Seriale TV

SKY ROJO. Recenzja nowego serialu twórców DOMU Z PAPIERU

Wielkie oczekiwania i wielkie rozczarowania

Autor: Gracja Grzegorczyk
opublikowano

Już na wstępie powiem, że miałam duże oczekiwania w stosunku do serialu. Świetny trailer, znakomita obsada, a za sterami osoby, które z historii o włamaniu do hiszpańskiej mennicy zrobiły światowy fenomen – co mogło pójść nie tak? Kiedy jednak zagłębić się w świat Sky Rojo, okazuje się on wydmuszką wypełnioną po brzegi akcją, trupami, kolejnymi nieprawdopodobnymi zdarzeniami oraz sztampowymi bohaterami, których nie powinno nam być żal, i bohaterkami, którym moglibyśmy współczuć, gdyby nie były tak stereotypowe. Niestety – sezon pierwszy to dla mnie zupełne nieporozumienie, chaotyczne i niekonsekwentne.

Coral, z wykształcenia biolożka, pracuje w klubie jako prostytutka. Pewnego dnia ratuje życie swoim koleżankom po fachu, Wendy oraz Ginie, które prawie zostają zabite przez alfonsa o imieniu Romeo. Dziewczyny uciekają z miejsca zdarzenia. Szybko zdają sobie sprawę, że niedoszły trup nie tylko nie jest martwy, ale również wysłał swoich „najlepszych” ludzi, by je wytropili. Kobiety jednak nie chcą się poddać i postanawiają stawić czoło wszelkim przeciwnościom losu.

Tym, co najbardziej razi mnie w serialu, jest dość rozrywkowe potraktowanie przez twórców niezwykle poważnego tematu, jakim jest prostytucja i handel ludźmi. Każdy odcinek odsłania kolejną historię dotyczącą zawodu prostytutki; tego, jak postrzega je społeczeństwo, jak są oceniane przez klientów i przypadkowych ludzi. Jednak sztampowość i sposób przedstawienia tych historii odziera je z dramatyzmu. To krzywdzące dla naszych bohaterek, które są złożonymi postaciami, podczas gdy ich problemy w praktyce stanowią tylko punkt wyjścia dla kolejnych absurdalnych rozwiązań fabularnych.

To samo tyczy się bandziorów, którym twórcy starają się przypisać wyciskające łzy przejścia z przeszłości, byśmy choć trochę ich polubili. Mamy więc właściciela klubu, którego żona umiera na raka, oraz braci Moisesa i Christiana opiekujących się chorą matką. Na domiar złego ten drugi wdaje się w romans z Coral, co tylko komplikuje całą sytuację. Ale wiecie co? Ja wcale nie chcę im współczuć. To postacie, które wykorzystują młode, niewinne kobiety i czerpią z tego zysk. Żadne, nawet najbardziej łzawe okoliczności nie sprawią, że choć na chwilę stwierdzę: „no, w sumie mieli ciężki dzień albo rok, albo całe życie”. W Domu z papieru postawiona była jasna granica pomiędzy złem a dobrem. Berlina kochamy, ale jego działania potępiamy. Uwielbiamy inspektor Sierrę, ale wiemy, że jest ona zła do szpiku kości i nie cofnie się przed niczym. Tutaj mamy do czynienia z prawdziwymi szujami, które starają się usprawiedliwiać swoje czyny tym, że rodziny porwanych dziewczyn mają lepsze życie.

Wszystko jest tu efektowne, sensacyjne, a do tego okraszone skoczną muzyką i polane melodramatycznym sosem: umierająca żona, schorowana matka, porzucona dziewczyna, ciąża. Można by długo wymieniać. Szkoda tylko, że to jedynie kolejne preteksty do tego, by popychać i tak mało interesującą fabułę do przodu. Oczywiście trzeba wziąć pod uwagę, że twórcy chcieliby, abyśmy oglądali serial z dużym przymrużeniem oka, ale seans nie daje widzowi satysfakcji. Wiemy bowiem, że nasze bohaterki muszą przejść kolejne poziomy „gry”, rozpisane na osiem odcinków. I jestem wdzięczna, że mają one tylko pół godziny, bo nie wiem, czy byłabym w stanie znieść więcej.

Produkcja często w świadomy, a niekiedy nieświadomy sposób serwuje nawiązania do klasyki filmowej – zwłaszcza produkcji Tarantino – oraz próbuje nieudolnie naśladować klimaty kina samochodowego. Niestety w większości przypadków jest to na tyle nieprzemyślane, że nadmiar mrugnięć oka do widza potrafi umknąć nawet największemu znawcy kina. Wydaje mi się, iż lepsze byłoby postawienie na jakość, a nie ilość. Mamy więc czarny humor, ironię, przemoc, kolory, tylko że nic więcej z tego nie wynika.

Chociaż bohaterki są niezwykle sympatyczne i nie sposób ich nie lubić, to antagoniści zostali przerysowani do granic możliwości. Romeo to klasyczny bondowski złoczyńca, który nawet sparaliżowany do połowy będzie gonił nasze uciekające dziewczyny karetką pogotowia, bo czemu by nie. Będzie tarzał się w kokainie i rozpuszczał ludzi w kwasie. Nie wiem, czy taki był zamysł, czy po prostu w pewnym momencie pomysł na ciekawą postać alfonsa przemienił się w karykaturę antybohatera, który pałając żądzą zemsty, zaczyna popadać w śmieszność.

Castingowo jest natomiast naprawdę dobrze. Tutaj nie mam absolutnie do czego się przyczepić. Aktorki odgrywające główne bohaterki są przekonujące i wiarygodnie odgrywają na ekranie nawet najbardziej sztampowe historie. Cieszy mnie rola Miguela Ángela Silvestre, który w serialu 30 srebrników straszliwie irytował, choć wiem, że tak właśnie jego postać miała wyglądać. Tutaj odgrywa rolę złola, który jednak gdzieś w głębi duszy pragnie odkupienia. Aktor ma naprawdę ogromny talent i potencjał, dlatego mam nadzieję, że niedługo zobaczę go w jakiejś anglojęzycznej produkcji.

Produkcja niezdarnie próbuje mówić o rzeczach ważnych, ale przyjęta przez twórców konwencja zupełnie temu nie służy. Kwestie związane z #MeToo, agresją mężczyzn czy braniem przez nich kobiecej odmowy za zgodę faktycznie pojawiają się na ekranie, ale nie wybrzmiewają tak, jak powinny. A szkoda, bo liczyłam na odautorski komentarz społeczny na te niespokojne czasy. Chyba jednak akcja i wybuchy przegrały z szacunkiem do kobiet.

Czy jest to produkcja bardzo zła? Nie do końca. Jeżeli nastawiamy się na tanią rozrywkę bez ładu i składu i chcemy jedynie popatrzeć na pościgi, ćpanie oraz piękne kobiety, to te kilka godzin zleci w mgnieniu oka. Jeżeli jednak oczekujemy od twórców Domu z papieru inteligentnej rozrywki na poziomie, gdzie wszystkie wątki zazębiają się ze sobą i tworzą jedną spójną całość, lepiej wrócić do dwóch pierwszych sezonów hiszpańskiego hitu.

Ostatnio dodane