Connect with us

Publicystyka filmowa

ZWROT AKCJI CZY RACZEJ ZWROT BILETU? Najgorsze filmowe „plot twisty”

ZWROT AKCJI CZY RACZEJ ZWROT BILETU? Odkryj najgorsze filmowe „plot twisty”, które zamiast zaskakiwać, wprawiają w zażenowanie!

Published

on

Lubicie ten moment, kiedy wszystko wskazuje na to, że mordercą jest ogrodnik, a potem jedna drobnostka – dowód rzeczowy, dziwne zachowanie, kwestia dialogowa – sprawia, że fabuła wywraca się do góry nogami i winnym okazuje się wprowadzony w pierwszym akcie kierowca taryfy, który w dodatku jest po prostu schizofrenicznym alter ego rzeczonego ogrodnika? Takim chwilom podczas seansów filmowych towarzyszą często pozaekranowe kwestie (zza czwartej ściany) w stylu: „O kurde, nie powiedziałbym!” albo „A nie mówiłam?!”. „Plot twisty”, czyli po naszemu zwroty akcji, należą do ulubionych narzędzi narracyjnych autorów kryminałów, thrillerów i horrorów.

Advertisement

Szczególnie popularne były w połowie lat dziewięćdziesiątych – wtedy, dzięki świeżości i brakowi powszechnego dostępu do Internetu, faktycznie zaskakiwały. Dziś coraz trudniej wyprowadzić widownię na manowce. Przyzwyczajeni do schematów, czujni na ukryte przekazy, wprawieni w rozpracowywaniu scenariuszy na części pierwsze, wpatrzeni w ekrany o wysokiej rozdzielczości, nieskrywające żadnych tajemnic, oczekujemy coraz więcej. A oto lista filmów, w których zwroty akcji nie udały się w najmniejszym stopniu…

Uwaga! Spoilery! Czytacie na własną odpowiedzialność!

Advertisement

Iluzja (2013), reż. Louis Leterrier

Przykład filmu, który udaje sprytniejszy, niż jest w rzeczywistości. Jestem przekonany, że scenarzyści mieli serce po właściwej stronie i chcieli zapewnić widzowi rollercoaster wrażeń i ciąg P O T Ę Ż N Y C H zwrotów akcji. W końcu to film o magii i iluzji. To, co na papierze, w formie scenariusza, mogło wydawać się znakomite, w filmie po prostu nie działa. Zbyt mało czasu poświęcono postaciom, ich motywacjom i charakterom, a zbyt dużo uwagi i talentu zostało zaprzepaszczonych na wymyślenie intrygi tak misternej i skomplikowanej, że aż – paradoksalnie – banalnej i niedorzecznej.

Twistów jest tu co najmniej kilka, stopień ich wymyślności rośnie wraz z malejącym prawdopodobieństwem. Ostatecznie film wyprowadza widza na manowce tak głębokie, że przestaje się tak naprawdę liczyć, co się dalej stanie. Równie dobrze w scenariuszu mogliby pojawić się kosmici – autorzy nadal mogliby pochwalić się nieoczekiwanym zwrotem akcji. Kiedy więc wszystko powoli zmierza do finału i okazuje się, że postać Marka Ruffalo stoi za tym całym zamieszaniem, zamiast udawać zaskoczonych, możemy co najwyżej ziewnąć.

Advertisement

Vanilla Sky (2001), reż. Cameron Crowe

Być może obejrzałem ten film zbyt późno, a być może Cameron Crowe przeszarżował w konstrukcji misternej intrygi, która okazuje się prowadzić do prostego, ogranego chwytu: to wszystko było snem. Zaledwie dwa lata wcześniej Tom Cruise zagrał w nieco podobnym filmie: Oczach szeroko zamkniętych. U Stanleya Kubricka dryfowaliśmy na pograniczu jawy i snu, do końca nie przekonując się, co było czym. Vanilla Sky kończy się trochę jak Czarnoksiężnik z Oz… tylko w Czarnoksiężniku… to działało. Najgorsze, co może przytrafić się filmowi, który na deser zostawia teoretycznie wielki zwrot akcji, to fakt, że zza drzwi kuchni zapach tego deseru ulatnia się już dużo, dużo wcześniej. Można pomyśleć: a może jednak dam się zaskoczyć? A rozczarowanie jest tym większe, gdy zaskoczenie nie przychodzi.

Contratiempo (2016), reż. Oriol Paulo

Intryga jest tu całkiem niezła. Scenariusz trzyma się kupy, wszystko z siebie całkiem logicznie wynika. Charakterów postaci nie uświadczymy, a całość wygląda jak dwugodzinny spot reklamowy salonów meblowych i linii ubrań, ale w tym momencie nie ma to znaczenia. Otóż hiszpański thriller zaskakuje widza w stylu komiksów o Kaczorze Donaldzie – i mam wrażenie, że Kaczor mógłby się przez to porównanie poczuć obrażony. Scenarzysta i reżyser Oriol Paulo chce, abyśmy przecierali oczy z niedowierzania, że jedna z bohaterek przez cały film nosiła… maskę! I nie była tym, za kogo się podawała. Pani Doubtfire spotyka Scooby Doo w thrillerze, który chce być traktowany poważnie. Nie ze mną te numery.

Advertisement

Indiana Jones i Królestwo Kryształowej Czaszki (2008), reż. Steven Spielberg

Prawie dwadzieścia lat czekania na kontynuację przygód jednej z najpopularniejszych i najbardziej lubianych ekranowych postaci, pełnego pytań: ciekawe, co wymyślą tym razem? No i wymyślili. Do tej pory Indy parał się rzeczami paranormalnymi, mistycznymi, zakorzenionymi w legendach i mitach, ale wszystko to było podszyte w jakimś sensie zaprzeczeniem szekspirowskiej tezy o rzeczach na niebie i Ziemi, o których nie śniło się filozofom. W Królestwie…, owszem, znów mamy do czynienia z problemem, który filozofom spędza sen z powiek od zarania dziejów, ale podanym w tak niezgrabny, nieprawdopodobny i niedorzeczny sposób, że aż trudno uwierzyć, że został zaakceptowany na co najmniej kilku szczeblach produkcyjnej machiny.

Ale nie to jest największym problemem. To znaczy, ten wątek sam w sobie jest dziwaczny i wynika z dużego lenistwa i „niechciejstwa” scenarzystów, ale mogę go przeboleć. Najbardziej idiotycznym zwrotem akcji w filmie jest moment, kiedy postać Raya Winstone’a pozwala wessać się kosmicznemu wirowi, puszczając przy tym oko i rzucając „dam sobie radę!. Ta decyzja jest absolutnie niezgodna z budowaną przez dwie godziny niejednoznaczną postacią, która co chwilę zmieniała strony, by wyjść z opresji. Jakoś nie wydaje mi się, żeby tego typu człowiek w obliczu niewiadomego zagrożenia uśmiechnął się, poświęcił i puścił oko do swojego dawnego przyjaciela. Do dziś nie wiem, co o tym myśleć.

Advertisement

Matrix Reaktywacja (2003), reż. rodzeństwo Wachowski

Pierwszy film z trylogii braci (a dzisiaj – sióstr) Wachowskich był mistrzowskim thrillerem science fiction, który dotykał tematów aktualnych zarówno pod koniec tysiąclecia, jak i dziś: czy jesteśmy panami swojej rzeczywistości, a może tylko niewolnikami w świecie zdominowanym przez technologię. Świetnie poprowadzony scenariusz nie ustrzegł się mankamentów – widocznych zwłaszcza dziś – w postaci zbyt opisowych dialogów i sporej liczby uproszczeń, ale intryga miała idealnie rozłożone wątki, zwroty akcji, niespodzianki. W dodatku, wszystko to było genialnie nakręcone i takoż zmontowane.

Tym bardziej smucą indolencja, niemoc i amatorstwo kontynuacji. Matrix Reaktywacja wpada w pułapkę typową dla produkcji, których twórcy dostali zbyt dużo swobody. Film nie podejmuje dialogu z widzem, nie dostarcza mu informacji potrzebnych do śledzenia fabuły, tylko wpada w niekończący się krąg autorefleksji, „metarozważań” i kwestii, które obchodzą chyba tylko twórców. Przestały liczyć się emocje postaci, nastawionych na potężny szok poznawczy z jedynki, a na pierwszy plan wysunęła się technogadka o tym, kto jest programem i do czego został napisany. Jest w tym pewnie sporo sensu, ale – niewiele wartości, która sprawia, że film działa na widza.

Advertisement

Ale miało być o plot twistach. Otóż Matrix Reaktywacja (a później – Rewolucje) sam w sobie jest wielkim plot twistem, bełkotliwym ciągiem symbolicznych scen przeplatanych sekwencjami akcji, które w swojej widowiskowości zapominają o jakimkolwiek przekazie. Bardzo, bardzo, bardzo zły film, który popsuł znakomite wrażenie pozostawione przez poprzednika.

Przypomnij sobie najbardziej pamiętne przykłady zwrotów fabularnych, czytając ten tekst.

Advertisement
Advertisement
Kliknij, żeby skomentować

Zostaw odpowiedź

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *