Publicystyka filmowa
ŚWIETNE brytyjskie SERIALE, których NIE ZNASZ, a POWINIENEŚ
Odkryj tajemnice BRYTYJSKICH SERIALI, o których nie miałeś pojęcia! Poznaj ich niepowtarzalny humor i zaskakujące intrygi.
Niestety już od kilku dobrych lat (od roku 2015) wieszczę koniec brytyjskiej telewizji i niestety moje przewidywania okazują się dużo bardziej trafne, aniżeli początkowo mogłoby się wydawać. Dlatego w duchu nostalgii przygotowałam zestawienie genialnych brytyjskich seriali, których prawdopodobnie nie znacie, a część z was pewnie nawet o nich nigdy nie słyszała.
Pod numerem 9 (Inside no.9)
Duet Pemberton i Shearsmith znany jest z dość specyficznego poczucia humoru, co niejednokrotnie obaj panowie udowodnili w swoich poprzednich produkcjach, choćby w Lidze Dżentelmenów (znanej także jako Pcim Dolny). Mamy tu niewybredny humor z domieszką horroru, dziwactw, thrillera, a nawet dramatu psychologicznego, a co najważniejsze, inteligentnych rozwiązań, które sprawiają, że widz zaczyna się zastanawiać, jakim cudem tego typu pomysły zrodziły się w umysłach scenarzystów.
Na początku warto przytoczyć parę istotnych faktów na temat tej niezwykłej brytyjskiej produkcji. Po pierwsze jest to czarna jak noc komedia, a raczej powinnam powiedzieć antologia, którą wyprodukowało BBC, a jej twórcami są Steve Pemberton oraz Reece Shearsmith. Pierwszy sezon ukazał się na antenie BBC Two 5 lutego 2014 roku. Obecnie dostępnych jest pięć sezonów, które można obejrzeć na HBO GO. Każdy z nich liczy po sześć odcinków. Pomysł na historię został zaczerpnięty z poprzedniej produkcji obu twórców – Psychoville – która również pojawia się w tym zestawieniu.
Inspiracją były też dzieła Alfreda Hitchcocka. W każdym z odcinków występuje dwójka wspomnianych twórców, a także cała plejada brytyjskich gwiazd, które znakomicie wpisały się w klimat tej pokręconej produkcji.
Najważniejszy w całym serialu jest chyba fakt, iż jest to właśnie antologia. Każdy z kolejnych epizodów jest odrębną, półgodzinną historią z nową scenografią oraz nowymi postaciami. Nie należy oczywiście zapominać, że nie są to zwykłe historie, a plot twisty, które zostały w nich zawarte, zadziwią nawet najbardziej wytrawnych widzów i zwolenników teorii spiskowych. Jednym słowem – na pewno będziecie zaskoczeni. Jedynym elementem, który łączy wszystkie odcinki, jest to, że ich akcja rozgrywa się pod numerem 9 – w rezydencjach, garderobach czy też mieszkaniach. W każdym z odcinków pojawia się również wspomniany już duet Pemberton i Shearsmith. Ten ostatni zaś jest jedną z najlepszych rzeczy, jaka przytrafiła się brytyjskiej telewizji.
Ważne jest, że praktycznie każda z historii mogłaby zostać z powodzeniem wystawiona jako sztuka. Jest to jeden z elementów, który urzekł mnie najbardziej – z powodu mojego zamiłowania do brytyjskiego teatru i czarnego humoru. Jestem bardzo ciekawa, co by się stało, gdyby każda z historii została wystawiona jako jednoaktówka. Mocną stroną produkcji jest również to, iż część epizodów dzieje się w czasie rzeczywistym, co oznacza, że przez pół godziny śledzimy krok po kroku faktyczne poczynania bohaterów. Czujemy ich niepokój i zakłopotanie, a niekiedy czas dłuży nam się niemiłosiernie, gdy spotykają ich niekomfortowe sytuacje, które znajdują zaskakujące rozwiązania.
Na granicy cienia
Stephen Rea powinien dostawać dożywotnią nagrodę BAFTA za to, co wyprawia na szklanym ekranie. A serial The Shadow Line, czyli Na granicy cienia, jest tego dobitnym potwierdzeniem. W dodatku jest to serial znakomity. Świetne dialogi, plot twist, który wbił mnie w fotel, oraz z pozoru nudni bohaterowie, koniec końców okazujący się postaciami niesamowicie złożonymi. Mimo wszystko jest to jednak spektakl jednego aktora, który prawdopodobnie sprawi, że nie będziecie mogli się od niego oderwać i zaczniecie się zastanawiać nad każdą złą decyzją podjętą w życiu.
Historia rozpoczyna się dość tajemniczo od zabójstwa mafijnego bossa. Niby nic specjalnego, w końcu to zawód wysokiego ryzyka, ale nikt się nie spodziewał, że zaraz po wyjściu z więzienia ów boss zostanie przez kogoś zastrzelony. Sprawie nadaje ważność fakt, że przestępca odzyskał wolność dzięki królewskiemu ułaskawieniu, a to już zapowiada jakąś grubszą aferę z udziałem najwyższych władz. W rozwiązanie zagadki angażuje się zespół policjantów, którym dowodzi Jonah Gabriel (Chiwetel Ejiofor). I tu sprawa zaczyna się komplikować, ponieważ nasz protagonista zachowuje się dość niecodziennie.
Szybko okazuje się, że w wyniku strzelaniny kula, która zabiła jego partnera, utknęła mu w głowie, powodując amnezję. Odtąd Gabriel miota się po teatralnie zaaranżowanych pomieszczeniach, próbując rozwikłać zagadkę morderstwa i jednocześnie swojej osobistej tragedii.
Na granicy cienia to przykład fascynującego serialu z mrocznym klimatem, w którym nic nie jest takie, jakie się wydaje. I nawet jeśli początek będzie dla was ciężki do przebrnięcia, to radzę się nie zrażać i obejrzeć całą tę miniserię za jednym zamachem. Nie będziecie żałować.
White Gold
Czy można zrobić świetny serial o sprzedawcach okien? Okazuje się, że tak, bez żadnego problemu. Oczywiście pod warunkiem, że jest się Brytyjczykiem.
Ed Westwick, znany z cieszącej się ogromną popularnością Plotkary, wciela się tu w aroganckiego sprzedawcę okien, który zrobi wszystko – i to dosłownie wszystko – by osiągnąć upragniony sukces. Bez wątpienia pomaga mu w tym fakt, iż jest diabelnie przystojny i elokwentny, a to z kolei sprawia, że niezły z niego cwaniak. Do tego zdradza on swoją piękną żonę i organizuje dla swoich współpracowników imprezy z prawdziwego zdarzenia. Jednak jak to mówią, to, co dobre, szybko się kończy. White Gold to produkcja niezwykle interesująca i pełna niesamowitych niuansów; bez wątpienia sprzedaż okien nigdy nie była i chyba nigdy już nie będzie aż tak ciekawie ukazana.
Jeżeli podobał się wam Wilk z Wall Street, to na pewno docenicie kunszt i zaangażowanie brytyjskiej wersji, w której Vincent Swan, niczym tania podróbka Jordana Belforta, stara się utorować sobie drogę do kariery, podczas gdy w tle nawiedza nas zespół Duran Duran, będący wtedy u szczytu sławy. Jest to bowiem idealny miks wszystkiego, co najlepsze i najgorsze w latach 80.
Warto zaznaczyć, iż jeden z twórców serialu spędził praktycznie całe swoje dzieciństwo w salonach sprzedaży okien, gdyż pracował w nich jego ojciec. I widać to dobitnie w serialu. Choć całość to jedna wielka karykatura, to jednak głęboko osadzona w rzeczywistości sprzedawców. Można zatem wnioskować, że bohaterowie, których nienawidzimy bądź kochamy od pierwszego wejrzenia, wcale nie są wyłącznie tworem wyobraźni, ale ludźmi z krwi i kości, których w przeszłości spotkał na swojej drodze jeden z twórców serii.
Nie jest to może serial wybitny, ale na pewno szalenie zabawny, dużo lepszy od wielu przeciętnych produkcji realizowanych hurtowo za oceanem.
Moone Boy
Serial Moone Boy znają tylko naprawdę zagorzali fani Chrisa O’Dowda, który co prawda wielkiej kariery filmowej nie zrobił, ale na zawsze pozostanie w pamięci widzów jako ten gość z produkcji Technicy-magicy. Moone Boy z całą pewnością został też obejrzany przez osoby, które w 2013 roku przyznały mu nagrodę Emmy dla najlepszej komedii telewizyjnej. Akcja serialu rozgrywa się w roku 1989 w małym miasteczku w Irlandii; mieszkająca tam rodzina Moone’ów, a w szczególności jej najmłodszy członek, czyli Martin, oraz jego wyimaginowany przyjaciel, musi mierzyć się z coraz to bardziej pokręconymi przeciwnościami losu.
Niewątpliwie jest to unikatowa kombinacja, która jakimś cudem ma zadatki na to, by być komedią prawie idealną. Na razie jest to dla mnie najlepiej napisany telewizyjny sitcom ostatnich lat. Urok tej produkcji jest niepodważalny – i chyba ze względu na to pozwalamy jej twórcom, by czynili ją jednocześnie idiotyczną. Absurd goni absurd, gag goni gag, a ja za każdym razem smucę się z powodu tego, że Sean (czyli wymyślony przyjaciel) dostaje tak mało czasu na ekranie.
Dalej jestem zdania, że Moone Boy to nie tylko pozycja, obok której nie można przejść obojętnie, ale również jedna z najlepszych komedii ostatnich lat, zasługująca na każde możliwe wyróżnienie. Udowadnia, że można zrobić błyskotliwą komedię, która potrafi nie tylko rozbawić widza i obudzić w nim nostalgiczne wspomnienia, ale również poruszyć ważne społeczne tematy, nie próbując przy tym obrażać inteligencji oglądającego. Chris O’Dowd po raz kolejny pokazuje, jak świetnym jest scenarzystą.
Jonathan Strange & Mr Norrell
Jest tu wszystko, czego widz oczekuje od dobrego serialu: przyjaźń, rywalizacja, miłość i dużo magii. Jednak to w głównej mierze magiczny świat dla dorosłych, gdzie za wykorzystanie pewnych zaklęć przyjdzie magom zapłacić wysoką cenę. To również skupienie się na kwestii szybkiego zapomnienia, po której stronie się stoi. Czy ciągle jeszcze po tej dobrej, czy może już dawno przekroczona została linia oddzielająca to dobre od tego złego? Ten serial to przede wszystkim historia przyjaźni i rywalizacji pomiędzy dwoma magami, naznaczona klęskami, mrokiem, ale także zapewnieniem, że cokolwiek się stanie, jesteśmy w tym razem. I powiem szczerze, że w finałowych minutach byłam bliska rozpłakania się.
Poza świetnie napisanym scenariuszem zachwyca również warstwa wizualna. Niektóre ujęcia to prawdziwy majstersztyk, wciągający widza w duszną atmosferę Londynu wypełnionego magią. Muszę też przyznać, że i efekty specjalne nie wydają się tandetne i kiczowate, wręcz przeciwnie. Scena, w której Strange przywołuje konie z piasku, jest niesamowicie widowiskowa i zapierająca dech w piersiach. Wielkie za to brawa dla twórców.
Jonathan Strange & Mr Norrell to kolejna produkcja (licząca siedem odcinków), z którą koniecznie trzeba się zapoznać. Znajdziemy w niej radość, łzy, namiętności i przyjaźń. A to tylko wycinek tego, co serial ma do zaoferowania widzowi.
Quacks
Quacks znalazłam całkowicie przypadkowo, szukając ciekawych serialowych wcieleń Andrew Scotta; w tej produkcji zalicza on co prawda tylko cudowne cameo, ale ja natrafiłam dzięki temu na serial, który niestety zaginął w czeluściach telewizji. Najlepiej charakteryzują go słowa, które mogłyby stanowić początek dowcipu: chirurg, anestezjolog i psycholog wchodzą do baru. I to w wiktoriańskim Londynie. Mamy więc świat pełen absurdów, takich jak konkurs na najszybszą amputację nogi, dużo slapsticku i całą masę absurdalnych wręcz sytuacji.
Fani Czarnej Żmii będą wniebowzięci, gdyż w sześciu odcinkach serialu Quacks udaje się idealnie uchwycić klimat tej znanej produkcji. Tym, co bez wątpienia zaskakuje, jest fakt, iż pod toną absurdu znalazło się miejsce dla prawdziwych historycznych anegdotek. W jednej chwili śmiejemy się z totalnej absurdalności, by zaraz potem zdać sobie sprawę, że tego typu zachowania faktycznie miały miejsce w tamtym okresie. Przykładowo lekarze nigdy nie badali pacjentów, a w szczególności kobiet, co w serialu prowadzi do wielu śmiesznych sytuacji. Niestety mimo pozytywnego odbioru nigdy nie doczekaliśmy się drugiego sezonu, co jest zupełnie nie do przyjęcia.
Całość została dopełniona genialnymi wręcz występami, które za każdym razem są przeszarżowane do granic możliwości. Każda rola to mała aktorska perełka. Prym wiedzie Rory Kinnear w roli zadufanego w sobie chirurga, który by popisać się przed studentami, chodzi wiecznie w zakrwawionym kitlu. Jednak nic nie jest w stanie przebić Ruperta Everetta w roli lekarza antysemity. Tak, wiem, że nie brzmi to zbyt dobrze, jednak sama absurdalność sytuacji sprawia, że nie raz i nie dwa się zaśmiałam.
Księgarnia Black Books
Moja miłość do dzieła Dylana Morana była miłością trudną. Bo choć śmiechu jest tu co niemiara, to z biegiem czasu zaczynamy zdawać sobie sprawę, że śmiejemy się tak naprawdę sami z siebie i powinien być to śmiech przez łzy. Twórcy bowiem w bezlitosny sposób wyśmiewają styl bycia typowego Irlandczyka, dodając do tego satyrę na naród brytyjski; całość sprowadzają jednak do wymiaru uniwersalnego.
Tytułowy Bernard Black jest zblazowanym pesymistą, którego życie polega na piciu, paleniu i czytaniu książek. Nasz bohater ma dwójkę najbliższych znajomych, którzy notorycznie towarzyszą mu w pijackich eskapadach. I pamiętajcie, drogie dzieci: nigdy nie jest za wcześnie, by otworzyć butelkę zacnego chardonnay za 12 złotych.
Książki to jedyny sposób naszego bohatera na to, by mieć kontakt ze światem zewnętrznym. Mimo iż posiada on księgarnię, nienawidzi sprzedawać książek ludziom. On po prostu kocha się nimi otaczać i to one są całym jego światem. Warto zauważyć, że choć świat zewnętrzny co i rusz wkrada się do życia Bernarda, to jest to świat bardzo nieprzyjemny. Dlatego w niektórych momentach trudno nie popierać decyzji głównego bohatera dotyczącej totalnego odcięcia się od przynależności do ludzkiego gatunku.
Twórca serii, Graham Linehan, bez wątpienia miał nosa do aktorów obsadzonych w głównych rolach (genialny Dylan Moran, późniejszy twórca kolejnych serii), ale również duży talent scenopisarski. Specyficzne poczucie humoru sprawia, że ta produkcja uzależnia, a scena, w której Bernard robi lodowe lizaki z wina, stała się już wręcz kultowa (nawiasem mówiąc, przepis sprawdzony – polecam na gorące letnie wieczory). Żałowałam tylko, że serial zakończył się po trzech sezonach i nie poznałam dalszych losów bohaterów.
Psychoville
Nikogo nie powinno chyba dziwić, że wrzucam do zestawienia kolejną propozycję od duetu Pemberton i Shearsmith, o której wspominałam w kontekście serialu Pod numerem 9. Można pokusić się o stwierdzenie, że wszystko, czego ta dwójka dotknie, zamienia się w przysłowiowe złoto. Również tym razem produkcja, którą sygnują oni własnymi nazwiskami, pełna jest czarnego niczym smoła humoru, absurdów oraz zupełnie nieprzewidzianych zwrotów akcji.
W tym przypadku fabuła koncentruje się wokół grupy totalnych dziwadeł i prawdziwych ewenementów w skali światowej, którzy otrzymują pewnego dnia tajemniczy list. Oczywiście twórcy nie byliby sobą, gdyby nie korzystali z klasycznych nawiązań oraz nie kreowali postaci tak dobrze znanych widzom, że nie pozostaje nic innego, jak tylko bawić się tym konceptem i wykorzystać go do granic możliwości. Mamy więc miejsce na hołd dla samego mistrza suspensu – Hitchcocka, a także dla klasycznych horrorów, a to wszystko polane jest gęstym sosem zrobionym z angielskiego humoru. Dodatkowo pojawiają się elementy kryminału typowego dla Agathy Christie czy momenty musicalowe, które na pierwszy rzut oka pasują do całości jak pięść do nosa.
Be wątpienia jest to produkcja mroczna, dziwaczna, groteskowa, a niekiedy nawet szalona na wszystkie możliwe sposoby, gdyż twórcy wcielający się w poszczególne postacie dają z siebie absolutnie wszystko. Oczywiście nie jest to serial dla każdego – docenią go bez wątpienia fani humoru rodem z Ligi Dżentelmenów oraz wielbiciele talentu duetu, który ośmielił się to dzieło stworzyć. Należy przy tym nadmienić, iż drugi sezon jest niestety dużo słabszy od pierwszego.
Jonathan Creek
Rok 1997 dał światu serial inny niż wszystkie. Jako dzieciak z wypiekami na twarzy oglądałam przygody tytułowego Jonathana Creeka, który przy pomocy magii rozwiązywał zagadki kryminalne. Na wstępie powiem bardzo szczerze, że warto zobaczyć wyłącznie pierwsze cztery sezony. Przez dziesięć lat czekałam na kolejny sezon jednego z bardziej „magicznych” seriali detektywistycznych, jakie kiedykolwiek miałam okazję obejrzeć. Tym bardziej boli fakt, że Jonathan Creek w piątej serii na siłę próbuje upodobnić się do współczesnych seriali, tracąc po drodze to, co stanowiło o jego sile: klimat.
Produkcja miała wszystko, o czym fani Sherlocka Holmesa mogli marzyć, zanim na scenę wkroczył Benedict Cumberbatch ze swoją sztuką dedukcji i z podniesionym kołnierzem płaszcza. Dodatkowo wpleciony w nią został wątek romansowy, który jest prowadzony w tak komiczny sposób, że sama już niekiedy krzyczałam do telewizora, by tytułowy bohater w końcu się ogarnął. Ale to było siłą serialu: duet całkowicie niedobranych bohaterów, którzy wspólnie rozwiązują zagadki, a przy okazji stają się przyjaciółmi na dobre i złe.
Oczywiście – podobnie jak w przypadku Columbo – serial trochę się zestarzał, ale to dalej solidna rozrywka z magią w tle oraz zagadkowymi morderstwami praktycznie nie do rozwiązania.
The Town
Powroty zawsze bywają trudne, szczególnie jeśli po dziesięciu latach wracacie z powodu pogrzebu rodziców do rodzinnego domu, gdzie czeka na was siostra, która tak naprawdę jest dla was zupełnie obcą osobą, a miłość waszego życia ma teraz męża i dziecko. Witajcie w świecie Marka Nicholasa – bohatera miniserii ITV The Town.
Każdy, kto choć raz w życiu widział Miasteczko Twin Peaks Davida Lyncha, doceni klimat serii. Historia wydaje się banalna – rodzice głównego bohatera popełniają samobójstwo, mimo iż chwilę wcześniej widzimy sielankowe wręcz ujęcia z ich udziałem i tak naprawdę nic nie zapowiada nadchodzącej tragedii. W taki rozwój wypadków jako jedyny od początku nie wierzy Mark, który uparcie twierdzi, że jego rodzice zostali zamordowani. Jego teorię zdają się potwierdzać anonimowe listy znalezione w rzeczach rodziców oraz tajemnicze SMS-y.
Ale czy na pewno? Zresztą nawiązań do kultowego już serialu Lyncha jest tu co niemiara; przytoczę chociażby scenę, w której widzimy denatkę ucharakteryzowaną na Laurę Palmer – jest ona wręcz żywcem wyjęta z dzieła Lyncha.
Każdy z nas doskonale zdaje sobie sprawę z tego, że małe miasteczka, poza mrocznymi tajemnicami, skrywają również postacie o nieprzeciętnych osobowościach i historiach. Mamy więc uzależnionego od alkoholu burmistrza, genialnie zagranego przez Martina Clunesa, znanego szerszej publiczności z serialu Doktor Martin. Poznajemy także Jodie Nicholas, niepokorną piętnastolatkę, dopiero uczącą się trudnych relacji z bratem, którego nie widziała praktycznie przez całe swoje życie. No i w roli głównej występuje niesamowity Andrew Scott. Nie spodziewałam się, że jest on w stanie w jakikolwiek sposób przebić swoją kreację na miarę nagrody BAFTA z serialu Sherlock, a jednak z czystym sumieniem mogę powiedzieć, że mu się udało. Aktor hipnotyzuje widza swoją grą, a wachlarz emocji, jaki prezentuje na ekranie, nieustannie wywoływał we mnie skrajne uczucia – poczynając od totalnej euforii, na rozpaczy i melancholii kończąc.
The Town ogląda się wręcz fantastycznie. Są tu wciągające historie, bohaterowie z krwi i kości oraz klaustrofobiczny klimat, który panuje w tytułowym miasteczku. Twórcy doskonale wiedzieli, jak mnie podejść.
Whitechapel
Makabra, okrucieństwo, przerażające zbrodnie – to niewątpliwe zalety całej serii. Trup ściele się gęsto, krew leje się hektolitrami, a klaustrofobiczny klimat dzielnicy tylko dodaje pikanterii całej historii. A finał spełnił wszystkie moje wygórowane oczekiwania.
Bezsprzeczną zaletą pierwszych trzech sezonów był niesamowity klimat. W czwartej twórcy idą nawet o krok dalej i serwują obrazy rodem z filmu Siedem Finchera, poczynając od niepokojącego intra, które klimatem, montażem i muzyką bardziej pasowałoby do produkcji typu American Horror Story aniżeli do serialu kryminalnego. Również przebitki pomiędzy poszczególnymi scenami są mroczne, klimatyczne i dość upiorne – mamy tu szybki montaż i rozmazane ujęcia z niepokojąco dziwnymi dźwiękami.
Warto również wspomnieć, że twórcy serii wpisują się w panujący obecnie w telewizji trend na uwspółcześnianie znanych już historii. Mamy więc Kubę Rozpruwacza, braci Kraye czy nawiązania do markiza de Sade. Oczywiście większość historii bazuje na prawdziwych wydarzeniach, które miały miejsce na terenie dzielnicy Whitechapel. Jedno jest pewne – to właśnie morderstwa są najbardziej fascynującym elementem całej serii.
Ambassadors
Akcja komediodramatu pod tytułem Ambasadorzy dzieje się w brytyjskiej ambasadzie w fikcyjnym Tazbekistanie gdzieś w Azji. Choć pomysł sam w sobie wydaje się szalony, to mimo wszystko produkcję ogląda się fantastycznie. Miniseria jest dziełem Jamesa Wooda oraz Ruperta Waltersa, a w rolach głównych występują David Mitchell (jako brytyjski ambasador – Keith Davis) oraz Robert Webb (jego prawa ręka – Neil Tilly). Tych dwóch ostatnich wcześniej dało światu sitcom Peep Show i oglądając Ambasadorów, nie mogłam oprzeć się wrażeniu, że brytyjski rząd zatrudnił dwóch nieudaczników występujących w Peep Show, a następnie po prostu wysłał ich do swojej ambasady w Tazbekistanie.
Mitchell i Webb swoim najnowszym występem tylko potwierdzają moje przypuszczenia na temat więzi, jaka dalej łączy ich z bohaterami Peep Show. Nikogo więc nie powinno dziwić, że Mitchell gra spiętego karierowicza o kompetencjach pozostawiających wiele do życzenia, a Webb – jego momentami lekkomyślnego, a zarazem despotycznego zastępcę.
Obydwaj, mimo że mają odmienne charaktery, potrafią jednak ze sobą współpracować. Nasi bohaterowie nie są przesadnie skomplikowani i chociaż skonfrontowanie ze sobą dwóch postaci z zupełnie innych bajek jest pomysłem dość wyświechtanym, to w tym przypadku prowadzi do wielu zabawnych sytuacji. Widać, że aktorzy świetnie odnajdują się w swoich rolach i cieszy ich powrót do już wcześniej odgrywanych postaci.
Produkcja z założenia miała być komediodramatem z elementami satyry politycznej i twórcom po części udało się to osiągnąć. Scena sześciodniowej sesji picia wódki z prezydentem Tazbekistanu (etykieta wymusza obecność na niej) jest naprawdę przezabawna. Jednocześnie jednak seria ukazuje prawdziwy, choć dość spłycony obraz surrealistycznego świata bliskowschodniej dyplomacji. Pojawiają się dylematy moralne, z którymi muszą zmierzyć się bohaterowie: co jest ważniejsze – lukratywny kontrakt na zakup brytyjskich helikopterów wojskowych czy życie brytyjskiego obywatela skazanego na śmierć? Twórcy, mimo scenariuszowej lekkości, nie boją się mówić o rzeczach ważnych.
