Publicystyka filmowa
5 NAJLEPSZYCH ról SPENCERA TRACY’EGO. Poczciwy twardziel
Odkryj 5 NAJLEPSZYCH ról SPENCERA TRACY’EGO, twardziela o potężnej charyzmie i niezapomnianym talencie w Złotej Erze Hollywood.
Spencer Tracy był bez wątpienia jedną z największych gwiazd Złotej Ery Hollywood i jednym z najwybitniejszych aktorów w historii kina. Mimo tego współcześnie nie zawsze pamięta się o nim i nie wymienia obok takich nazwisk jak James Stewart, Humphrey Bogart czy Burt Lancaster. Co tym bardziej przykre, że Tracy był aktorem bardzo charakterystycznym, którego nie sposób na ekranie przeoczyć, emanującym potężną charyzmą i nieprzeciętnymi umiejętnościami. Dziewięć nominacji do Oscara, w tym dwie statuetki zdobyte rok po roku (wyczyn ten powtórzył dopiero Tom Hanks w latach 1994 i 1995), Złoty Glob, BAFTA, Złota Palma w Cannes — to mówi chyba samo za siebie. To filmowy artysta, o którym po prostu nie wolno zapomnieć, dlatego dziś, gdy mija aż sto dwadzieścia lat od jego narodzin, przedstawiamy wybór pięciu najwybitniejszych ról Spencera Tracy’ego.
5. Bohaterowie morza (1937), reż. V. Fleming
Spencer Tracy stosunkowo często grał opiekuńczych bohaterów. Podobny przypadek ma miejsce w adaptacji powieści Rudyarda Kiplinga w reżyserii Victora Fleminga. Postać odgrywana przez Tracy’ego nie jest jednak protagonistą Bohaterów morza. Fabuła opowiada bowiem o Harveyu (Freddie Bartholomew), rozpieszczonym chłopcu pochodzącym z bardzo majętnej i wpływowej rodziny. Harvey jest szalenie aroganckim, egocentrycznym narcyzem, który zawsze dostaje to, czego zażąda. Chcąc nauczyć syna pokory, a jednocześnie zbliżyć się do niego, ojciec (Melvyn Douglas) zabiera go w podroż do Europy. Harvey wypada jednak za burtę statku i zostaje uratowany przez rybaków. Chłopiec, początkowo bardzo niechętnie, staje się członkiem osobliwej załogi.
W Bohaterach morza Tracy gra portugalskiego marynarza Manuela ratującego życie małemu Harveyowi i ostatecznie stającego się dla niego ojcem, którego chłopiec tak naprawdę nigdy nie miał. Aktor jest tu — dość nietypowo jak na swoje emploi — trochę nieokrzesanym, opowiadającym mniej lub bardziej zabawne anegdoty wilkiem morskim. Jest trochę grubiański, ale w głębi duszy to wrażliwiec, z którego emanuje ciepło. A w tym Spencer nie miał sobie równych. Amerykanin jest w swojej roli niesamowicie naturalny, pozwalając dobrotliwej stronie Manuela raz po raz przebijać się spod maski przaśności.
Ostatecznie między nim a grającym Harveya Bartholomewem rodzi się kapitalna chemia i obaj aktorzy doskonale się uzupełniają. Tracy odsłania opiekuńczą stronę swojej postaci w najdoskonalszy sposób, co doceniła Akademia, nagradzając aktora Oscarem drugi rok z rzędu (w 1938 roku odebrał nagrodę za występ w Mieście chłopców).
4. Ojciec narzeczonej (1950), reż. V. Minnelli
Ta rola może kojarzyć się ze znacznie bardziej znanym, ostatnim w karierze Spencera Tracy’ego występem w Zgadnij, kto przyjdzie na obiad (1967). W porównaniu jednak z późniejszym filmem Stanleya Kramera w Ojcu narzeczonej aktor zaprezentował szerszy wachlarz umiejętności.
Fabuła opowiada o Stanleyu, który dowiaduje się, że jego jedyna córka Kay (Elizabeth Taylor) planuje wyjść za mąż. Mężczyzna zaczyna się niepokoić, ale nie dlatego, że ukochane dziecko za moment opuści rodzinne gniazdo. Stanley boi się, że będzie musiał wydać huczne, a przede wszystkim drogie wesele, a następnie utrzymywać młodych z własnej kieszeni.
Film Vincente’a Minnellego jest ciepłą, familijną opowieścią, co nie znaczy, że zabrakło tu miejsca dla poważnych tonów. Ich źródłem jest właśnie Spencer Tracy, który doskonale zachowuje balans między dwoma biegunami emocjonalnej skali. Aktor bardzo często odgrywa tu po prostu postać humorystyczną, posługując się samą mimiką i wymownymi spojrzeniami. W trakcie całej swojej kariery zdarzało mu się występować w lekkich nastrojowo dziełach, ale w Ojcu narzeczonej pokazał czysty talent komiczny, o który wielu mogłoby go nie podejrzewać. To jednak nie koniec, bo w całej tej lekkości przemyca tony zupełnie poważne.
Równie często, co żart, pojawia się tu niepokój protagonisty. Bo chociaż przez cały film wydaje się, że Stanley dba wyłącznie o to, by nie wydać na wesele córki zbyt dużo pieniędzy, to w głębi duszy po prostu chciałby dla dziecka jak najlepiej. Tracy pierwszorzędnie potrafi przechodzić od wyraźnie humorystycznego zacięcia do melancholii i bezradności, perfekcyjnie wyważając oba nastroje.
3. Jestem niewinny (1936), reż. F. Lang
Zagadnienie psychologii tłumu często pojawiało się w twórczości Fritza Langa i nie inaczej jest w przypadku filmu Jestem niewinny. Niemiecki reżyser opowiada tu historię Joego, którego życie jest na najlepszej drodze do szczęścia. Mężczyzna jest po uszy zakochany w pięknej Katherine (Sylvia Sidney) i wkrótce zamierza się z nią ożenić; powodzi mu się także na stopie zawodowej — Joe pnie się po szczeblach kariery, zarabiając coraz więcej i ciesząc się rosnącą beztroską. Kiedy jednak ten szczęściarz przejeżdża przez małą mieścinę o nazwie Strand, wszystko się wali.
Joe zostaje osadzony w areszcie jako podejrzany w sprawie porwania. I chociaż nie ma dowodów na jego winę, żądna krwi tłuszcza podpala komisariat w celu zlinczowania Wilsona. Temu jednak udaje się zbiec i w tajemnicy zacząć knucie planu zemsty.
Tracy w roli Wilsona przechodzi fantastyczną przemianę — podobnie jak jego bohater — pokazując dwa bieguny swoich aktorskich umiejętności. Pierwszy akt filmu to Spencer/Joe szarmancki, emanujący radością i szczerością. Choć po niesłusznym zatrzymaniu pokazuje swoją zadziorną stronę, to wciąż pozostaje dobrodusznym, porządnym facetem. Wszystko zmienia się jednak po niedoszłym linczu. Bohater staje się zgorzkniały i żądny zemsty, a Tracy zdaje się lada chwila wybuchnąć. To przemiana o sto osiemdziesiąt stopni, ale aktor unika niewiarygodnej przesady. Bo Joe, napędzany niepohamowaną furią (oryginalny tytuł filmu brzmi wszak Fury), jest jednocześnie pełen desperacji i rozgoryczenia, którym dwukrotny zdobywca Oscara kilkukrotnie pozwala przemówić.
2. Kto sieje wiatr (1960), reż. S. Kramer
Występ w Kto sieje wiatr to jedna z najbardziej efektownych i fascynujących pozycji w dorobku Tracy’ego. Amerykanin wcielił się tu w słynnego prawnika Henry’ego Drummonda, który przybywa do miasteczka Hillsboro, by bronić nauczyciela lokalnej szkoły oskarżonego o naukę teorii ewolucji Darwina odrzucanej przez religijnych fundamentalistów. Jego adwersarzem okazuje się znajomy z przeszłości, a obecnie zagorzały chrześcijanin, Matt Brady (Fredric March). Cały proces przebiega burzliwie, a każdy, kto stoi po stronie oskarżonego, doświadcza wrogości ze strony społeczności miasteczka.
W Kto sieje wiatr dochodzi do aktorskiego pojedynku między dwoma tytanami amerykańskiego kina. March odgrywa tu niemal karykaturalnego fundamentalistę głuchego na racjonalne argumenty, Tracy zaś to twardo stąpający po ziemi cynik. Ten drugi pozwala sobie tu na pełną aktorską swobodę, a nie ma lepszego gatunku na jej zaprezentowanie niż dramat sądowy. Drummond to charakterny, zaangażowany w proces bojownik, który zawsze ma przygotowaną ciętą ripostę. Tracy zdaje się bawić doskonale, ale jego rola nie ogranicza się do ironii i potężnej ekranowej charyzmy. Kiedy nie szaleje na sali sądowej, okazuje się bowiem bardzo zmęczony, co w pierwszym odruchu można zrzucić na karb upału, o którym raz po raz wspominają bohaterowie, ale prawdziwa przyczyna jest inna.
Drummond jest bezradny wobec bezmyślności i zezwierzęcenia ludzi, którzy go otaczają, i wyraźnie ciąży mu fakt, że jego dawny współpracownik stał się zagorzałym oponentem. Tracy z jednej strony wręcz kipi prawniczą energią i sardonicznym poczuciem humoru, ale z drugiej w pełni oddaje rozczarowanie bohatera, osamotnionego w swoim szacunku do drugiego człowieka.
1. Czarny dzień w Black Rock (1955), reż. J. Sturges
Miejsce pierwsze należy do roli nagrodzonej Złotą Palmą w Cannes, co po obejrzeniu Czarnego dnia w Black Rock nie powinno dziwić. Spencer Tracy zaprezentował tu pełnię swoich umiejętności, co dodatkowo ułatwił mu kameralny charakter całego filmu. Dzieło Johna Sturgesa opowiada o Johnie J. Macreedym, który przybywa do tytułowego miasteczka w pewnej osobistej sprawie. Wzbudza to poruszenie, jako że w Black Rock pociąg nie zatrzymywał się od czterech lat, sam przybysz zaś zaczyna zadawać niewygodne pytania, które mogą doprowadzić go do odkrycia makabrycznej tajemnicy.
Gdyby Czarny dzień… powstał dekadę później, w Macreedy’ego z powodzeniem mógłby wcielić się ktoś taki jak Charles Bronson, ale Tracy kapitalnie połączył tutaj postać nieugiętego twardziela ze spokojnym detektywem. Od początku jest uprzejmy i cierpliwy, ale wraz z rosnącym napięciem, a tym samym zagrożeniem życia Macreedy’ego, aktor zmienia się z taktownego dżentelmena w odważnego, choć wciąż ostrożnego poszukiwacza prawdy.
Tracy jak zwykle emanuje aktorską swobodą, wplatając w powagę i podejrzliwość szczyptę cynizmu. Gdy jego bohater stara się być stuprocentowym stoikiem, na twarzy aktora widać zniecierpliwienie, sceptycyzm, a nawet drobne przejawy lęku o własne życie. Tracy wykreował bohatera twardego, o silnym poczuciu moralności, a jednocześnie bardzo ludzkiego i naturalnego.
