Connect with us

Publicystyka filmowa

Najbardziej WIARYGODNE naukowo filmy SCIENCE FICTION

Odkryj NAJBARDZIEJ WIARYGODNE NAUKOWO filmy SCIENCE FICTION, które zachwycają rzetelnością i wyobraźnią w jednym.

Published

on

Najbardziej WIARYGODNE naukowo filmy SCIENCE FICTION

Są dobre filmy science fiction, są bardzo dobre i znakomite tytuły z tego gatunku oraz są również te najbardziej rozbudzające wyobraźnię. Wypadałoby też wyodrębnić takie filmy, które najbardziej odpowiadają swojemu podstawowemu założeniu, czyli naukowej rzetelności. Z tym jest już gorzej, zważywszy że znaczna część produkcji SF ucieka się do epatowania fikcyjnymi założeniami oraz technologiami wykraczającymi poza nasze możliwości lub nawet zrozumienie. Poniżej jednak wybrane przykłady filmów zgodnych z nauką nam znaną – takich, które raczej nie mają prawa się pod tym względem zmienić, a nawet zestarzeć, jeśli idzie o technikę.
Advertisement

W komentarzach czekamy na kolejne.

2001: Odyseja kosmiczna

Trudno byłoby tu jakkolwiek pominąć ten tytuł, o którego jakości świadczą już same nazwiska za nim stojące. Stanley Kubrick wysmażył na podstawie książki Arthura C.

Clarke’a dzieło zgodnie określane mianem „arcy-„, niemal w całości oparte na twardej nauce. Pomijając czarny monolit, wszystko, co widzimy w filmie – od wielkości statków i szczegółowo zaplanowanej codzienności astronautów po układ planet w kadrze – jest i działa w jak najbardziej wiarygodny sposób. Wręcz rzeczywisty – chciałoby się napisać. Ale twórcom trzeba jednak zarzucić pewien optymizm, bo chociaż przewidzieli między innymi osobiste urządzenia przenośne, jakie obecnie znamy pod nazwą smartfonów, palmtopów i innych takich, to jednak ich wizja roku 2001 nawet w 2020 zawstydza prawdziwe dokonania nauki i techniki, które wciąż mogą uważać film z 1968 za pewien wykładnik przyszłych założeń oraz cel sam w sobie (no, może za wyjątkiem buntującego się komputera – tego akurat wypadałoby uniknąć).

Advertisement

Gattaca – Szok przyszłości

Obecność 2

Chociaż polski podtytuł daje jasno do zrozumienia, że mamy do czynienia z fikcją, to jednak podstawowe założenia filmu Andrew Niccola są już rzeczywistością. Mowa oczywiście o genetycznych manipulacjach w służbie nauki. Te szczęśliwie jeszcze nie prowadzą do quasi-nazistowskiej ideologii wyhodowania człowieka doskonałego, ale można śmiało założyć, iż tylko kwestią czasu jest zaludnienie świata genetycznie zaprojektowanymi dziećmi. Już teraz wszak mamy możliwość kontrolowania płci potomka, a także rozłożenia naszych genów niczym mapy i przewidzenia na ich podstawie naszego przyszłego stanu zdrowia.

Patrząc na uwielbienie ludzkości do bicia kolejnych rekordów, marzenia o idealnej sylwetce oraz tendencje rządów do sterowania społeczeństwem, klasyfikowanie ludzi pod względem DNA wcale nie jest takim odległym science fiction, jak można by sądzić.

Advertisement

Interstellar

Chyba najsłynniejszy tego typu przykład z ostatnich lat. Christopher Nolan przyłożył się w tym wypadku do PR-u i wszelkie materiały promocyjne jego filmu aż kipiały od naukowych przygotowań całej ekipy, nad którą nadzór prowadzili wybitni fizycy pokroju Kipa Thorne’a.

Nie zaowocowało to co prawda drugą Odyseją kosmiczną, a jedynie produkcją, która w przystępny sposób wyjaśnia pewne złożone działania nauki oraz efektywnie pokazuje ją w praktyce. Kosmiczna technologia, jej przyszłe prawdopodobieństwa, a także wizualizacje odległych nam gwiazd, planet, czarnych dziur i innych elementów wszechświata zostały odwzorowane z niemal stuprocentowymi założeniami znanej nam wiedzy. Efektem tego liczne pochwały i publikacje na temat filmu, także od uczonych. Blockbuster ten trafił też na niektóre uczelnie, gdzie używa się go zamiast nudnych wykładów w ramach nauki poprzez zabawę. Można i tak.

Advertisement

Kontakt

Książka Carla Sagana – jednego z największych naukowych umysłów XX wieku – oraz reżyserska wizja Roberta Zemeckisa to kolejny przykład fantastycznego, ale jednak niezwykle miarodajnego naukowo kina mainstreamowego. Tytułowy kontakt to oczywiście spotkanie z istotami pozaziemskimi po uprzednim wykryciu ich sygnału radiowego. Spotkanie to jednak poprzedza cała masa rzetelnych przygotowań do specyficznej podróży międzygwiezdnej. Statek kosmiczny zastępuje tu specjalne urządzenie zbudowane względem wytycznych naszych pozaziemskich braci, których ostatecznie na ekranie. .. nie widzimy.

Widownia oraz naukowcy bardzo sobie chwalili takie rozwiązanie – nawet jeśli z punktu widzenia czysto filmowego wydawać się ono może rozczarowującym pójściem na łatwiznę. Najlepsze noty Kontakt zebrał jednak za samo nawiązanie rzeczonego kontaktu, rolę radia oraz matematyki w komunikacji, jak i przedstawienie w obiektywie programu SETI. Co ciekawe, film wychodzi także ponad to, ukazując całe wydarzenie także z perspektywy ziemskich problemów: filozofii, religii, polityki, finansów oraz społecznych zawirowań, które wywołuje sam fakt istnienia innej cywilizacji, a tym bardziej nawiązanie z nią kontaktu. I we wszystkich tych aspektach trafia w punkt.

Advertisement

Ucieczka nawigatora

No dobra, żartowałem. To jednak idealna okazja, żeby złapać trochę oddechu i przypomnieć sobie to niesamowicie przyjemne kino, które dla wielu dzieciaków było swego czasu jak najbardziej wiarygodne. I w sumie… dalej jest – przynajmniej pod względem psychologicznym, co też jest ważne.

A teraz: put that cookie down i przewróć stronę!

Advertisement

Marsjanin

Naukową podstawę stanowiła tu książka autorstwa Andy’ego Weira. Za kamerą stanął natomiast sir Ridley Scott, który obecnie kojarzy się co prawda z koszmarnie idiotycznymi Prometeuszami, ale na początku kariery zapisał się jako twórca kamieni milowych gatunku, również w miarę trafnych naukowo, zważywszy na ich zawartość. W tym wypadku już wspomnianą książkę chwalono za naukową wiarygodność, a ponieważ przeniesiono ją na ekran niemalże w stosunku jeden do jednego, to trudno się dziwić, że i film zebrał oklaski.

A mamy tu do czynienia z Robinsonem Crusoe na Czerwonej Planecie, czyli astronaucie, który wskutek przypadku został sam jak palec na Marsie i teraz trzeba go ratować. Zanim to jednak nastąpi, nasz bohater musi sam o siebie zadbać, a jego przetrwanie zależy ni mniej, ni więcej, jak właśnie od naukowej wiedzy. Nic więc dziwnego, iż ta musiała być dopięta na ostatni guzik. I chociaż w dzisiejszej dobie wciąż trudno filmową teorię przełożyć na praktykę, bo niemal wszystko, co zmuszony jest zrobić Matt Damon, zwyczajnie nie ma swojego odpowiednika w rzeczywistości, to wszyscy uczeni pozostają zgodni co do tego, że Marsjanin jest prawdziwą namiastką kosmicznych standardów, które prędzej czy później muszą stać się faktem.

Advertisement

Moon

Z KAMERĄ WŚRÓD ZWIERZĄT, czyli najlepsze filmy o czworonogach

Skromny film Duncana Jonesa z 2009 roku to teatr jednego aktora – Sama Rockwella, który samotnie, z niewielką pomocą komputera, nadzoruje małą placówkę wydobywczą na Księżycu.

Według fabuły srebrny glob dostarcza helu-3, który pokrywa około 70 procent zużycia energii na Ziemi. I rzeczywiście, nasz satelita jest w jego pokłady zaopatrzony, a naukowcy zgodni co do tego, że odpowiednie nim zarządzanie mogłoby być w przyszłości solidnym źródłem alternatywnej energii. Także niemal całkowicie zautomatyzowana i podlegająca wielkiej korporacji placówka księżycowa, w której wykorzystuje się pojedynczych, skazanych na samotność ludzi, wydaje się realistycznym podejściem do tematu. Do tego cała technika widziana w filmie oraz przyjazna sztuczna inteligencja, która emotkami wyraża emocje, są jak najbardziej namacalne w swojej naturze. I nawet jawnie fantastyczne zakończenie – swoją drogą wcale nie tak nieprawdopodobne – nie psuje efektu wiarygodności danego projektu.

Advertisement

Ona

Joaquin Phoenix jako męska ciapa bez życia, zakochująca się w aplikacji o głosie Scarlett Johansson – ot i cała fabuła tego filmu Spike’a Jonze’a. Czy na pewno znowu takiego bardzo science fiction? Ray Kurzweil – autorytet w dziedzinie komputerów i futurystyki – twierdzi, że nie. Już od 30 lat siedzimy z nosami w komputerach, a od ponad dekady naszymi najlepszymi przyjaciółmi są podręczne urządzenia wielofunkcyjne. Zatem romans z „duchem w pancerzu” jest właściwie nieuchronny. Według Kurzweila niektóre technologie widziane w filmie zaczynają już teraz przenikać do prawdziwego życia. A w przeciągu najbliższych 10 lat odpowiednik Samanthy, czyli ucząca się sztuczna inteligencja, z którą można porozmawiać jak równy z równym, także może stać się rzeczywistością. Cytując:

„Film w przekonujący sposób przedstawia podstawową ideę, wedle której program komputerowy (AI) może – i będzie – być ludzki i sympatyczny. Jest to przełomowa koncepcja filmowego futuryzmu, tak samo jak Matrix pokazująca realistyczną wizję, w której rzeczywistość wirtualna jest ostatecznie tak samo rzeczywista, jak, cóż, sama rzeczywistość”.

I pozamiatane.

Advertisement

Tajemnica Andromedy

Dużo książek napisano w tym temacie. Najwyraźniej są one niezbędne filmowcom, gdy mowa o tak złożonych rzeczach jak fantastyka naukowa – zwłaszcza ta nam najbliższa. Dokładne opisy, wyjaśnienia żargonu i te wszystkie szczególiki, które w filmowym scenariuszu by zwyczajnie nie przeszły, a także możliwość dokładniejszego riserczu materiału robią swoje. Paradoksalnie jednak powieść Michaela Crichtona, na której oparto scenariusz, jest niemal w całości dziełem fikcji (pisarz inspirował się bardziej szpiegowską nowelą Teczka Ipcress – również zaadaptowaną na potrzeby kina – aniżeli twardymi faktami, choć przy pisaniu z pewnością pomogło mu medyczne wykształcenie).

I w sumie nie powinno to dziwić, bo mamy tu do czynienia z kosmicznym wirusem, którego przynosi na Ziemię wojskowy satelita. Obcy organizm szybko się rozprzestrzenia i jest niezwykle śmiertelny, zatem przetrwanie naszej cywilizacji zależy właśnie od zbadania jego tajemnicy. Dzieje się to w podziemnym, odizolowanym od reszty świata bunkrze, w którym grupka naukowców – bynajmniej nie atrakcyjnych fizycznie, jak to z reguły w filmach bywa – głowi się nad wyjściem z sytuacji, walcząc z czasem.

Advertisement

Abstrahując od rozrywkowej wartości dzieła, które dzięki wprawnej realizacji ogląda się z zapartym tchem, z czasem stało się ono wykładnikiem prawdopodobieństwa takiego zagrożenia. Dowiedziono wszak ponad wszelką wątpliwość, iż taka pozaziemska forma życia w kształcie szkodliwego dla zdrowia mikroba może bardzo łatwo trafić na naszą planetę, nie tylko za pomocą powracających do domu maszyn, i z powodzeniem rozkwitnąć. I jakkolwiek w dobie grasującego za oknem zwykłego koronawirusa może wydać się to śmieszne, to wszystkie procedury oraz próby naukowe przedstawione w filmie są jak najbardziej rzetelne.

Co też potwierdziła w 2003 roku publikacja Amerykańskiego Towarzystwa Chorób Zakaźnych, nazywająca Andromedę „najbardziej znaczącym, naukowo dokładnym i autentycznym ze wszystkich filmów tego gatunku”. Na swój sposób przerażające.

Advertisement

Bonus:

Człowiek z Ziemi

Nakręcony za grosze kamerką wideo film to przede wszystkim… niekończące się rozmowy w jednym pomieszczeniu. Nauki „w akcji” tu zatem nie uświadczymy, ale dużo się o niej mówi, w ogóle sporo tu intelektualnych rozkmin na temat wiarygodności fantastycznych rewelacji, które padają z ust głównego bohatera. I pod tym względem trudno tej produkcji zarzucić jakieś duże nieścisłości podkopujące całą historię, nawet jeśli ostatecznie pozostaje ona jedynie wprawnie opowiedzianą fantazją.

K-PAX

Właściwie jak wyżej, bo film Iaina Softleya to też w sumie pogadanki z pogranicza nauki i psychologii, mające na celu sprawdzić wiarygodność bohatera, który nazywa siebie Prot i twierdzi, że przybył z odległej planety. Wszystkie docierające do nas informacje mają jednak sens, a krótkie spotkanie Prota z naukowcami pozostaje dobrym przykładem inteligentnego podejścia do tematu w minimalistycznej formie. Reszta pozostaje łechcącym wyobraźnię domysłem.

Advertisement

KINO - potężne narzędzie, które pochłaniam, jem, żrę, delektuję się. Często skuszając się jeno tymi najulubieńszymi, których wszystkich wymienić nie sposób, a czasem dosłownie wszystkim. W kinie szukam przede wszystkim magii i "tego czegoś", co pozwala zapomnieć o sobie samym i szarej codzienności, a jednocześnie wyczula na pewne sprawy nas otaczające. Bo jeśli w kinie nie ma emocji, to nie ma w nim miejsca dla człowieka - zostaje półprodukt, który pożera się wraz z popcornem, a potem wydala równie gładko. Dlatego też najbardziej cenię twórców, którzy potrafią zawrzeć w swym dziele kawałek serca i pasji - takich, dla których robienie filmów to nie jest zwykły zawód, a niezwykła przygoda, która znosi wszelkie bariery, odkrywa kolejne lądy i poszerza horyzonty, dając upust wyobraźni.

Advertisement
Kliknij, żeby skomentować

Zostaw odpowiedź

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *