Publicystyka filmowa
NAJBARDZIEJ PRZEREKLAMOWANE FILMY 2016. Lista subiektywna
NAJBARDZIE PRZEREKLAMOWANE FILMY 2016 to subiektywna lista tytułów, które zaskoczyły, ale niekoniecznie zachwyciły. Ciekawe zestawienie!
Zanim nastało Imperium… to znaczy, zanim nadejdzie czas na wszelkie podsumowania, zestawienia najlepszych z najlepszych z najlepszych i inne topy zamykające w pigułce chylący się ku końcowi rok 2016. Zanim będziemy mogli po pijaku zresetować sobie konto (także bankowe) i wypełnić kinowymi oczekiwaniami kalendarz na nowy, 2017 „dwunastomiesięcznik”. Zanim posypią się gromy i przekleństwa na poniższy artykuł, zapraszam na dyszkę najbardziej przereklamowanych filmów, które mogliśmy oglądać na polskich ekranach minionej zimy, jesieni, lata i wiosny. Absolutnie subiektywnie i bez przesadnych złośliwości – wszak „przereklamowany” nie oznacza od razu „zły do szpiku kości” i większość z tych tytułów trzyma poziom lepiej niż pion.
Carol
W ponad dekadę od sukcesu Daleko od nieba Todd Haynes zapragnął wejść drugi raz do tej samej rzeki, nieznacznie jedynie zmieniając jej nurt. Niestety, w przeciwieństwie do tamtego filmu, Carol jest nudnym i tanim romansidłem, w którym miłość przedstawiona została na słowo honoru. Dodatkowo całą dramaturgię reżyser z lubością torpeduje co chwila – a to pokazując pistolet, któremu następnie nie pozwala wypalić, a to kluczową dla fabuły scenę prezentując już na samym początku, tym samym kompletnie zabijając jej wydźwięk oraz jakikolwiek element zaskoczenia.
Nie radzi sobie też z aktorkami – o ile Cate Blanchett to klasa sama dla siebie i bez problemu potrafi zauroczyć, nawet grając tak samolubną postać jak tytułowa Karolina; o tyle Rooney Mara wydaje się być jakimś prototypem androida pozbawionego uczuć i mimiki. Puste to wszystko w środku. Ale przynajmniej ładnie nakręcone.
Creed
Solidne kino bokserskie. Problem w tym, że nie wiadomo, czy to kontynuacja, czy remake, czy może coś jeszcze innego. Na drugim planie widzimy Sylvestra Stallone’a w jego ikonicznym kapelutku, podczas gdy na pierwszym dostajemy w sumie dokładnie tę samą historię, co czterdzieści lat wcześniej, tylko zamiast białych są czarni, zamiast potężnych biców współczesne bity, zamiast charyzmy dobre chęci, a zamiast niezapomnianego przeciwnika z krwi i kości przypadkowy zwyrol numer 3658. Niby wszystko razem „daje radę”, jest w tym moc i energia (oraz tona nostalgicznego lukru). Lecz ostatecznie przypomina to trochę desperacką próbę odchudzenia cukrzyka – z góry wiadomo, jaki będzie finał takiego zabiegu. Ale pokibicować można.
Doktor Strange
Z całego uniwersum Marvela Pan Dziwadło miał w sobie zdecydowanie najwięcej potencjału. Niezbyt znana postać oscylująca wokół świata magii jawiła się wyjątkowo świeżo na tle reszty facetów w trykotach i dawała spore pole do popisu. Skończyło się jednak na utartych, bezpiecznych schematach, bezustannej gonitwie po ekranie, wielu dowcipasach, które nie zawsze pasują do sytuacji oraz niezbyt frapującym czarnym charakterze.
Jest w tym odrobina szaleństwa i sporo fajnych wizualizacji, ale ani sztuczki tytułowego Doktora, ani też obowiązkowa walka o bezpieczeństwo całej ludzkości nie wychodzą poza komiksowy standard. Dodatkowo nasz heros potrafi byle zaklęciem wzbudzić u widza wątpliwość nad sensem istnienia wszystkich pozostałych Avengersów. Oni przez kilka filmów musieli się nieźle napocić, aby pokonać wszelakie zagrożenie. Jemu wystarcza pstryknięcie palcami oraz odrobina cierpliwości, by pochodzące z kosmosu źródło zła wszelkiego odesłać z kwitkiem do domu. WTF?
Gdzie jest Dory?
Nigdy nie zastanawiałem się nad przeszłością oraz problemem zdrowotnym rybki Dory. To nie była historia na tyle frapująca, że aż godna osobnego filmu, co Pixar udowodnił zresztą dobitnie tym sequelem. Jest kolorowo, dynamicznie, zabawnie i… wtórnie jak cholera. Film zasypuje nas atrakcjami, od których boli głowa, a których nawet nie stara się jakoś wyjaśnić lub choćby sprawić, by jakkolwiek kontynuowały wiarygodność oryginału. Na domiar złego twórcom wystarczy jedna tylko scena, by przeskoczyć rekina i ostatecznie zniechęcić do siebie, jak i do tytułowej, denerwującej już przecież dużo wcześniej postaci. Mimo swych oceanicznych naleciałości to kino wyjątkowo płytkie i zanieczyszczone chęciami łatwego zysku. Zbyt łatwego.
Łotr 1. Gwiezdne wojny – historie
Próba stworzenia czegoś nowego w skostniałej już nieco sadze skończyła się niestety z jednej strony wypełnieniem filmu przestarzałymi kliszami kina wszelakiego, a z drugiej niemalże kopią 1:1 Epizodu IV, który teoretycznie Łotr 1 powinien tylko zapowiadać. To ostatnie robi w dodatku aż nadto przesadnie, nachalnie wytykając palcami coś, co można sobie było dośpiewać, i niepotrzebnie wskrzeszając na ekranie martwych aktorów. Pocięte to mocno chaotycznie i nierówne bardzo, niekiedy też przesadnie wypełnione smaczkami dla fanów i po prostu głupie. Gorzej, że także pozbawione charyzmatycznych bohaterów, którym chciałoby się za wszelką cenę kibicować.
Zresztą, jeśli najlepszą postacią filmu jest przeprogramowany droid imperialny mający w zamierzeniu być tylko komediowym dodatkiem, to wiedz, że źle się dzieje w galaktyce. Keep calm and watch Star Trek!
Nienawistna ósemka
Quentin Tarantino w końcu zjadł własny ogon i przekonany o swej nieomylności, talencie i słuszności pulpowej stylizacji, dał widzom groch z kapustą. Smaczny, ale szybko odbijający się czkawką, niezbyt strawny. Długie, za długie i przegadane do przesady dzieło jest, jak zawsze u niego, fenomenalnie zagrane i zgrabnie poprowadzone. Sęk w tym, że tym razem prowadzi nas donikąd, nuży niekończącymi się historyjkami o bzdetach i męczy oczy zbędnymi retrospekcjami, które dopowiadają wszystko w najmniejszym szczególe.
I śmieszy hipsterskim sięganiem po archaiczny, imponujący wielkością format obrazu, który reżyser odkurzył tylko po to, by… zamknąć wszystkich swoich bohaterów w ciasnym wnętrzu chatki. Co za dużo, to niezdrowo.
Nowy początek
Znakomita rola Amy Adams, fenomenalna muzyka i wywołująca ciarki atmosfera pierwszych trzydziestu minut tych bliskich spotkań z przybyszami z innej planety – to przyznaję bez bicia. A potem festiwal i owszem, kosmicznej, ale głupoty. Od momentu wejścia na statek Obcych nic tu nie ma najmniejszego sensu już choćby na poziomie podstawowym. Niewiarygodna jest zarówno nasza bohaterka, wojsko, kosmici, jak i dramatyczne próby kontaktu – kluczowe wszak dla fabuły.
To dzieło z charakterem, ale kompletnie nieprzemyślane. I, co gorsza, im dalej w las, tym bardziej grające widzowi na nosie, wręcz śmieszne w swej grobowej powadze. Zdecydowanie najgorsze dzieło tego reżysera, który oskarżany o brak dna w, mimo wszystko dalece bardziej konsekwentnym Sicario, przekombinował w drugą stronę. Nieładnie.
Pokój
Ponoć wyjątkowa książka. Ponoć także niezapomniany film. Ponoć, bo seans, z którego ja wyszedłem, wydawał się zapowiadać więcej, niż w rezultacie zaoferował. Podejrzewam zresztą, że gdyby nie wyjątkowo dojrzała kreacja małoletniego Jacoba Tremblaya (bez kitu wyglądającego na ekranie jak dziewczynka – ot, znak czasów) i wiadoma scena z nieboskłonem, zachwytów byłoby znacznie mniej. Już nawet kij z logiką sytuacji wyjściowej, którą albo się kupuje, albo nie. Najbardziej razi ogromny spadek fascynacji całą historią po opuszczeniu przez twórców tytułowej lokacji. Film w ciągu kilku minut zamienia się wtedy w nudny dramacik telewizyjny. W sam raz do rosołu.
Smoleńsk
No dobra, żartowałem…
Spotlight
Mocna ekipa aktorska, niewygodny temat, stos nagród i nominacji oraz lotny i bogaty gatunek, z którego można czerpać garściami. Skończyło się jednak na tym, że największe wrażenie robią tutaj dopowiadające fabułę napisy końcowe, które czynią to, czego nie udało się twórcom – skłaniają do refleksji.
Cała reszta nie tylko nie osiąga stanu wrzenia, co niemal cały czas pozostaje letnia. Bohaterowie snują się po biurach i ulicach, wypytują ludzi, zadają drażliwe pytania, ale za grosz w tym dramaturgii, emocji, napięcia. Niby reżyser podsuwa kolejne tropy, bawi się niuansami, ale koniec końców najlepsze sceny ucina, a najbardziej kontrowersyjne wątki zabija szybko w zarodku. Zamiast wykrzyczeć głośno jak jest, nieśmiało szepce do ucha. Dlatego jego manifest ulatuje z głowy bardzo szybko. A nie powinien.
Zwierzogród
Jedna z najbardziej zakłamanych współczesnych animacji – z gracją słonia w składzie porcelany sprzedaje dzieciom slogany, które za kilkanaście lat będą je przyprawiać o wrzody (zresztą pałętający się po kinowej sali najmłodsi wydawali się niezbyt zainteresowani całą intrygą). Fabuła sympatycznie bawi się gatunkowością, clou dramatu traktując jednakże po łebkach. Równie biernie bierze się tutaj na tapetę bogaty świat przedstawiony oraz jego mieszkańców – tak jakby wystarczyło, że są kolorowi i wycięci z gotowego szablonu. Ponownie w dodatku całe show kradnie epizodyczny dowcip z trailera, zagarniający całą sympatię.
No i główna bohaterka… słodkie ucieleśnienie Wielkanocy o jakże wyszukanych personaliach. W idealnym świecie przed podobnym testem powinna zostać postawiona mniej oczywista postać z drugiego planu – żółw, chomik, ryjówka albo właśnie… leniwiec. Wtedy mielibyśmy o czym rozmawiać.
Wyróżnienie spoza kin polskich:
Hunt for the Wilderpeople – internety huczą od braw, a ja się trochę nudziłem na tym co prawda lekkim i sympatycznym, ale do cna przebajerzonym, pełnym sucharów i nieśmiesznych puent filmie, który miejscami stanowił swoją własną parodię. Raczej zawód.
A wkrótce część druga, tym razem i wbrew powszechnej opinii, pełna optymizmu!
korekta: Kornelia Farynowska
