari

Szekspir pewnie przewraca się w grobie… ze śmiechu. Jego filozoficzno-egzystencjalny dramat został przerobiony na efektowną produkcję rozrywkową, a bierny w swej postawie, naznaczony tragizmem duński książę przemienił się w dynamicznego action hero. Motywem jego postępowania jest śmierć ojca, a trop prowadzi na ranczo Elseñor, gdzie wdowa zabawia się z bratem zmarłego. Weteran wojny secesyjnej Johnny „Hamlet” Hamilton nie będzie mógł jeszcze odłożyć broni, bo kolejny bratobójczy konflikt wydaje się nieunikniony. Zaskakujące, że imiona bohaterów sztuki pozostały właściwie bez zmian. Jest Horacy, Claude (Klaudiusz), Ross i Guild (czyli Rosencrantz i Guildenstern), Gertruda… Ofelię zamieniono na Emilię, zaś z Poloniusza zrobiono skorumpowanego szeryfa.

Advertisement

Enzo Castellari dopiero w następnej dekadzie odniósł sukces, głównie dzięki charyzmatycznej gwieździe jaką był Franco Nero. Tutaj nie ma takich magnetyzujących protagonistów, ale ogląda się wyśmienicie wyłapując nawiązania do pierwowzoru i przewidując rozwój wypadków. Filmowi, w zależności od kraju, nadawano różne tytuły. Oryginalny włoski tytuł jest niesprecyzowany – to po prostu Brudna historia z Dzikiego Zachodu. W krajach niemieckojęzycznych ochrzczono Johnny’ego Hamiltona jako Django, dodając podtytuł Grabarz już czeka. Anglojęzyczne tytuły To Kill or Not to Kill? i Johnny Hamlet nie bez przyczyny wskazują na powiązanie z Szekspirem.

Dzieło Castellariego nie stało się wielkim hitem i zostało już niemal zapomniane, ale dzięki zapożyczeniom z Szekspira powiewa świeżością i ogląda się to jak intrygujący persyflaż wyśmiewający pretensjonalność i niezamierzoną kiczowatość klasycznych adaptacji. Atutami filmu są muzyka, którą skomponował Francesco De Masi, oraz piosenka Find the Man. [Mariusz Czernic]

Advertisement

uxopli9scsheh2wulkyy1auuvk8

Juliusz Cezar (1953), reż. Joseph L. Mankiewicz

Akces Josepha L. Mankiewicza do kina historycznego. Nie tak spektakularny jak Kleopatra (1963), ale pod wieloma względami ciekawszy. Mankiewicz to przede wszystkim pisarz, dla którego słowo było zawsze ważniejsze niż obraz. Szanował też Szekspira, dlatego w czołówce Juliusza Cezara nie wpisał autora scenariusza. Film jest wierną adaptacją sztuki – błyskotliwą, wypełnioną bogatym słownictwem, poruszającą. Dzisiaj, gdy w kinie liczy się ruch i akcja, takie kino ma niewielu zwolenników.

Advertisement

Wprawdzie reżyser zadbał o porządną scenografię i odpowiednią ilość statystów, którzy nie są tu wyłącznie biernymi obserwatorami, to jednak przesadna dosłowność, figuratywność, zgodność z tekstem są odbierane jako dowód na brak wyczucia, nieumiejętność stworzenia prawdziwego kina na bazie doskonałej sztuki.

Kluczem do sukcesu (szczególnie artystycznego) okazała się świetnie dobrana ekipa aktorska. Marlon Brando (Antoniusz), James Mason (Brutus) i John Gielgud (Kasjusz) stworzyli wybitne kreacje, ożywiając historyczne postacie, czytelnie odgrywając miotające nimi emocje i po szekspirowsku chwiejąc się w rozterce duchowej. Film przenosi widza do starożytnego Rzymu, podejmując dyskusję dotyczącą słynnych wydarzeń z 44 roku przed Chrystusem. Czy Juliusz Cezar faktycznie był „odurzony zaszczytami i władzą”, jak pisał Plutarch w Żywotach? Czy ambicje tego dyktatora były na tyle chore i perfidne, by uznać jego śmierć za wybawienie dla republiki? Centralne miejsce w filmie zajmują dwie przemowy – najpierw Brutus, potem Antoniusz próbują tak zmanipulować zgromadzoną publiczność, by przeciągnąć ją na swoją stronę.

Advertisement

Widz także daje się zmanipulować – jeden i drugi orator zdradzają szlachetną postawę, brak złych intencji. Głos ludu jest ważny, tak było dawniej, tak jest dziś. Wpływa on na politykę i kino. [Mariusz Czernic]

hamlet-gibson

Hamlet (1990) reż. Franco Zeffirelli

Advertisement

Nie pierwsza, ale z pewnością w owej chwili zaskakująca dramatyczna rola Mela Gibsona, który mocno zaryzykował, wcielając się w duńskiego księcia. Pod czujnym okiem Franco Zeffirelliego, dla którego szekspirowskie ekranizacje były standardem, gwiazdor kina akcji poradził sobie jednak bezbłędnie. Rola ta była zresztą niejakim następstwem szaleństw z Zabójczej broni – Gibson otrzymał angaż w oparciu o niezwykle sugestywną próbę samobójczą z pierwszej części ówczesnej dylogii. W sukurs przyszli mu w dodatku znakomici współwykonawcy (Glenn Close, Alan Bates, Paul Scofield, Ian Holm i młodziutka Helena Carterówna) oraz solidna strona techniczna filmu (dwie nominacje do Oscara), wraz z muzyką legendarnego Ennio Morricone. Wszystkie te elementy nie przytłaczają charyzmy Gibsona w portretowaniu z wolna tracącego zmysły Hamleta, ale czynią całe widowisko z pewnością godnym uwagi.

Inna sprawa, że generalnie jest to mało zaskakująca, zrobiona w sumie od linijki adaptacja – wierna oryginałowi do szpiku kości, poprawna, ale nie dająca jakby nic od siebie, pozbawiona twórczej fantazji, zatem o jakichkolwiek swoistych woltach i eksperymentach można zapomnieć. Czyni to z wersji A.D. 1990 chyba najmniej charakterystyczną ekranizację danej sztuki. Ale też i jedną z najbardziej przystępnych, taką, którą śmiało można polecić każdemu, kto nie ma czasu bądź ochoty na lekturę książki. [Jacek Lubiński]

Advertisement

hamlet-branagh

Hamlet (1996) reż. Kenneth Branagh

Epickie dzieło – tak można w skrócie podsumować obchodzący właśnie swoje dwudziestolecie film Branagha. Aktor/reżyser, który już wcześniej z sukcesem mierzył się z Szekspirem na dużym ekranie, tutaj osiągnął adaptacyjne apogeum, co zaowocowało czterema nominacjami do Oscara i dwoma do brytyjskiej BAFTA. Blisko czterogodzinne widowisko poraża tyleż rozmachem, co obsadą, która jest tak potężna, że nie starczyłoby akapitu na jej opisanie – i nieważne, że często takie legendy jak Heston, Attenborough czy Gielgud pojawiają się dosłownie na chwilę. Mają co grać, a wszelkie relacje między postaciami nawet najdalszego planu są przemyślane w najdrobniejszych szczegółach.

Advertisement

To zresztą najwierniejsza oryginałowi i najpełniejsza ekranizacja szekspirowskiej sztuki, której akcję Branagh z sukcesem przeniósł do XIX wieku i nadał jej odrobinę militarne zacięcie. Efektem wizualny majstersztyk, który z łatwością się chłonie, pomimo niebotycznego metrażu. I choć długość tej wersji Hamleta może stanowić nie lada wyzwanie, to i tak jest to pozycja obowiązkowa dla książkowych leniuchów. I kto wie, czy nie najlepsza z całej tej stawki. [Jacek Lubiński]

coriolanus

Koriolan (2011) reż. Ralph Fiennes

Advertisement

Bezsprzecznie jedno z najlepszych przenosin XVI-wiecznej sztuki na ekrany XXI stulecia. Znakomita obsada i ubranie wszystkiego w realia konfliktu pomiędzy współczesnym (acz nieprawdziwym) Rzymem i rebeliantami rodem z Bałkanów (film kręcono w Serbii) wyszły debiutowi Ralpha Fiennesa na dobre. Aktor gra tu także tytułową rolę, którą dobrze znał już wcześniej z desek teatru londyńskiego. To właśnie jego kreacja i niesamowity pojedynek charakterów z wcielającym się w Tullusa Gerardem Butlerem „robią” ten film.

Dodatkowym atutem jest też niezwykle ciężka, ponura atmosfera oraz brudna faktura miejsc, w których toczy się większość akcji. Dzięki tym wszystkim elementom historia potężnego, ale upadłego generała i byłego bohatera Rzymu, który został wyklęty przez swych braci, po czym w imię zemsty przeszedł na stronę zaprzysięgłego wroga, tak dobrze smakuje. Nawet wyjęty wprost z oryginału, zupełnie nie zmieniony język bohaterów, choć spokojnie mógł zostać unowocześniony i ubrany w kwieciste epitety jakoś dziwnie pasuje do tego świata. Jest krwawo, brutalnie, bezpardonowo, pozornie skomplikowanie, ekscytująco i uniwersalnie – Szekspir jak się patrzy. Fiennes potrafił jednak sprawić, że nawet nie będąc fanem twórczości legendarnego dramaturga, chłonie się Koriolanusa jak gąbka. [Jacek Lubiński]

Advertisement

Theatre of Blood

Krwawy teatr (1973), reż. Douglas Hickox

Doskonały pastisz z popisową kreacją Vincenta Price’a. Wybuchowy koktajl makabry i czarnego humoru. Mariaż Szekspira z horrorem gore. Uznany za zmarłego aktor szekspirowski dokonuje zemsty na krytykach, którzy nie potrafili dostrzec jego talentu i przyczynili się do upadku jego kariery. Krytycy pożałują słów, jakie napisali kiedyś na jego temat. Price kolejny raz odgrywa sfiksowanego mordercę, a pomysłów na zbrodnie dostarczają dramaty Wielkiego Barda – od Juliusza Cezara do Króla Leara. Aktor stworzył nad wyraz groteskową postać, parodiując manierę wybitnych aktorów teatralnych, ale też swoją własną.

Advertisement

Film zrealizował Douglas Hickox – twórca sugestywnego i trzymającego w napięciu dramatu sensacyjnego Sitting Target (1972) z udziałem Olivera Reeda i Iana McShane’a. Swoją szekspirowską makabreską dołączył do dyskusji na temat przemocy, która w filmach staje się coraz bardziej agresywna (w latach siedemdziesiątych szczególnie było widać tę nagłą przemianę – od niedopowiedzeń i sugerowanej grozy po dosłowność i okrucieństwo). Hickox zauważa, że przemoc i śmierć, które za czasów Szekspira były tematem tragedii, stanowią dziś luźną rozrywkę, atrakcyjny towar dla mas. Wyczuwa się tu nostalgię za dawnym, subtelniejszym kinem grozy. Nastrojowa partytura Michaela J. Lewisa wprowadza taką właśnie nutę romantyzmu i nostalgii. [Mariusz Czernic]

shylock105

Kupiec wenecki (2004), reż. Michael Radford

Advertisement

Bassanio (Joseph Fiennes) prosi przyjaciela, zamożnego kupca, Antonia (Jeremy Irons) o pieniądze, by w odpowiednio bogatej oprawie prosić o rękę piękną dziedziczkę dużego majątku, Portię (Lynn Collins). Antonio nie może samodzielnie uzbierać żądanej kwoty, więc pożycza ją od żydowskiego lichwiarza, Shylocka (Al Pacino). Ten proponuje symboliczną umowę, według której, jeśli kupiec nie odda pieniędzy w terminie, Żyd wytnie funt ciała z Antonia. Ten zgadza się, przekonany o swojej wypłacalności.

W swojej adaptacji Kupca weneckiego reżyser postawił na wierność epoce, w której Szekspir umiejscowił akcję sztuki. Tym samym film jest pięknie i szczegółowo zrealizowany, a kostiumy i lokacje (Wenecja i Luksemburg) oddają ducha czasów, widać dbałość o szczegóły. Z drugiej strony krytycy zarzucają twórcom to przywiązanie do tła historycznego, które chwilami eksponowane jest lepiej niż treść. Niewątpliwie warto film obejrzeć ze względu na aktorstwo. Joseph Fiennes odnalazł się w roli zakochanego młodzika, przekonującego i sympatycznie naiwnego.

Advertisement

Jeremy Irons jako melancholijny Antonio jest flegmatyczny i nieobecny, co w niektórych scenach obraca się w żart, dodając Kupcowi weneckiemu lekkości. Jednak film kradnie Al Pacino. Żydowski lichwiarz otoczony przez chrześcijańskich szlachciców bywa chwilami usłużny i sympatyczny, ale na największą uwagę zasługują jego monologi, kiedy fabuła zaczyna się robić poważniejsza. Widać od razu, że Pacino od lat ma styczność z Szekspirem i że świetnie się odnajduje w jego tekstach i ich formie. Przejmujące, niesamowite aktorstwo. Emocjonująca, wierszowana bomba. [Jan Dąbrowski]

Makbet

Makbet (2015) reż. Justin Kurzel

Advertisement

Makbet w reżyserii Justina Kurzela to film, który traktuje Szekspira dosłownie, nie stara się wpisywać tekstu w nowe konteksty. W zamian skupia się jednak na stronie wizualnej, która sprawia, że pojawiająca się za plecami bohaterów Szkocja staje się przestrzenią przywodzącą na myśl wizje dantejskiego czyśćca. [Reżyser] stara się wprowadzić widza w coś na wzór transu. Nieśpieszna narracja filmu w połączeniu z jego walorami audiowizualnymi sprawiają, że szybko zaczynamy czuć się otumanieni przez dźwięk i obraz, doświadczamy uczucia obcowania z przestrzenią nieprzyjazną człowiekowi, dziwną, pełną grozy.

W stylistyce doskonale odnajduje się przede wszystkim Michael Fassbender. Jego interpretacja Makbeta z całą pewnością przejdzie do filmowego kanonu szekspirowskich adaptacji. [Filip Jalowski, fragment recenzji]

Advertisement

Ran

Ran (1985), reż. Akira Kurosawa

„W naszym świecie tylko szaleniec jest przy zdrowych zmysłach”. Ostatnie epickie dzieło Kurosawy, które bez wsparcia zagranicznych inwestorów mogłoby nie powstać. Film został zrealizowany w oparciu o Króla Leara. Efekt końcowy przerósł najśmielsze oczekiwania. Mamy tu bezapelacyjnie do czynienia z arcydziełem, które śmiało może stawać w szranki ze sztandarowymi utworami japońskiego Mistrza. Zachwyt i emocje towarzyszą przez cały czas trwania seansu, czyli dwie i pół godziny. Przypowieść ma w sobie coś z okrutnej baśni i wnikliwego dramatu społecznego.
Advertisement

Tematem są wybory dokonywane przez ludzi oraz ich konsekwencje. Dasz komuś władzę, stracisz godność i rozum. Nie można przewidzieć, jaki wpływ na kogoś będą miały twoje decyzje. Nie można przewidzieć, kto zostanie twoim sojusznikiem, a kto wrogiem.

Starego Hidetorę zagrał świetny aktor Tatsuya Nakadai, ale najlepszy występ w tym filmie zaliczyła Mieko Harada w roli lisicy o żmijowatym języku i wilczym apetycie, ubranej w falujące szaty. Ran to wizualny i merytoryczny majstersztyk, w którym elżbietański teatr elegancko wystrojono w kostiumy z teatru Nō (w roli błazna wystąpił zresztą aktor tej japońskiej odmiany sztuki).

Advertisement

Współpraca z zagranicznymi inwestorami zapewniła japońskiemu reżyserowi imponujący budżet, który pozwolił urzeczywistnić jego marzenie. Siedmiu samurajów i Tron we krwi wydają się przy nim skromnymi produkcjami. Siedemdziesięcioletni reżyser pokazał, jak inspirującym i niesłusznie pomijanym dziełem jest Król Lear. Stworzył wzorcową adaptację, która mimo iż czerpie ze sztuki teatralnej, imponuje nie tylko bogactwem treści, ale i widowiskową stroną formalną. [Mariusz Czernic]

romeo juliet

Romeo + Juliet (1996) reż. Baz Luhrmann

Advertisement

Jedna z najpopularniejszych, a przy tym najbarwniejszych adaptacji sztuk Szekspira. Masa gwiazd w obsadzie – zwłaszcza ówczesnych młodych-gniewnych – agresywny montaż, mieniąca się kolorami scenografia i kostiumy oraz szalona ścieżka dźwiękowa łącząca w sobie hity śpiewane z list przebojów oraz bardziej klasyczną ilustrację. Przy stosunkowo niewielkim budżecie udało się stworzyć bajkę dla pokolenia MTV, która jednak nie okazała się równie głupia co przygody Beavisa i Butt-Heada – wręcz przeciwnie, wyszło kino tyleż cool, co ambitne, przystępne dla każdego.

Takie, które porywa od pierwszej sekundy. Wystawne, efektowne, czarujące, energiczne. Swoista wizualna poezja, wcale nie zatracająca ducha oryginału, choć dzięki przeniesieniu akcji na ulice współczesnej, ekscentrycznej Kalifornii, mocno kiczowata. Jak zwykle u tego reżysera jest to jednak kicz świadomy, kontrolowany, mogący się podobać. Luhrmann zapoczątkował tym samym modę na młodzieżowe, nowożytne adaptacje, które okupowały kina jeszcze przez kilka dobrych lat. Jego film wciąż pozostaje przy tym najlepszym w swojej klasie. [Jacek Lubiński]

Advertisement

960

Rosencrantz i Guildenstern nie żyją (1990) reż. Tom Stoppard

Ten film jest jak łyk zimnej wody w upalny dzień. Bawi, prowokuje do refleksji, pobudza szare komórki i pozwala zanurzyć się w fantastycznym klimacie absurdu – absurdu, który okazuje się mieć jednak wiele wspólnego z rzeczywistością. Tylko jaką, u licha? Dlaczego wszystko rozgrywa się gdzie indziej, skoro nasze osobiste spojrzenie umieszcza nas przecież w centrum wydarzeń? Jesteśmy bohaterami czy nie? Jak możemy nie być, skoro istniejemy? A zatem może nie istniejemy? To co tu właściwie robimy? Między debatami o przeznaczeniu, pamięci i ślepym losie Rosencrantz i Guildenstern usiłują zbudować sensowny obraz całości z oderwanych fragmentów i zdefiniować swoją rolę, bez powodzenia, ponieważ została im narzucona, ale nigdy nie została wyjaśniona.

Advertisement

Ich wpływ na własne życie jest znikomy, mimo złudzenia posiadania wolnej woli. Tim Roth i Gary Oldman tworzą rewelacyjną parę, z wdziękiem i niesamowitą lekkością panując nad zawrotnym tempem scenariusza, w którym słowne potyczki, błyskotliwe riposty i ogólny koncept liczą się dużo bardziej niż scenografia i tło. Najlepiej chyba można tę film określić jako „filozoficzną tragikomedię”. Zdecydowanie godną polecenia. [Karolina Chymkowska]

richard3

Ryszard III (1995) reż. Richard Loncraine

Advertisement

Dzieła Szekspira mimo swojej językowej archaiczności (przez co jednak są nieskazitelnie piękne i niezwykle cytowalne) są niesamowicie elastyczne ze względu na treść. Chyba żaden inny pisarz nie tworzył dzieł tak uniwersalnych, które z łatwością można przenosić w czasie i przestrzeni. Ryszard III Richard Loncraine’a jest koronnym przykładem takiego zabiegu zrobionego z finezją i pomysłem.

Film wyważa drzwi do umysłu widza z buta już na początku, gdy główny bohater zaczyna wcielać w życie swój krwawy i podsycony jadem plan, wbijając się czołgiem do rezydencji przeciwnika wywodzącego się z wrogiej rodziny, po czym morduje go bez mrugnięcia okiem. Od wybitnego wejścia obraz nie schodzi na niższy bieg już do końca – Ryszard kombinuje, zleca morderstwa oraz porwania, brudzi sobie ręce i pnie się po upragnioną koronę. Sam film byłby zapewne już z automatu niezłym widowiskiem, bo materiał źródłowy, techniczna maestria i świetna obsada (m.in. Robert Downey Jr.

Advertisement

, Maggie Smith, Annette Bening, Jim Broadbent, czy Dominic West) zapewniają punkty już na starcie, ale dwa elementy sprawiają, że całość nie straciła od ponad dwudziestu lat nic ze swojej świeżości. Po pierwsze: Ian McKellen w tytułowej roli zdeformowanego geniusza matactw wszelakich (powtarzający zresztą swoją teatralną rolę) – zachłannie zagarnia ekran dla siebie, udowadniając z pełną siłą, że jest artystą skrajnie wybitnym, idealnie wpisującym się w poczet wielkich szekspirowskich aktorów. Gesty, mimika, sposób wypowiadania kwestii i poruszania się – lekcja wielkiego aktorstwa, a dodatkowo McKellen wyraźnie dobrze się bawi, tworząc zupełnie nową wersję morderczego Ryszarda.

Widać to szczególnie w scenach łamiących czwartą ścianę, gdy zwraca się bezpośrednio do widzów, gdzie prawie że widać błysk w jego oku. Ma w sobie też wielkie pokłady brytyjskiego uroku, przez co jego postać daje się lubić, co tylko unaocznia fascynujący dualizm zła.

Advertisement

Po drugie: umiejscowienie akcji w realiach alternatywnej Wielkiej Brytanii lat trzydziestych, zawładniętej przez nazistopodobne rządy, świetnie wpływa na uaktualnienie tekstu Szekspira, który przecież karmi się w tym wypadku ludzkim zepsuciem i najciemniejszymi pokusami człowieczeństwa. Dodatkowo scenografia kwitnie nawiązaniami do ikonografii Trzeciej Rzeszy (krwistoczerwone sztandary, na których swastykę zastąpiła głowa dzika; złowieszczy wąs Ryszarda III/Hitlera), a tekst sztuki bardzo dobrze komponuje się z uwarunkowaniami tego okresu – wystarczy przywołać jedną z najbardziej znanych scen, gdy Ryszard wypowiada znamienne „konia, konia, królestwo za konia”, siedząc w zakleszczonym w błocie samochodzie.

Ryszard III to diabelnie błyskotliwa i niestety trochę przykurzona wariacja na temat jednego z najlepszych tekstów wielkiego dramaturga. Dla samego McKellena warto obejrzeć ją kilka razy. [Radosław Pisula]

Advertisement

Looking for Richard

Sposób na Szekspira (1996) reż. Al Pacino

Al Pacino próbuje zarazić swoją fascynacją Szekspirem – tym razem w dokumencie o pracy nad ekranizacją sztuki Ryszard III. Pytani o nią podczas sondy ulicznej ludzie przeważnie nie kojarzą tytułu albo uważają go za nudny. Żeby stworzyć nową, docierającą do współczesnego widza wersję, Pacino wraz z ekipą kolegów po fachu rozkładają Szekspirowski tekst na części. Zaangażowani są między innymi Alec Baldwin, Kevin Spacey, Vanessa Redgrave oraz zjawiskowa Winona Ryder.

Advertisement

Aktorsko-reżyserski zespół dyskutuje o charakterach i intencjach bohaterów, rozdziela się role. Rozmowy toczą się także na temat metrum, które niektórych widzów może zrażać zamiast poruszać. Z kwestii dotyczących literatury ekipa przechodzi do technicznych spraw – szuka odpowiednich lokacji do filmu oraz odwiedza miejsca związane z Szekspirem.

I chociaż Al Pacino i spółka nie przenieśli Ryszarda III na kinowy ekran, powstały w 1996 roku dokument poprzetykany jest tymi scenami, które udało się nakręcić. Całość ogląda się jak teatralne warsztaty dla profesjonalistów, gdzie omawiane sceny chwilę potem ożywają w pełnym inscenizacyjnym rynsztunku. Pacino sam jest sobie sterem, żeglarzem i okrętem – reżyseruje dokument, gra w nim główną rolę, a ponadto próbuje pokazać swój punkt widzenia samej sztuki. Choć projekt jest właściwie niedokończony, pasja bijąca od aktorów przyciąga do ekranu i potrafi być zaraźliwa. [Jan Dąbrowski]

Advertisement

1503680_4

Tragedia Makbeta (1971) reż. Roman Polański

Niech nikogo nie zmyli nazwisko Hugh Heffnera w czołówce oraz fakt, że Tragedia Makbeta faktycznie została wyprodukowana przez Playboya. Dokonana przez Romana Polańskiego ekranizacja jednego z najsłynniejszych dramatów Szekspira poraża ciężką atmosferą, sporym ładunkiem przemocy oraz bezlitosnym stosunkiem twórcy Wstrętu do tytułowego bohatera. Początkowo Makbet jawi się jako narzędzie w rękach swojej żony, która nieraz wypomina mu brak męstwa; później zamienia się on w opętanego szaleństwem krwawego tyrana, ślepo wierzącego w przepowiednie dotyczące własnego przeznaczenia.

Advertisement

Mordy, jakich dokonuje, są wyjątkowo makabryczne, a że Polański nie należy do twórców, którzy się kiedykolwiek bali, pokazuje z detalami odcięte głowy, zabite dzieci, tryskającą krew. Ponura historia o ambicji prowadzącej do zbrodni, a w konsekwencji obłędu i śmierci, zostaje przefiltrowana przez charakterystyczny styl swojego twórcy oraz jego życie osobiste. Trudno nie dopatrywać się w scenie rzezi w domostwie Makdufa reminiscencji mordu na żonie reżysera, Sharon Tate, oraz jej gościach w domu w Beverly Hills. Trudno nie zastanawiać się nad wpływem wojennych wspomnień polskiego twórcy na obraz bestialstwa Makbeta podyktowanego chorymi pragnieniami jego i Lady Makbet.

Nie jest to kino łatwe, acz wielce satysfakcjonujące, potwierdzające wielkość pierwowzoru, jak i jego adaptatora. Jednocześnie uderza niezwykły chłód całości – Polański z kliniczną wręcz precyzją ukazuje rozwój szaleństwa u tytułowego bohatera oraz jego żony (w czym pomaga fakt, że wielokrotnie słyszymy myśli tych postaci), niepozbawiony typowej dla siebie cierpkiej ironii oraz absurdu. W żaden sposób nie chce on bronić Makbeta, ale również nikogo innego. Zamiast tego przedstawia świat, w którym rzekome wartości i sojusze są wyjątkowo nietrwałe i iluzoryczne, a jedyną rzeczą bardziej zakaźną od wszechogarniającej żądzy władzy są przemoc i gwałt. [Krzysztof Walecki]

Advertisement

Throne Of Blood

Tron we krwi (1957), reż. Akira Kurosawa

Jeden z powodów, dla których Akira Kurosawa zdobył międzynarodowe uznanie, to zbudowany przez niego most kulturowy między Wschodem i Zachodem. Pozostając pod wpływem japońskiej historii i tradycji, adaptował Dostojewskiego i Szekspira, by wyrazić więź łączącą go z Europą. Przeniesienie historii szkockiego wodza Makbeta w realia feudalnej Japonii z pewnością nie było łatwe, ale ekipa Kurosawy stanęła na wysokości zadania, przyczyniając się do wykreowania fascynującego spektaklu. Powstała opowieść o rodzeniu się ambicji uruchamiającej niszczycielską machinę. Przepowiednia lub sugestia szerzej otwierają umysł, potęgują pragnienie, kreują wizję przyszłości i w końcu prowadzą do czynów. I tron spływa krwią, a człowiek gnije od wewnątrz, jeszcze zanim kruki rozdziobią jego martwe ciało.

Advertisement

Po wybitnym przedsięwzięciu, jakim jest Siedmiu samurajów (1954), trudno było stworzyć coś równie wspaniałego – efektownego i mądrego zarazem. Pomogli stary niezawodny Szekspir i młody energiczny Toshirô Mifune wcielający się z typową dla siebie ekspresją w postać japońskiego Makbeta. Autorzy opowiadają o twardym, odważnym samuraju, który ma słabą wolę, łatwo ulega pokusom. Pozwala, by wąż pod postacią kobiety sączył mu jad do ucha. Pozwala, by irracjonalne pragnienie władzy odebrało mu rozum. Z prostej drogi wyznaczonej przez samurajski kodeks honorowy zbacza w najmroczniejsze rejony, symbolizowane tu przez Pajęczynowy Las – istny labirynt, skąd ciało może się wydostać, lecz dusza nigdy nie odnajdzie spokoju. Bez ambicji mężczyzna jest nikim, ale czymże jest ambicja? [Mariusz Czernic]

Titus

 Tytus Andronikus (1999) reż. Julie Taymor

Advertisement

Najżałośniejsza tragedia Titusa Andronicusa to jedna z mniej popularnych sztuk, a jej akcja umiejscowiona jest w starożytnym Rzymie. Główny bohater, tytułowy Tytus (Anthony Hopkins), wraca z wygranej wojny z Gotami, z której przywozi ich królową, Tamorę (Jessica Lange), jej trzech synów i Murzyna, Aarona (Harry Lennix). Andronicus przyjeżdża w momencie śmierci cesarza, trzeba więc wybrać nowego władcę spośród jego synów. Pierworodny Saturninus (Alan Cumming) i drugi syn, Bassianus (James Frain) zabiegają o głosy Rzymian, a dzięki wstawiennictwu Tytusa cesarzem zostaje Saturninus. Ta decyzja spowoduje szereg tragicznych wydarzeń wymierzonych w ród Andronicusów.

Swoim kinowym debiutem Julie Taymor – na co dzień związana z teatrem – pokazała, jak kreatywne podejście do adaptacji dzieł Szekspira potrafi je odświeżyć. Postawiła na połączenie starożytnych plenerów i elementów wystroju z nowoczesnymi kostiumami i rekwizytami. Ryzykowne, lecz tym razem udane zestawienie. Zbroje żołnierzy nawiązują do historycznych, ale już mundury galowe przypominają te z XX wieku, rydwany zastąpiono samochodami, etc. Przez taki stylistyczny melanż można wyczuć uniwersalną treść utworu.

Advertisement

Aktorsko Tytus Andronikus jest świetny, całej obsadzie należą się brawa, zwłaszcza biorąc pod uwagę relacje między postaciami i zawiłości fabuły, które podczas seansu są zrozumiałe i przejrzyste. Szczególnie warto zobaczyć film Taymor ze względu na trójkę aktorów. Jessica Lange stworzyła jedną z najbardziej perfidnych i zepsutych postaci kobiecych w kinie, a Harry Lennix jest złośliwy i okrutny, tworząc bardzo charyzmatycznego bohatera – dzisiaj nie do pomyślenia – złego Murzyna, który o swoich zbrodniach mówi „żałuję, że tysiąc ich za mało”.

Najbardziej złożoną i tragiczną postacią w całym filmie jest Tytus, którego Hopkins zagrał brawurowo, jak to on. Nawet fragmenty, które w tekście wydają się przesadzone i pełne metafor, potrafił zinterpretować tak, by widz poczuł emocje postaci. Świetny wybór obsadowy, karkołomne zadanie aktorskie, zaliczone na piątkę z dużym plusem. Popisowa rola, chyba najciekawsza w karierze Hopkinsa.

Advertisement

Oczywiście, stylistyczny misz-masz nie wszystkim się spodoba, a wszechobecne w scenariuszu krzywda i przemoc mogą odstraszać. Jednak warto zobaczyć Tytusa Andronikusa. Jest to niewątpliwie nietypowy seans, wymagający, uwagi, ale i dostarczający emocji i „tego czegoś”. [Jan Dąbrowski]

maxresdefault

Wiele hałasu o nic (1993) reż. Kenneth Branagh

Advertisement

Don Pedro Aragnoński (Denzel Washington) wraz z zaprzyjaźnionymi żołnierzami: Claudiem (Robert Sean Leonard), Benedickiem (Kenneth Branagh) i półkrwi bratem, Johnem (Keanu Reeves) przyjeżdża do Messiny, gdzie odbywa się powitalny bankiet zorganizowany przez gospodarza, Leonato. Jego jedyna córka i dziedziczka, Hero (debiut kinowy Kate Beckinsale), wpada w oko Claudiowi. Tymczasem między Benedickiem a bratanicą Leonata, Beatrice (Emma Thompson), ciągle dochodzi do wymiany złośliwości i przytyków. Ona jest niezależną indywidualistką, on – zdeklarowanym kawalerem. Między bohaterami dochodzi do wielu zabawnych scen, intryg i zaskakujących zwrotów akcji.

Kenneth Branagh w swoim żywiole! Jako reżyser i scenarzysta obeznany z twórczością wybitnego pisarza świetnie odnajduje się w zawiłościach szekspirowskich sztuk i potrafi przenieść je na kinowy ekran. Mimo wielu postaci nie sposób pogubić się w przedstawionych wydarzeniach. Film nakręcono w Toskanii, a większość scen umiejscowiono w malowniczych plenerach lub w zabytkowej winnicy, która posłużyła za dom Leonata. Wiele hałasu o nic to lekka komedia, którą ogląda się z przyjemnością. Niewątpliwie jest w tym zasługa obsady: poza wymienionymi aktorami występują tu Brian Blessed, Imelda Staunton, a także Michael Keaton w popisowej roli naczelnika straży Dogberry’ego. [Jan Dąbrowski]

Advertisement

muchadonew2

Wiele hałasu o nic (2012) reż. Joss Whedon

Jakby w opozycji do wcześniejszej o dwadzieścia lat adaptacji stoi skromna wariacja od Jossa Whedona. Reżyser zebrał ziomali i kumpele z Firefly, Dollhouse i będących wtedy w trakcie produkcji Avengersów, i w przeciągu kilku dni nakręcił za skrzynkę piwa we własnej willi typowo współczesną, luźną wersję szekspirowskiej historii o miłości i wynikających z niej perypetii. Fabularnie nic się nie zmienia, gdyż reżyser pozostał w 100% wierny oryginałowi. Typowo archaiczne dialogi z powagą wymawiane podczas imprezy XXI wieku mogą zatem wydać się nie na miejscu, choć ani aktorom nie brak naturalności i pasji, ani samemu filmowi zacięcia.

Advertisement

Ot, różnica polega głównie na tym, że zamiast mieczy bohaterowie noszą u boku pistolety, zamiast uniformów odziani są w marynarki, w rękach często trzymają drinki z parasolką bądź kawałkiem cytryny, a w tle lecą popowe kawałki (także oparte o Szekspira).

Ma to swój urok – szczególnie że Whedon zdecydował się nakręcić całość w czerni i bieli. Historia zgrabnie zamyka się w czasie poniżej dwóch godzin i śledzi się ją nawet z zainteresowaniem, a obsada jest zaiste imponująca i, co ważniejsze, sympatyczna (ujmuje zwłaszcza Nathan Fillion jako Dogberry). Koniec końców jest to jednak produkt skierowany raczej do fanów Whedonverse niż statystycznego widza tudzież miłośnika twórczości brytyjskiego pisarza. Niby nie można się do niczego przyczepić, lecz wraz z napisami końcowymi film łatwo ulatuje z głowy, a i w trakcie seansu trudno oprzeć się wrażeniu, że czegoś zwyczajnie tutaj zabrakło. A może o to chodziło twórcom, którzy tym samym idealnie wpisali się w sedno tytułu. [Jacek Lubiński]

Advertisement

10-Things-I-Hate-About-You

Zakochana złośnica (1999) reż. Gil Junger

Polski tytuł nie ukrywa, z adaptacją jakiego dzieła mamy tutaj do czynienia (oryginalny jest znacznie bardziej enigmatyczny, gdyż brzmi 10 Things I Hate About You). Poskromienie złośnicy przeniesiono na grunt amerykańskiego liceum, a role powierzono wówczas mało znanym, ale obiecującym, młodym twarzom. Wśród nich wyróżnia się oczywiście nieodżałowany Heath Ledger, którego bohater to trochę taka wariacja Johna Bendera – pozującego na twardziela, ale generalnie wrażliwego, nieco zagubionego chłopaka o dobrym sercu i bujnym fryzie. W opozycji do niego stoi tytułowa złośnica w osobie Julii Stiles, a pomiędzy nimi miota się jeszcze pociesznie Joseph Gordon-Levitt. Rzecz jasna ktoś musi pokochać kogoś, ktoś inny nie chce i wynika z tego wiele nieporozumień, z których tylko część autentycznie śmieszy.

Advertisement

Półtoragodzinny film ogląda się całkiem przyjemnie, ale nie da się ukryć, że to jedynie kolejna komedia romantyczna dla młodocianych, z obowiązkową imprezą taneczną na koniec i soundtrackiem wypełnionym hitami końca milenium. Nie jest to ani złe, ani nie postarzało się jakoś mocno, ani też nie przynosi ujmy dziełu Szekspira. To po prostu przeciętna produkcja, jakich wiele – taka, którą zawsze można obejrzeć do obiadu, ale o jakiejkolwiek rewolucji nie ma mowy. Ot, rodzaj szekspirowskiego guilty pleasure. [Jacek Lubiński]

bad_sleep_well_01

Zły śpi spokojnie (1960), reż. Akira Kurosawa

Advertisement

Skoro Kurosawa wziął już na warsztat Makbeta, to czemu nie iść za ciosem i spróbować przerobić drugie koronne dzieło Szekspira, czyli opowieść o duńskim księciu Hamlecie. Postanowił jednak podejść do tematu inaczej i osadzić akcję we współczesnej Japonii. Kôichi Nishi (rozważnie odgrywany przez Toshirô Mifune) żeni się z córką bogatego przedsiębiorcy, ale miłość nie jest najważniejszym powodem tego mariażu. Nie są nim także pieniądze, jak niektórzy podejrzewają. Zostając zięciem biznesmena bohater zamierza się do niego zbliżyć, by zadać mu śmiertelny cios. Kieruje nim pragnienie zemsty – chce pomścić ojca i przy okazji ujawnić korupcję w firmie, dla której ojciec pracował.

Kwestią sporną pozostaje, czy uznać ten film za adaptację sztuki Szekspira, ale ja nie mam wątpliwości. Bo chociaż reżyser nie zachowuje wierności z oryginałem, to jednak interpretuje treść sztuki na swój sposób. Główny bohater hamletyzuje, nie zastanawia się wprawdzie, czy być czy nie być, ale jest rozdarty wewnętrznie. Zemsta jest dla niego naturalnym, logicznym następstwem wydarzeń, ale kiedy przychodzi co do czego, nie potrafi odebrać życia człowiekowi. Ubolewa nad tym, że gdy dokona zemsty, stanie się takim samym draniem jak jego przeciwnicy.

Advertisement

Niewykluczone, że adaptacja klasycznego dramatu była dla reżysera pretekstem do politycznej wypowiedzi – do krytycznej oceny rządów w powojennej Japonii, gdzie na najwyższych szczeblach władzy panuje korupcja. W następstwie już tylko niewielki krok dzieli ludzkość (w tym także porządnych obywateli) od moralnego upadku. [Mariusz Czernic]

Advertisement

film.org.pl - strona dla pasjonatów kina tworzona z miłości do filmu. Recenzje, artykuły, zestawienia, rankingi, felietony, biografie, newsy. Kino klasy Z, lata osiemdziesiąte, VHS, efekty specjalne, klasyki i seriale.

Advertisement
Kliknij, żeby skomentować

Zostaw odpowiedź

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *