Connect with us

Publicystyka filmowa

Ranking filmów z serii JAMES BOND. Wyniki plebiscytu

Wkrótce premiera „Nie czas umierać”. Jak czytelnicy oceniają dotychczasowe filmy z serii James Bond?

Published

on

Ranking filmów z serii JAMES BOND. Wyniki plebiscytu

Lada chwila premiera Nie czas umierać, 25. filmu z serii o przygodach Jamesa Bonda. Z tej okazji zaprosiliśmy was do wzięcia udziału w głosowaniu na najlepsze dotychczas produkcje z cyklu. Poniżej przedstawiamy wyniki – sprawdźcie, na którym miejscu znalazł się wasz faworyt i trzymajmy kciuki za to, by film Cary’ego Fukunagi z miejsca wskoczył w oczach widzów na szczyt listy.

Oto rezultaty głosowania.

Advertisement

24. Śmierć nadejdzie jutro (2002)

Gdyby nie mój ogromny sentyment do całej serii, powiedziałbym, że to najgorszy Bond, jaki kiedykolwiek powstał, nie licząc tych z Daltonem. Historia jest nieprawdopodobna, efekty specjalne nieakceptowalne jak na taki budżet i czasy powstania, widać tanie makiety, niedopracowany green box, lodowce jak z silikonu, nieuzasadnione filmowanymi tematami drżenie kamery itd. Jedynie walka 007 na miecze z Gustavem Gravesem (Toby Stephens) ratuje całość akcji przed określeniem jej przeinwestowaną klasą B w marnującym dorobek poprzedników zwykłym filmie sensacyjnym, jakich wiele. [Odys Korczyński, fragment rankingu]

23. Quantum of Solace (2008)

Największym atutem Craiga w Casino Royale było to, że pomimo wszystkich cech często podawanych przez media jako tworzące wizerunek 007 XXI w., czyli twarzy wyciosanej w skale, szorstkości, surowej męskości i brutalności, nadal posiadał charyzmę, dowcip, styl, a za jego niebieskimi oczami można było dojrzeć intelekt. Ze zwierzęcą wręcz zaciekłością i bliznami na twarzy pruł na przód tłukąc przeciwników, a jednocześnie potrafił objąć i pocieszyć kobietę bez zamiaru zaciągnięcia jej potem do łóżka. Wszystko to zostało idealnie wymieszane i podane z subtelnością bez popadania w skrajny stereotyp agenta pizdusia, który na siłę wciska widzowi swoją klasę poprzez idealnie dobraną garderobę i perfekcyjne uczesanie, nawet po wybuchu bomby jądrowej.

Advertisement

Quantum of Solace niestety owo wyważenie zostało naruszone i przedstawiono nam Bonda bardziej przypominającego Ethana Hunta czy Jasona Bourne’a. Myślę, że najgorszą rzeczą jaka wyniknęła z tego filmu jest stworzenie okropnej skazy na wizerunku nowej, odświeżonej serii 007. [Adam Nguyen, fragment recenzji]

22. Diamenty są wieczne (1971)

Ostatnia oficjalna rola Connery’ego jako agenta 007 okazała się w dużym stopniu niewypałem. Jest tu co prawda kilka dobrych, zapadających w pamięć scen i pomysłów, a standardowe elementy serii – jak dziewczyny czy piosenka tytułowa – pozostają na typowo wysokim poziomie. Niestety za dużo grzybów w tym szpiegowskim barszczu i przeważają zupełnie nietrafione koncepty, które żenują i często zamieniają film we własną parodię – a tych Bond doczekał się zdecydowanie za dużo i bez strzelania sobie w stopę. Można całość traktować oczywiście jako swego rodzaju guilty pleasure, ale jeśli ustawić gdzieś jakościowo Diamenty…, to zdecydowanie na niższej półce bondowskich dokonań.

Advertisement

Nawet Connery specjalnie tu nie przekonuje – zmęczony tyleż graniem wciąż tego samego, co postępującym wiekiem, który aż za dobrze odbija się na jego twarzy. [Jacek Lubiński]

(ex aequo) 20. Ośmiorniczka (1983)

Bond w wykonaniu Moore’a zawsze stąpał po cienkiej linii i balansował na granicy komedii, jednak tym razem zdecydowanie przesadził. Agent uciekający na lianach (krzycząc przy tym jak Tarzan) czy przebierający się za klowna i goryla to obrazy, które trudno kupić. Aktorsko jest nieźle, widać jednak, że Roger Moore ma już swoje lata i mimo tego, że nadal jest czarujący i bardzo się stara to scenariusz skutecznie mu wszystko utrudnia. Dobrze broni się natomiast strona techniczna produkcji z niezłymi efektami i pięknymi, egzotycznymi plenerami kojarzącymi się z Bollywood, wszak większa część akcji dzieje się w Indiach.

Advertisement

[Szymon Pajdak]

(ex aequo) 20. Świat to za mało (1999)

Brosnan jako Bond jest w swoim brosnanowskim stylu jednocześnie szarmancki i brutalny, a duet Marceau/Carlyle siłuje się ze sobą, kto z nich wyjdzie na bardziej zdeterminowanego do…? No właśnie. Zgładzenia Bonda czy dominacji nad światem? Trudno powiedzieć, szczególnie kiedy dowiadujemy się więcej na temat motywacji postępowania samej Elektry. Za ten właśnie zgrzyt w postaci niewielkiej, ekspresywnej dzikości czarnych charakterów Świat to za mało trafił na drugie miejsce. Byłoby znacznie lepiej, gdyby ten odcinek Bonda zawierał mniej akcji, a więcej suspensu. [Odys Korczyński]

Advertisement

19. Operacja Piorun (1965)

Mocno rozbuchana odsłona, której producenci nie żałowali po olbrzymim sukcesie poprzednich części. Niestety popłynęli na tym, tworząc film całościowo oglądający się nieźle, ale pozbawiony umiaru, tonący pod natłokiem atrakcji i zwyczajnie zbyt długi. Fabuła Thunderball nie ma też zbyt wiele sensu i brakuje jej konkretnego pomysłu – podobnie jak scenom akcji energii i rytmu, co odczuwa się zwłaszcza po tych wszystkich latach od premiery. Przyciężkie to wszystko, toporne, bez polotu, przesadzone, rozwleczone i miejscami po prostu nudne, a przez to niezbyt angażujące. Connery potrafi do końca utrzymać naszą ciekawość, wciąż będąc Bondem idealnym, ale cała reszta nie dorównuje mu kroku, sprawiając wrażenie, iż tym razem zasłużył on sobie na lepszy film, niż ostatecznie otrzymał.

[Jacek Lubiński]

Advertisement

18. Tylko dla twoich oczu (1981)

Świetnie nakręcone zostały sekwencje akcji: początkowy pościg w Citroenie, fantastyczne sceny ucieczki w austriackich górach łącznie ze słynnym skokiem narciarskim wykonanym w zjazdówkach, aż wreszcie finałowa walka rozgrywająca się w niesamowitych krajobrazach greckich Meteorów. Roger Moore przestał błaznować i zagrał najlepiej ze wszystkich filmów o przygodach agenta 007 w jakich brał udział, a Carole Bouquet do tej pory uważam za jedną z najbardziej wyrazistych partnerek Bonda. Na spory plus również muzyka, która idealnie komponuje się z obrazem. [Szymon Pajdak]

17.
Advertisement

Jutro nie umiera nigdy (1997)

Całość produkcji jest przede wszystkim świetnie zmontowana, sfotografowana i wyposażona w efekty pirotechniczne, a zatrudnienie Michelle Yeoh było świetnym posunięciem. Zrównoważyła ona postać agenta 007, tworząc dla jego skłonnych do rozwałki działań ciekawe i zmysłowe tło. Miło oglądać kobietę walczącą ramię w ramię z 007. Nie jest ona towarem do jego użytku, a jeśli już, to na swoich zasadach.

Co do fabuły, w przeciwieństwie do genetycznych szaleństw zaprezentowanych w Śmierć nadejdzie jutro, tutaj historia jest całkiem prawdopodobna, i jak rzadko się zdarza w tego typu filmach, posiada pewien morał oraz namowę do refleksji nad stopniem, w jaki media potrafią, i będą potrafiły, wniknąć w życie zwykłych obywateli. Linia akcji jest poprowadzona niezwykle emocjonująco, bez zbytniego suspensu, lecz wcale nie jest on potrzebny. [Odys Korczyński]

Advertisement

(ex aequo) 15. W tajnej służbie Jej Królewskiej Mości (1969)

THE PUNISHER. Magnetowidowa brutalność z końca lat 80.

W tajnej służbie Jej Królewskiej Mości to najbardziej wierna adaptacja powieści Fleminga, która rozpoczęła tradycję (później nieco zapomnianą) pokazywania Bonda jako człowieka cierpiącego i zakochanego. Ciężko mi, gdy słyszę, że Lazenby był najgorszym Bondem i dobrze się stało, że szybko wyleciał z gry (krytykanci widocznie nie wiedzą, że zrobił to na własne życzenie, mógł bowiem zagrać aż w siedmiu kolejnych filmach).

Prawdą jest również, że Lazenby uważa odejście z serii za największy błąd swojego życia. W tajnej służbie Jej Królewskiej Mości ogląda się dobrze nawet dzisiaj i widać na ekranie, że Lazenby był miłośnikiem sportu: miał czarny pas w karate, uwielbiał wyścigi samochodowe, jazdę konną, narciarstwo. Producenci wykorzystali jego zdolności w tej bondowskiej odsłonie, szkoda jednak, że nie wsparli jego kariery, bo mimo iż nie był posiadaczem zawadiackiego uśmiechu Connery’ego, poradził sobie z rolą zaskakująco dobrze. [Jakub Koisz]

Advertisement

(ex aequo) 15. Moonraker (1979)

Konwencję bondowską doprowadzono tu do absurdu, a omijanie dziur w intrydze załatwiono celowymi przegięciami. Kierowcy wiedzą o co chodzi – jeśli się porządnie rozpędzi samochód, można bezkarnie przelatywać nad mniejszymi uszkodzeniami asfaltu. Z całą pewnością taka automobilowa filozofia przyświecała twórcom Moonrakera i to akurat udało im się pierwszorzędnie. Lecz po seansie filmu Lewisa Gilberta ma się ochotę obejrzeć Jamesa Bonda w mniej lajtowym i poważniejszym wcieleniu. Nawet Timothy Daltona, o Danielu Craigu nie wspominając. [Adrian Szczypiński]

14. Spectre (2015)

Kolejne filmy o Jamesie Bondzie powstają z mniejszymi lub większymi przerwami już od prawie sześćdziesięciu lat, więc oczywistym jest fakt, że wśród nich znajdują się filmy po prostu nieudane. Żaden jeden (no, może Diamenty są wieczne z nieznośnie tatusiowatym Seanem Connerym) nie wszedł na poziom zwyczajnej żenady. Wszystko zmieniło się w 2015 roku, kiedy po trzech bardzo różnych, ale wciąż świetnych (tak, bardzo lubię Quantum of Solace) filmach z Danielem Craigiem, odbyła się premiera Spectre. Powstał film nie tylko nieudany, tracący tempo, pisany na kolanie i zawierający takie sceny jak ta, w której Bond molestuje ledwo owdowiałą kobietę, ale też wypaczający poprzednie odsłony poprzez wprowadzenie zazdrosnego „brata” głównego bohatera, który miał stać za wszystkimi wydarzeniami i nieszczęściami w życiu bohatera – od Casino Royale po Skyfall.

Advertisement

Bardzo niedobre. [Filip Pęziński, fragment zestawienia]

(ex aequo) 12. Żyj i pozwól umrzeć (1973)

Jedna nieprawdopodobna akcja goni następną. Czego tutaj nie ma? Groteskowy pościg motorówkami przez bagna Luizjany, czarna magia, przepowiadanie przyszłości, przejazd piętrowym autobusem pod wiaduktem kolejowym i moja ulubiona scena – James Bond przeskakujący po głowach krwiożerczych krokodyli z małej wysepki na stały ląd. Coś pięknego! Warto również zwrócić uwagę, że piosenka tytułowa z tej odsłony jest jednym prawdziwym solowym przebojem w karierze Paula McCartney’a. Miłośnicy poważnego kina szpiegowskiego mogą mieć problemy z wytrwaniem do końca seansu, reszta widzów powinna jednak bawić się wyśmienicie.

Advertisement

[Piotr Han]

(ex aequo) 12. W obliczu śmierci (1987)

Bond w wykonaniu Timothy’ego Daltona jest poważny, momentami wręcz spięty i zdecydowanie bardziej realistyczny, a do tego przez prawie cały film pozostaje wierny jednej kobiecie. Solidny, dobrze rozpisany scenariusz zakorzeniono we współczesności (mniejszy nacisk położono na wygasającą Zimną Wojnę, większy na konflikt ZSRR i Afganistanu), jednocześnie odnosząc się do literackich korzeni Bonda – pojawia się tu między innymi znana z pierwszej powieści o agencie 007 organizacja SMERSZ i postać agenta CIA Felixa Leitera, który współpracuje z głównym bohaterem. [Grzegorz Fortuna]

Advertisement

(ex aequo) 10. Żyje się tylko dwa razy (1967)

Piąty film o 007 to wyprawa do Japonii oraz przyjęcie bardziej humorystycznej konwencji, z której Bond słynął przez następne dekady. Zresztą w międzyczasie agent MI-6 doczekał się swej pierwszej pełnoprawnej parodii pod postacią… Casino Royale. Osłabiło to nieco wpływy z kinowych kas, choć nie zahamowało wciąż rosnącej popularności Jamesa, który tutaj staje oko w oko ze swoim nemezis – Blofeldem. Dzięki tym i innym elementom jest to film, który należy ustawić gdzieś pośrodku bondowskiej stawki. Z jednej strony potrafi on zniesmaczyć pewnymi rozwiązaniami (Connery ucharakteryzowany na Japończyka), z drugiej poraża rozmachem (niesamowite scenografie Kena Adamsa).

Formalnie nie zaskakuje, bo język serii już dawno zdołał się wyklarować. Ale bawi i po prostu dobrze się ogląda, nawet pomimo upływu lat i wielu głupotek bijących z ekranu. [Jacek Lubiński]

Advertisement

(ex aequo) 10. Zabójczy widok (1985)

Pożegnanie Rogera Moore’a z cyklem w naprawdę dobrym stylu. Film ma ciekawą fabułę, jest dynamicznie opowiedziany, a kilka scen mocno zapada w pamięć, zwłaszcza sekwencja w kopalni, w której czarny charakter bezlitośnie, ale i z frajdą, rozstrzeliwuje robotników przy pomocy uzi. Sam Moore wywiązuje się ze swojej roli bezbłędnie, lecz mają rację wszyscy ci, którzy twierdzą, że był on już wtedy za stary na agenta Jej Królewskiej Mości. Poza tym, jest to pierwszy Bond z lat 80-tych, który faktycznie tę dekadę reprezentuje – poprzednie były jakoś dziwnie zawieszone w czasie, również realizacyjnie bliższe poprzedniemu dziesięcioleciu.

Tymczasem Zabójczy widok (co zaskakujące, nakręcony przez Johna Glena, twórcę dwóch wcześniejszych części), czy to dzięki szybszej akcji, czy to dzięki piosence Duran Duran, czy to przez udział popularnej wtedy Grace Jones, można w końcu skojarzyć z epoką MTV. [Krzysztof Walecki]

Advertisement

9. Doktor No (1962)

Wesoła i obecnie nieco chaotyczna ramotka, której seans nijak nie zapowiada późniejszego fenomenu serii.

To po prostu niespieszna, B-klasowa przygoda szpiegowska z kreskówkowym przeciwnikiem, kuriozalną, jakże inną od przyszłych standardów czołówką, wyjątkowo słabym soundtrackiem i mocno archaicznymi scenami akcji. Nie znajdziemy tu wielu innych charakterystycznych dla cyklu elementów, przez co debiut 007 na dużym ekranie z perspektywy czasu wydać się może niekoniecznie udanym eksperymentem, który obecnie nie miałby szans zaistnieć w podobnej formie. To jednak nadaje mu znamiona wyjątkowości i pozwala przemycić kilka udanych motywów. Spokojny rytm i kameralność intrygi działają na plus, podobnie jak kryminalne zacięcie i bajeczne plenery Jamajki.

Advertisement

W końcu mamy tu też ikoniczne, wciąż robiące wrażenie sceny, na czele z pierwszym pojawieniem się na ekranie Connery’ego, który tym samym zdefiniował istotę słynnego agenta. Mimo niedostatków jest to pozycja obowiązkowa. [Jacek Lubiński]

8. Pozdrowienia z Rosji (1963)

Valerian i miasto tysiąca planet

Bezpośredni sequel Doktora No pod wieloma względami okazał się ciekawszym i bardziej dopracowanym przedsięwzięciem, które nadało Bondowi konkretny styl. Można zatem napisać, że to tutaj dopiero narodził się prawdziwy, tradycyjnie pojmowany agent 007. Jednocześnie, prócz wydatnie budujących mitologię świata elementów pokroju muzyki Johna Barry’ego, udało się utrzymać zbliżony do poprzednika klimat, rytm oraz pewną kameralność opowieści – o większym rozmachu, ale nadal przyziemnej, wciąż pozbawionej wizualnych przegięć i zbędnego gadżeciarstwa. Iście kryminalna intryga nawet dziś trzyma fason i jest zwyczajnie interesująca oraz świetnie poprowadzona.

Advertisement

Znakomici przeciwnicy, ikoniczne postaci, wspaniałe kobiety i kilka scen perełek pozwalają Connery’emu poczuć się jak ryba w wodzie i dosłownie ożywiają Bonda na naszych oczach. Czego chcieć więcej? [Jacek Lubiński]

(ex aequo) 6. Człowiek ze złotym pistoletem (1974)

Człowiek ze złotym pistoletem nie jest co prawda tak niedorzeczny jak późniejszy o kilka lat Moonraker, ale i tak znalazło się w nim kilka motywów wziętych dosłownie z kosmosu – jak chociażby postacie karate-gimnazjalistek, które nagle pojawiają się w fabule, żeby wyciągnąć Bonda z opresji. Po premierze filmu pojawiło się zresztą wiele uzasadnionych zarzutów co do jakości jego scenariusza, a dochody ze sprzedaży biletów nie zachwyciły producentów (choć wcale nie były niskie). Trudno jednak ograniczyć się do narzekań, bo Człowiek ze złotym pistoletem ma swoje plusy, które nawet dziś warto docenić.

Advertisement

[Grzegorz Fortuna]

(ex aequo) 6. Szpieg, który mnie kochał (1977)

Cała produkcja ma świetne tempo, fenomenalną sekwencję początkową (jedną z najbardziej widowiskowych i skomplikowanych realizacyjnie w historii serii), miejsca akcji zmieniające się w mgnieniu oka (m.in. Austria, Egipt, Sardynia), a Bond ma okazje zasiąść za kierownicą swojego najbardziej ikonicznego auta (obok Astona Martina DB5 z Goldfingera) – zmieniającego się w łódź podwodną Lostusa Esprita. Dodatkowo dostajemy przepiękne zdjęcia i scenografię, która była nominowana do Oscara. Mimo tego, że Moore w dalszym ciągu nie potrafi dorównać Connery’emu, a duża ilość humoru i slapsticku jest czasami irytująca, to całe widowisko jest świetną rozrywką na nudny wieczór.

Advertisement

Najdostojniej starzejąca się produkcja z trzecim Bondem. [Radosław Pisula]

5. Licencja na zabijanie (1989)

Drugi i zarazem ostatni film z Timothym Daltonem w roli najlepszego agenta Jej Królewskiej Mości, kontynuuje kurs obrany przez poprzednika. Bardziej serio podejście do tematu, jako odtrutka na produkcje z Rogerem Moore’em Licencja na zabijanie, wyrosła na jedną z lepszych części cyklu. Jest też jednocześnie zbliżona do najbardziej klasycznych filmów akcji. Dzieje się w nim, nawet jak na standardy 007, sporo. Co więcej, film Johna Glena odbrązawia Bonda, odsłaniając jego mroczną naturę. Niesubordynacja, rezygnacja ze służby, nieopanowana chęć zemsty to dużo jak na (zwykle) letnie przygody tego angielskiego dżentelmena.

Advertisement

Jakby nie patrzeć, film przetarł szlak dla produkcji z Danielem Craigiem. [Tomasz Urbański]

4. GoldenEye (1995)

GoldenEye po raz pierwszy pojawił się Pierce Brosnan, czyli aktor z wrodzoną klasą, widoczną i w zachowaniu, i w urodzie. To zadziałało. Mimo wielu technicznych zalet, jakie ma GoldenEye, Brosnan, a więc świeży aktorski powiew z Irlandii, uwiódł publiczność i zapewnił sobie jej akceptację na kolejne trzy produkcje. Kupiłem kasetę z muzyką Serry, nawet taką z hologramem, licencyjną za kilkadziesiąt tysięcy starych złotych. I chociaż niektóre efekty specjalne już dzisiaj wręcz śmieszą (np. zderzenie rosyjskiego Miga-29 ze stacją radarową w Severnaya), rajd czołgiem T-55 po ulicach Petersburga wciąż robi piorunujące wrażenie, jego zderzenie z pociągiem pancernym również, oraz Sean Bean jako czarny charakter. [Odys Korczyński]

Advertisement

3. Goldfinger (1964)

Opus magnum Jamesa Bonda, przynajmniej tego w wykonaniu Connery’ego, zadebiutowało na ekranie niecały rok po premierze poprzedniej części, bijąc wszelkie rekordy popularności i na stałe wpisując się do kanonu. Dziś Goldfinger ciągle uważany jest za jedną z najlepszych odsłon, a przy tym pozostaje chyba tą najbardziej ikoniczną, z której wydatnie korzystały późniejsze przygody 007. Mamy tu wszystko to, czego po brytyjskim szpionie można się spodziewać: wspaniałą piosenkę przewodnią i muzykę, charakternego przeciwnika z szalonym planem oraz budzącym grozę pomagierem; Q i jego gadżety oraz pamiętnego Astona Martina; świetny, trzymający w napięciu finał; specyficzny humor oraz te wszystkie kobiety ze wspaniałą Pussy Galore na czele.

Składa się to na znakomitą, stuprocentowo bondowską rozrywkę pełną niezapomnianych momentów – po latach nadal będącą iście przednią szpiegowską zabawą. [Jacek Lubiński]

Advertisement

2. Skyfall (2012)

To dwa w jednym: 100% Bonda w Bondzie, ale i mocno niebondowski film. Taki, w którym zarazem fani radosnej twórczości Connery’ego/Moore’a, jak i wyznawcy szorstkiego Craiga znajdą coś dla siebie; a jednocześnie i zwolennicy ‘nowej fali’ 007 i bondowscy puryści będą kręcić nosem na niektóre elementy i rozwiązania fabularne, gdyż całość naprawdę trudno jednoznacznie sklasyfikować i ocenić (ja tak mam np. z czołówką i finałem – oba świetne, ale również i dziwne, jakby nie do końca pasujące swą stylistyką do reszty). Szykujcie się więc na mocno intymne podejście do tematu, nacisk na psychologię postaci i rozbudowane, skomplikowane stosunki pomiędzy bohaterami oraz na nutkę nostalgii i zadumy.

Ale bez obaw, Skyfall daleko do rozkmin Malicka na tle źdźbeł falującej trawy, bo film stoi też i typowym dla Jamesa, ciętym humorem, odpowiednio realistyczną, wciągającą akcją oraz wieloma podtekstami, smaczkami i puszczaniem oka (a nawet dwóch) do widza – zwłaszcza takiego, który już wie, jak to smakuje. [Jacek Lubiński, fragment recenzji]

Advertisement

1. Casino Royale (2006)

Bezdyskusyjnie i bezapelacyjnie najlepsza odsłona przygód Jamesa Bonda w prawie sześćdziesięcioletniej historii marki. Martin Campbell bierze na warsztat pierwszą książkę Iana Fleminga poświęconą agentowi 007 i na jej podstawie tworzy nowoczesne, emocjonujące kino akcji, które z jednej strony w pełni oddaje sprawiedliwość kultowej postaci, a z drugiej strony przystosowuje ją do potrzeb XXI wieku. Imponujący, przemyślany reboot serii, niezapomniane, w swojej klasie pozbawione wad kino rozrywkowe i perfekcyjny, odważny casting Daniela Craiga. Absolutny triumf. [Filip Pęziński]

Advertisement

film.org.pl - strona dla pasjonatów kina tworzona z miłości do filmu. Recenzje, artykuły, zestawienia, rankingi, felietony, biografie, newsy. Kino klasy Z, lata osiemdziesiąte, VHS, efekty specjalne, klasyki i seriale.

Advertisement
Kliknij, żeby skomentować

Zostaw odpowiedź

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *