search
REKLAMA
Zestawienie

Niedocenione PEREŁKI 2022 roku

Warto wrócić pamięcią do poprzedniego rocznika, by wyłowić z niego filmy, które nie spotkały się z przesadnie gorącym przyjęciem.

Tomasz Raczkowski

15 lipca 2023

REKLAMA

Rok 2022 już dawno za nami, a co za tym idzie, minął już sezon podsumowań i zestawień. Wbrew temu  uważam jednak, że warto wrócić pamięcią do poprzedniego rocznika, by wyłowić z niego filmy, które nie spotkały się z przesadnie gorącym przyjęciem; mimo tego, iż stanowiły jakościową czołówkę kina AD 2022. Dlaczego warto? Choćby po to, żeby zmapować potencjalne przeboje „z opóźnionym zapłonem”, które za kilka lat wrócą jako przeoczone po premierze klasyki. Poza tym część z tych filmów jest obecnie dostępna na streamingu, więc można potraktować tę listę jako zachętę, by sięgnąć po tytuły, które nie zwojowały box office’u i recenzenckich lóż, ale mimo to zasługują na uwagę kinomanów.

„Flux Gourmet”

Peter Strickland to reżyser o już ugruntowanej pozycji. Wiadomo, że po Brytyjczyku należy spodziewać się twórczego grzebania w konwencji giallo, łączącego elementy retro i współczesne w niejednoznacznych fabułach o ludziach zagubionych w rozmaitych sytuacjach. Może dlatego zeszłoroczna premiera sygnowana przez Stricklanda została intuicyjnie opatrzona łatką „kolejny film w takim stylu”. Oczywiście, filmy tego twórcy raczej nie mają szansy podbijać box office’u, ale Flux Gourmet zebrał zdecydowanie mniej atencji niż poprzednie, jednak cieszące się pewną popularnością nad Wisłą, takie jak Duke of Burgundy czy In Fabric. Flux Gourmet – będący tyleż psychologicznym thrillerem o ciemnych stronach pracy artystycznej, co zjadliwą satyrą na środowisko sztuki i jego struktury – miał potencjał, by w czasach wielości bodźców i artystowskich pretensji przekuć ten balon i stać się nieoczywistym faworytem, przynajmniej obiegu festiwalowego. Tak się jednak nie stało, nad czym ubolewam, bo wątpię, by szybko pojawiła się równie ciekawa propozycja obśmiewająca tzw. kulturę wysoką i jej mechanizmy.

„Pięć diabłów”

Może drugi film Léi Mysius nie spełnia do końca kryteriów niedocenienia – w kręgach widowni festiwalowej był regularnie wymieniany jako cichy przebój końcówki roku – ale w szerszej skali mam wrażenie, że ten arcyciekawy film nie przykuł takiej uwagi, jaką powinien. Balansujące na pograniczu kina familijnego, mrocznej baśni i psychologicznego thrillera Pięć diabłów przyniosło powiew rzadko spotykanej świeżości w europejskim repertuarze kinowym; ambitnie, ale bez nadęcia opowiadając o uniwersalnych ludzkich sprawach. Piękna faktura filmu, jego niejednoznaczność i otwartość na interpretacje widza składają się w formułę, o której chciałbym myśleć, że jest wyznacznikiem kierunku współczesnego kina. Szkoda, Mysius nie doczekała się aplauzu na miarę takich przebojów zeszłego roku jak te bardziej zachowawcze obsypywane nagrodami branżowymi w rodzaju Blisko Lukasa Dhonta czy W trójkącie Rubena Östlunda.

„Inni ludzie”

Inni ludzie

Jeden z najlepszych, najbardziej kreatywnych polskich filmów ostatnich lat. Debiut, który niby dzieje się w szarych realiach blokowisk i warszawskich ulic, ale nasyca je poetycką energią, dzięki czemu przełamuje klasyczny „polski marazm”, ciążący nad większością produkcji z naszego kraju. Brawurowa adaptacja tekstu Doroty Masłowskiej, której dokonała Aleksandra Terpińska to jeszcze dodatkowo debiut, pozwalający zabłysnąć na pierwszym planie jednemu z najlepszych współczesnych „aktorów charakterystycznych” w kraju, czyli Jackowi Belerowi. Tyle że o tym filmie wszyscy zapomnieli niemal natychmiast. Niestety dystrybucja i promocja, akcentujące dresiarski pesymizm, i brak większego impetu promocyjnego pogrążyły Innych ludzi w gąszczu innych „smutnych filmów o Polsce”. Ale mam nadzieję, że niedługo ktoś znów odkryje dzieło Terpińskiej i dostrzeże w nim nową jakość.

„Przedział nr 6”

Film, który niemal dosłownie pogrążyła historia. Pokazywany premierowo w Cannes jeszcze w 2021 roku, film Juho Kuosmanena to piękne, jednocześnie skromne i wyrafinowane kino drogi, konfrontujące dwie pozornie całkowicie odmienne osoby w ekstremalnych warunkach podróży koleją transsyberyjską. Przedział nr 6 to małe współczesne arcydzieło, które jednak nie mogło podbić serc szerszej widowni w wielu krajach, w tym Polsce, ze względu na fakt realizacji dzieła w koprodukcji rosyjskiej. Ze względu na lutową inwazję Rosji na Ukrainę sankcje dotknęły szereg rosyjskich podmiotów gospodarczych, w tym filmowych, i w konsekwencji dystrybucja Przedziału nr 6 została wstrzymana. Choć sam kontekst jest zrozumiały, szkoda jednak filmu fińskiego twórcy, który wszedł w niejednoznaczną rzeczywistość północnych ostępów z wielką wrażliwością i humanizmem. Gdyby nie to, że wojna skazała film Kuosmanena na niebyt, byłyby to zapewne stały punkt wielu rankingów podsumowujących 2022 rok.

„Wielka wolność”

Znów mowa o przypadku nieco podobnym jak Pięć diabłów. Pokazywany u nas premierowo w marcu ubiegłego roku film Sebastiana Meisego był nominowany do szeregu nagród i trudno uznać go za niedoceniony. Ale za przeoczony już bardziej – Wielka wolność, mam wrażenie, przeszła gdzieś marginesem świadomości większości kinomanów. Chyba nie pomogła tu sceneria – więzienie, wątek zmagania homoseksualnej tożsamości z opresyjnym systemem i kojarząca się z gorzkim niemieckojęzycznym spleenem twarz Franza Rogowskiego nie są najbardziej zachęcającym do seansów splotem czynników. Niby wszystko to już gdzieś było, wszystko jest oczywiste. Jednak austriacki film, stanowiący specyficzną kronikę procesu depenalizacji homoseksualizmu w tym kraju, przynosi coś więcej – pozbawione fałszu podejście do wykluczanych ze społeczeństwa jednostek i czułą opowieść o przyjaźni, zawiązanej mimo trudnych warunków. O tym filmie powinno się mówić więcej.

„Trzy tysiące lat tęsknoty”

Baśń George’a Millera, której wszyscy potrzebowaliśmy, ale o tym nie wiedzieliśmy. Tilda Swinton jako tęskniąca uczona i Idris Elba jako dżinn stworzyli najbardziej bodaj nieoczywisty i najbardziej poruszający duet, jaki w 2022 roku przyszło mi oglądać w kinie. Zdaje się, że wiele osób od Trzech tysięcy lat tęsknoty odrzuciło przestylizowanie i pozornie nierówno rozkładająca akcenty narracja. Mnie jednak zachwyciła nieoczywista dynamika opowieści i to, w jak niespodziewanie egzystencjalne, melancholijne rejony prowadziła, zachowując przy tym równocześnie tożsamość historii fantasy i prostej metafory. Wierzę, że ta przeoczona perełka po latach będzie kultowym klasykiem, zwłaszcza dla fanów Swinton i Elby.

Avatar

Tomasz Raczkowski

Antropolog, krytyk, entuzjasta kina społecznego, brytyjskiego humoru i horrorów.

zobacz inne artykuły autora >>>

REKLAMA