Publicystyka filmowa
MIĘDZY SŁOWAMI I BEZ PAMIĘCI, czyli ciekawe przekłady tytułów filmowych
MIĘDZY SŁOWAMI to fascynująca podróż przez świat filmowych tytułów, które zaskakują i bawią, ukazując piękno językowych przekładów.
Przyjrzeliśmy się już metodom przekładu tytułów, które niejednokrotnie walory marketingowe przekładały ponad treść formę czy po prostu estetykę. Powstałe w ten sposób nazwy bez wątpienia przyciągają uwagę, ale absolutnie nie idzie za nimi językowe piękno. Popatrzmy zatem dla odmiany na drugą stronę medalu; filmowe tytuły przełożone w sposób interesujący i zgrabnie wykorzystujące nasz ojczysty język, jak również na te wywołujące – z różnych powodów – ambiwalentne odczucia.
Nie ukrywam – na tej stronie medalu jest znacznie mniej grawera. O ile w przypadku tytułów, których przekład pozostawiał coś do życzenia, wybór miałem taki, że potrzebna była niemała selekcja, tak trudniej o chlubne przykłady. Jest jednak kilka wartych przybliżenia. Zacznijmy od filmu, który jest jednym z moich ulubionych – Lost in Translation. Historia dwóch samotnych ludzi w wielkim, obcym mieście została u nas przełożona na Między słowami. Bardzo podoba mi się to rozwiązanie, bo jednocześnie zachowuje ducha oryginału, ale też nawiązuje do relacji bohaterów Scarlett Johansson i Billa Murraya – parze teoretycznie sobie obcej, lecz rozumiejącej się tak dobrze, że wielokrotnie niepotrzebne im są słowa; nić zrozumienia pojawia się właśnie pomiędzy nimi. Prosty, ale stworzony z głową i sercem przekład, absolutnie nieujmujący oryginałowi.
Dwa kolejne przykłady lubię o tyle, że nie tylko są dobrym tłumaczeniem tytułów angielskich, ale też udanie zachowują ich mocne brzmienie i przekaz. There Will Be Blood i No Country for Old Men. Ten pierwszy jest niemal złowieszczy i zapowiada widzowi, że cokolwiek nie wydarzy się w samym filmie, to nie będzie to głaskanie się po głowach. Na szczęście tytuł polski robi dokładnie to samo, a wręcz idzie trochę do przodu.
Oryginał mówi po prostu, że dojdzie do rozlewu krwi, rodzime Aż poleje się krew sugeruje natomiast, że działania bohaterów będą trwały dopóki, dopóty posoka nie splami podłoża, co jeszcze bardziej uwydatnia wspomnianą wyżej złowieszczość. Z kolei w polskim przekładzie No Country for Old Men dobre jest to, że udanie utrzymuje „stanowczość” wersji angielskiej i również brzmi jak coś, co mogłoby widnieć na przydrożnej tablicy przy wjeździe do danego państwa. To nie jest kraj dla starych ludzi. Koniec, kropka. Powody są nieważne.
Z innej beczki: Borat: Cultural Learnings of America for Make Benefit Glorious Nation of Kazakhstan. Osoby odpowiedzialne za polski tytuł stanęły tu przed nie lada zadaniem, bo oryginał sam w sobie jest dowcipem; celowo agramatycznym zdaniem nawiązującym do postaci tytułowej. U nas nie zdecydowano się na perfidne kaleczenie języka, być może zakładając, że polski widz niekoniecznie zna ekscentrycznego dziennikarza kreowanego przez Sachę Barona Cohena. Zamiast tego postawiono na Borat: Podpatrzone w Ameryce, aby Kazachstan rósł w siłę, a ludzie żyli dostatniej.
Świetne rozwiązanie, bo zachowując językową poprawność, przerzuca tę dowcipną warstwę na inną płaszczyznę, tworząc sztuczny patos, zupełnie absurdalny w porównaniu do samej treści. Przy okazji zachowuje kosmiczną długość tytułu, co też jest częścią żartu. To się udało.
Udało się też z tytułem komedii romantycznej przez wielu uważaną za absolutnie szczytowe osiągnięcie gatunku, a o której było niedawno głośno ze względu na nadchodzącą krótkometrażówkę – Love Actually. Oryginalny tytuł to fragment cytatu z postaci premiera będącego narratorem sekwencji otwierającej film: „ If you look for it, I’ve got a sneaky feeling you’ll find that love actually is all around”. Jeżeli poszukasz, to zobaczysz, że miłość jest właściwie wszędzie.
Polski tytuł – To właśnie miłość – jest przyjemną wariacją tego cytatu. Jednocześnie swoistym subtelnym potwierdzeniem, że to, co ciebie, czytelniku, otacza, co czujesz do swojej żony, narzeczonej, dziewczyny, chłopaka, mamy, brata, taty to nic innego, jak ta miłość właśnie. I to samo tyczy się bohaterów wszystkich historii przedstawionych w filmie.
Inna produkcja z najpiękniejszym uczuciem świata w tytule, Punch-Drunk Love Paula Thomasa Andersona, dostał u nas tytuł Lewy sercowy. Podoba mi się to rozwiązanie: oryginał to idiom używany w kontekście między innymi bokserskiej terminologii (i oznacza zamroczenie po otrzymanym ciosie), zatem gra słów lewy sierpowy – lewy sercowy jak najbardziej ma uzasadnienie, brzmi dobrze i, tak jak poprzednie przykłady, jest podana z szacunkiem do wersji oryginalnej, a przy okazji do samej treści filmu. Jak sprawa ma się natomiast z ambiwalentnymi pozycjami wspomnianymi we wstępie i co sprawia, że patrzy się na nie tak dwojako? Oceńmy na podstawie następujących pozycji.
Po pierwsze, Eternal Sunshine of the Spotless Mind. Tytuł to fragment wiersza Alexandra Pope’a, angielskiego poety żyjącego na przełomie siedemnastego i osiemnastego wieku. Wers cytowany zresztą w samym filmie, a oznaczający „nieśmiertelny czystego umysłu blask”. Zasadne, biorąc pod uwagę, że fabuła obejmuje celowe usuwanie części wspomnień, aby ukoić swój ból po rozstaniu. Tak oto wchodzimy na płaszczyznę z polskim tytułem: Zakochany bez pamięci.
Czy to tytuł zły u podstawy? Nie, bo jest ciekawą grą słów. Oczywiście odbiegającą zupełnie od wersji oryginalnej, ale dwojakie znaczenie, które nabiera ten zwrot w zderzeniu z filmem, jest naprawdę warte uznania. Gorzej, że paradoksalnie szkodzi samemu filmowi, bo jednocześnie kojarzy się ze słodką romantyczną historią, tymczasem film Michela Gondry to gorzka, ciężka opowieść, mało mająca wspólnego z opowieścią o klasycznym zakochaniu. Wyobrażam sobie, że wielu widzów „nabrało się” niejako na ten tytuł, co doprowadziło do kinowego rozczarowania, w efekcie – małej sympatii do filmu. A szkoda.
Ze świata filmu przeskoczmy do świata seriali, a tam czeka już Scrubs. Świetny sitcom (wyłączając sezon dziewiąty, którego większość fanów nawet nie uznaje) w polskiej telewizji emitowany jest pod tytułem Hoży Doktorzy. Z jednej strony – ałć, masakra, bo jak ze słowa oznaczającego lekarskie odzienie można było zrobić takie dziwadło? Z drugiej – ciekawie zabawiono się identycznymi w wymowie słowami „chorzy” i „hoży”, z czego to pierwsze jednoznacznie kojarzy się z lekarskim środowiskiem, a drugie bardziej bezpośrednio z bohaterami. Warto jednak odnotować, że miast z polską wersją spotykam się raczej z używaniem nazwy oryginalnej odmienianej tak, jakby była polskim słowem: „oglądam Scrubsów”, „lubię Scrubsy”, i tak dalej. Zdaje się, więc, że polska nazwa funkcjonuje tylko w ramówce emitującej serial stacji.
A więc da się. Da się stworzyć taki polski tytuł, aby jednocześnie był dla widza atrakcyjny i nie deptał pomysłu oryginalnego. Jak zostało wspomniane wcześniej, jest to przypadek rzadszy, a prawdziwe perły – czy nawet pozycje interesujące i skłaniające do refleksji – wyłowić jest trudno. Pominąłem tytuły przetłumaczone wprost, naturalnie też sporą grupę, ale są przypadki, gdzie odchył w którąkolwiek stronę byłby co najmniej dziwny (ot, choćby Nine – Dziewięć), zatem ani je można ganić, ani chwalić. Tak czy inaczej dobrze wiedzieć, że gdzieś tam są osoby, które wiedzą, że wcale niewykluczone jest, by w parze z marketingiem szła też wierność oryginałowi i poświęcają czas, by to praktykować. Oby było ich coraz więcej.
Epilog: naturalnie nie tylko w Polsce natknąć się można na minimum kontrowersyjne wersje tytułów. Na przykład w Danii Willy Wonka i fabryka czekolady to Chłopiec, który utonął w czekoladzie, a japoński tytuł Armii Ciemności w tłumaczeniu brzmi Kapitan Supermarket. Gdyby tylko istniał taki komiks, to bym czytał.
korekta: Kornelia Farynowska
